K***a! 

Czy ja zawsze muszę mieć pod górę kurwa? 

Dziś o 16.30 dziewczyna,  która miała przyjść do pracy jutro,  na moje miejsce,  zadzwoniła i zrezygnowała… 

Teraz. Wszystko się przesunie w czasie. I tak wezmę 3 dni wolne w przyszłym tygodniu żeby się skończyć wdrażać, ale istnieje ryzyko,  że będę musiała być w starej firmie do końca okresu wypowiedzenia czyli do 28.02. 

Kurwa. 

Stan Wojenny

Od dwóch dni jest to samo. Boję się iść do własnego domu, bo nie jestem pewna co zastanę. Ostatnio jednak zastaję ciągle to samo: on pijany, albo na najlepszej drodze do upojenia, nie był  w pracy [ale to już wiedziałam od rana, bo zwykle wychodzi przede mną]. Stan psychiczny podobny do depresji, nie skory do rozmowy.

Prawda chyba jednak boli, bo mimo mojego spokojnego tonu, próby dotarcia do niego, wytłumaczenia mu, że to, co robi jest niemądre, on się denerwuje i zaczyna natarcie, mimo, że ja jestem daleko od kłócenia się.. Próbuje mnie wtedy poniżyć. Udowodnić, że nic w życiu nie osiągnęłam, bo „Parzę kawę”. To, że dziś dostałam podwyżkę i dostanę premię, to się nie liczy, żadne osiągnięcie, jaka tam moja ciężka praca? Przecież ja tam tylko pachnę i podaję kawę, nie? Mogłam go zapytać jak tam jego premia. A zaraz, nie dostał żadnej, bo olewa pracę tak koncertowo, że na prawdę się dziwię, że jeszcze go nie wywalili. Może o to chodzi? Będzie miał wymówkę, żeby wyjechać? Nie wiem, nie rozumiem tego. Gdy pytałam, czy zamierza jutro iść do pracy powiedział, że taki jest plan. Zawsze kurwa jest taki plan, tylko jakoś ostatnio nie dochodzi do jego realizacji. I tego właśnie nie potrafię w tym człowieku zrozumieć – że każde moje słowo prawdy [bo nie jest niczym więcej niż prawdą] powoduje u niego reakcję pt. „bo Ty  mnie poniżasz”, podczas gdy on robi celowo dokładnie wszystko, żeby poniżyć mnie. Atakuje bo ja ośmielam się powiedzieć mu prawdę w oczy. I on to wie! I to go chyba boli.

Bo czy nie prawdą jest, że powinien chodzić do pracy? Że nie chodząc do pracy sam sobie szkodzi? Pomijając pieniądze, przecież wyrabiają sobie o nim opinię? Ja nie przepadam za tym co robię, ale mam poczucie obowiązku, i staram się zawsze wykonywać pracę jak najlepiej. A on? Wiem, że on myśli że jest jedną nogą poza Polską, ale przecież jeszcze ostatecznie nie zdecydował? Nie pojmuję jak tak można.. i dlatego mnie to tak drażni. Wygląda jak taki śmierdzący leń.. Ja, kobieta zapierdalam 8h, próbując nie myśleć o tym co zastanę w domu, a on jeszcze śmie mnie poniżać. Niejednokrotnie miałam ochotę powiedzieć mu bez ogródek co o tym myślę. Nadal byłaby to prawda, ale podana w najmniej delikatny sposób z możliwych.

I jak mam cokolwiek naprawiać jak on jest ciągle pijany? Moje prośby oczywiście spełzły na niczym – nadal pije.

Powinnam chyba powiedzieć, że oczekuję z jego strony na jakąś zmianę, bo inaczej nie mam ochoty z nim spędzać czasu. Nie będę udawać, że jest fajnie. Dziś udało nam się trochę porozmawiać [zanim nie wybuchł..] i pograć. Przed pójściem spać poruszyłam temat picia i pracy i się zaczęło wspomniane wyżej poniżanie. A on jeszcze mi mówi, że mieliśmy fajny wieczór, a ja go zepsułam i że mam wyjść. Zepsułam? To rozumiem, że mamy udawać, że wszystko jest ok, podczas gdy nie jest? Gdy trzyma mnie w niepewności, bo nadal nie możemy porozmawiać normalnie od 2 dni? A jutro będzie od nowa to samo…

A w czwartek mam bilety na Star Wars Rogue One. Ciekawe czy pójdę sama …

Ughhhh!!!!!

Dzisiejszy dzień to istny Armageddon, oczywiście wtedy, kiedy P na studiach a ja ze wszystkim sama.

Dziś do końca dnia [pewnie z powodu ostatniego dnia miesiąca?] czyli do 23.59 można wysłać wniosek o dofinansowanie z UE na szkolenia, więc oczywiście kiedy się u mnie za to zabrano? DZISIAJ! Rano przyjechała jakaś kobita, która miała pomóc w wypełnianiu wniosku. Zaczęło się od problemów z miejscem parkingowym. Dzień przed spotkaniem mówiłam wyraźnie, że miejsc wolnych nie ma, i że MOŻE coś się zwolni następnego dnia rano. Pytam rano, nadal nic. Potem Szefowa jest zaskoczona, że ona nie wiedziała, że nie ma miejsca, bo jej menadżerka, która o rezerwację prosiła, nie przekazała [bo „myślała, że przez 24h to się miejsce znajdzie”]. Super. Jasne. Się znajdzie, się załatwi. Więc dlatego powiedziała biednej kobiecie, że miejsce na nią czeka.. musiałam latać na ostatnią chwilę, bo przyjechała wcześniej, i prosić menadżera, żeby się przeparkował do pobliskiego centrum handlowego, żeby Pani mogła zaparkować, potem dzwonić po ludziach, żeby ten samochód wpuścili. No jakiś sajgon. Udało się.

Ale to początek atrakcji! Żeby podpisać owy wniosek należy złożyć podpis elektroniczny, a żeby go złożyć, to najpierw trzeba go mieć. W poniedziałek Izba, z którą współpracujemy zaczęła temat, i umówiła pana z firmy, żeby przyjechał do biura i dokonał formalności. Akurat na przyjazd Pana złożyło się to, że musiałam najpierw załatwić sprawę w kancelarii na dole, potem lecieć po sałatkę dla Szefowej i po drodze go zgarnęłam, bo miał tylko pół godziny. Gdy odprowadzałam go na dół po spotkaniu, dowiedziałam się, przypadkiem, że trzeba jeszcze na nim zainstalować jakieś certyfikaty. Bosko – przecież jestem kurwa informatykiem [nie jestem!] i wiem jak to się robi!To po cholerę on przyjechał? Tylko podpisać dokumenty i dostarczyć token? Świetnie. Spędziłam kolejne 2 godziny instalując certyfikaty, dzwoniąc do IT bo oczywiście nie można niektórych rzeczy zrobić jak się nie ma uprawnień administratora.. Potem jeszcze dzwoniłam znów do gościa, żeby się upewnić, że zrobiłam wszystko jak należy – ponoć było ok. Ale on od razu powiedział, że nie wie na jakiej platformie będzie podpisywany wniosek, więc trudno mu powiedzieć, czy nie będzie problemów, ale powinno działać. Na platformie nie można było sprawdzić, nie wysyłając przy tym wniosku – a nie był jeszcze gotowy.. więc pat. A sprawdzanie na jakimś pdf też nie byłoby sensu, bo na pdfy są inne certyfikaty, i te mogłyby działać, a na stronie gdzie jest owy wniosek – mogłoby się coś zdarzyć… Nie przewidzisz. Więc powiedziałam to wszystko Szefowej, uprzedziłam nasze IT, które działa 24h na dobę, że mogą dzwonić, na wypadek, jakby nasze systemy miały jakieś zabezpieczenia, sprawdziłam z tym kolesiem od tokena co mogłam przez telefon i poszłam do domu.

Godzina 21.00 dzwoni Szefowa, że podobno certyfikat źle zainstalowany i że co ona ma robić. Skąd mam wiedzieć?! To ten Pan miał przyjść i „wszystko dla nas zrobić”. Czy ja mam w obowiązkach znać się na jakiś podpisach elektronicznych? Czy ja mówiłam, że na 100% będzie działać? Nie. Jeśli jutro usłyszę, że to moja wina, to na pewno nie będę przytakiwać, o nie! Zrobiłam wszystko wedle mojej wiedzy i wedle mojej mocy, żeby to zadziałało. Próbowałam się zabezpieczyć na wszystkie możliwości wedle dostępnych środków. Ale winnego pewnie będzie trzeba znaleźć i nawet już wiem kto nim będzie.

Oczywiście do powyższego mogę dodać jeszcze tyle, że w ciągu dnia miałam inne swoje obowiązku, plus rzeczy, które zwykle robi P, bo jej nie ma w środy, i bez przerwy albo zadania od Szefowej ASAP, i po 100 razy kawa/herbata/ciastka i inne pierdoły.

Mam dość! DOŚĆ.

Dobranoc.

Czasami coraz częściej czuję się jak matka w tym związku…

Nie mam dzieci, a często czuję się jak matka i to mnie dobija, bo chcę mieć partnera a nie duże dziecko. J mnie dziś doprowadził do szewskiej pasji. Wczoraj wieczorem oczywiście piwko – a jak on popije to raz, że robi się mrukiem [angielskie słowo, które doskonale to oddaje to „grumpy”], dwa, że jak idzie spać, to strasznie kopie i się rzuca, i nawet III Wojna Światowa go nie obudzi. Jak nietrudno się domyślić w takich warunkach trudno mi było spać – najpierw nie mogłam zasnąć, potem ciągle się budziłam.
O 6.00 zadzwonił jego budzik, sprawdziłam, czy nie śpi, bo nie wstawał, to się zirytował, i poszedł do łazienki. Po 15 minutach poszłam sprawdzić co i jak,bo nie słyszałam ani prysznica ani nic, i pytam, czy idzie do pracy. Odpowiedział, że zamierza, ale że zaczynam go irytować. Świetnie, wróciłam więc do łóżka, ale nasłuchiwałam, czy leci woda i czy zaczął się przygotowywać. Oczywiście cisza, czas leci, a za 10 min powinien wychodzić.

Wyszedł z łazienki i wraca do łóżka! Pytam, czy idzie do pracy. Cisza. Pytam znowu – nadal mnie olewa. Po chwili odpowiada, że nie, bo jest zmęczony.

Ręce mi opadły. Zmęczony? A ja nie jestem zmęczona? Po nieprzespanej nocy, i po całym tygodniu planowania i organizowania pobytu JEGO rodziców? Ja nie jestem zmęczona? Jestem! Ale ponieważ jestem obowiązkowa, to idę, kurka wodna, do pracy! Nie wiem czy się śmiać czy płakać. Jego ojciec na przykład: wracając od nas wylądował w USA, a 12h później był już w samolocie i leciał do pracy. On nie był zmęczony? Na pewno był, ale wiedział, że jak mus to mus!

Odpowiedzi J były zdawkowe, bo starał się spać, a ja starałam się dowiedzieć o co do cholery jasnej chodzi.
Pytam, czy wg niego będą go szanować w pracy jak on nie będzie szanował ich? Że nie było go w robocie ponad miesiąc, przekonywał ich potem, że chce wrócić, a teraz sobie nie idzie, bo „jest zmęczony”?
Próbował kontratakować i zapytał jak tam szacunek w mojej firmie. Miał oczywiście na myśli stosunek mojej szefowej – ale zapomina o tym, że ona tak traktuje wszystkich.

Potem powiedział do mnie „powiedz, dziś jesteś chora i nie idziesz do pracy”. Ja na to, że nie, nie jestem chora, i muszę iść do pracy bo to mój obowiązek. On na to, że co z tego jak jestem obowiązkowa, jeśli nie umiem się postawić.

Ręce opadły mi jeszcze bardziej. Nie wiem co wg niego jest się „postawić szefowej”, bo chyba nie to, że sobie nie przyjdę do pracy, przez co obarczę moją robotą niczemu winną koleżankę, a w piątek będę miała masę roboty do nadrobienia. A Szefowa tylko będzie zła i wyżyje się na mnie w piątek w taki albo inny sposób. Świetny plan! Jest jaka jest, ale na pewno zawsze wie, że będę w pracy [nie licząc oczywiście prawdziwych problemów zdrowotnych, niezależnych ode mnie, a to nie zdarza się zbyt często]. Nie spóźniam się, prawie zawsze jestem przed czasem. U każdego pracodawcy zawsze było to uważane za moją zaletę, a nie wadę!

Dziś poczułam się znów jak matka walcząca z dzieckiem, które nie chce iść do szkoły. Czy wymaganie odpowiedzialności i obowiązkowości od, prawie, 32 letniego faceta to dużo? Zawsze oburza się, jak mówię mu, że zachowuje się jak dziecko – co mam powiedzieć, skoro na prawdę tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy?! To jest naprawdę poniżej mojej godności, żeby walczyć z nim o to, żeby chodził do pracy. Czasami na prawdę myślę, że to mi bardziej zależy na tym co ludzie o nim pomyślą, niż jemu. Nie umiem się nie przejmować, jak widzę takie zachowanie. Pomijam już fakt, że doprowadza mnie do szału.

Dziś planuję ciche dni, dopóki mnie szczerze nie przeprosi i nie porozmawia o problemie, bo to już nie pierwszy raz. Ja, jak zwykle, próbowałam rozmawiać, on – jak zwykle – milczał albo rzucał cyniczne odzywki.

 

 

Mea culpa, as usual… 

Pierwszy dzień po urlopie nie byłby taki zły gdyby nie jego zakończenie. Nie ma to jak opierdol na koniec dnia. 

Poszło o zastępstwo podczas mojego urlopu. Oczywiście ja jestem wszystkiemu winna, bo jakże by inaczej. Ale od początku. 

W sekretariacie pomaga mi studentka. Na początku roku akademickiego pracowała poniedziałek, wtorek i piątek, bo w środę i czwartek była na uczelni. Od niedawna udało jej się wygospodarować 4h w czwartek od 12 do 16 aby przyjechać do pracy. Wniosek urlopowy na czas przyjazdu rodziców J miałam już podpisany, gdy kilka dni przed urlopem P powiedziała, że musi wziąć czwartek wolny. Jej przełożona jest menadzerka, nie moja szefowa, i to z menadzerka rozmawiała o dniu wolnym,  mówiąc że wszystko załatwione. Nie było to kłamstwem, bo poprosiła 2 osoby,  żeby ją wtedy zastąpiły. 

Ja przed moim urlopem rozmawiałam z szefową mówiąc w jakie dni nie ma P,  bo jest na uczelni i kto mnie zastępuje,  użyłam ich imion jak również powiedziałam o przygotowanym przeze mnie spisie wszystkich spotkań szefowej z kalendarza wraz z opisami. Powiedziała że super i dzięki. 

Dzisiaj prosi mnie do siebie i mówi,  że to karygodne, żebysmy z P były w tym samym czasie na urlopie. Ja jej na to,  że mowilam jej w jakie dni jej nie ma,  na co ona, że nie było takiej rozmowy i żebym z nią nie dyskutowala. Nosz kurwa mać. Wg niej jakby P była w szkole (a była!) a nie na urlopie (zwał jak zwał,  nie była na urlopie bo po pierwsze jest na umowie zleceniu a po drugie,  była na zajęciach na uczelni) to wszystko byłoby ok. Ja na to, że dowiedziałam się o tym kilka dni przed moim urlopem i P rozmawiała o tym że swoją menadzerka. 

Ale oczywiście zero dyskusji,  bo przecież ona twierdzi,  że dowiedziała się w czwartek z maila że nie ma mnie ani P. Może jakby słuchała co się do niej mówi,  a nie przytakiwala tylko czytając albo pisząc w tym czasie maile,  to by wiedziała. Już pomijam fakt,  że wysłałam informację do całego zespołu dzień przed moim urlopem powiadamiajacym kto i kiedy mnie zastępuje. Ale. Szefowa nie czyta moich maili, ani,  jak widać,  mnie nie słucha. 

Szlag mnie trafia bo nie ma opcji  żeby z nią wygrać. Ona ma zawsze rację, nawet jak jej nie ma.

Potem wezwała do siebie P i jej menadzerke. P trochę się wytłumaczyła ale i tak czułam,  że. Szefowa obarcza winą mnie. Nie obwiniam P,  jest młoda,  to jej pierwsza praca i wiem,  że chciała dobrze,  obie chciałysmy. Obwiniam to jak potraktowala nas szefowa, a właściwie mnie. Zważywszy na sytuację to P powinna to załatwić z nią, bo wiedziała,  że ja mam podpisany urlop. Jak załatwiałam swoje dni wolne miała wtedy być. Ale tak samo bylo z j jak pracowała że mną – zawsze ja byłam karana za jej błędy i niedopatrzenia. Mam tego dość i liczę na tą nową pracę. Tak,  nadal prowadzą nabór. Odezwałam się do nich z pytaniem czy rekrutacja nadal otwarta i potwierdzili tuż przed przyjazdem rodziców J. Także liczę, że niedługo mnie zaproszą na rozmowę.. Oby bo mam serdecznie dość tego traktowania i tej pracy! 

Bad Independance Day…

Uwaga, będę się wyładować…

Nikt nie działa mi na nerwy tak jak moja matka. Od wtorku są u Nas rodzice Jamesa, a Moja matka chce po pierwsze, żebym codziennie zdawała jej relacje co robiliśmy, a po drugie oczekuje, że mam zaplanowaną każdą minutę ich pobytu. Otóż nie mam, i nie raz jej już to mówiłam. Jedyne co musiałam zaplanować dokładnie to nasz pobyt w Krakowie, z którego wróciliśmy wczoraj, padnięci jak muchy. Podczas naszego pobytu albo męczyła mnie o zdjęcia, które chciała dostać natychmiast, albo zadawała tony pytań, na które nie miałam ani czasu ani ochoty odpowiadać. Czy ona nie może zrozumieć, że ja czasami nie chcę rozmawiać? Nie tylko z nią, ale tak w ogóle? Po prostu nie? Ona oczekuje ode mnie, że będę się zachowywać tak, jak ona sobie tego życzy, albo tak, jak ona by się zachowała w danej sytuacji. Myślę, że tu tkwi problem. Jestem introwertykiem, ona, moim zdaniem, ekstrawertykiem, i tu właśnie do siebie nie pasujemy.

Dzisiaj w ogóle jest jakiś pechowy dzień dla matek, bo najpierw mama Jamesa zostawiła w taksówce torebkę z telefonem jak jechali do nas na kolację, a potem powiedziała coś, co zdenerwowało Jamesa, że ten aż wyszedł. Ona się popłakała i pojechali z ojcem do hotelu.

No i na dokładkę tego wszystkiego jeszcze moja mama mi dołożyła swoim fochem na koniec…

Cały ten tydzień zapierdalam jak mały samochodzik. Staram się o niczym nie zapomnieć,  wszystko załatwić, a i tak okazuje się,  że jestem przyczyną całego zła na świecie. Mojej szefowej nie da się dogodzić. Nawet jak jest poprawa to i tak ważniejszy staje się opieprz za pierdole,  nie zawsze zresztą słuszny. Mam tego po dziurki w nosie. Jest 17.30 a ja właśnie wychodzę z pracy. Znów po godzinach. A czy ktoś mi za to zapłaci? Nie. Oczywiście. Jestem poirytowana tym wszystkim. Wszystkiego się człowiekowi odechciewa jak zbiera tylko zjebę a jest to mało motywujące. A moja szefowa wydaje się nie mieć szacunku do cudzej pracy. 

Mam dość. 

I weź tu zapisz go do lekarza…

Kto by pomyślał, że zapisanie obcokrajowca do lekarza jest takie skomplikowane. Od 3 dni J źle się czuł, i już w środę kazałam mu iść do lekarza, bo dolegliwości się powtarzają co jakiś czas.

Zadzwoniłam w środę do przychodni, z pytaniem o wizytę u lekarza, który mówi po angielsku. Pani powiedziała, że chyba to dziś takiego nie ma, i gdzie jest obcokrajowiec ubezpieczony. Mówię, że w NFZ, że ma legalną pracę i pobyt. Po pytaniu,czy ma PESEL, i mojej negatywnej odpowiedzi znów zapytała, gdzie jest ubezpieczony. Powtarzam, że w NFZ, że ma ZUS RMUA i chcę wizytę w ramach Funduszu. Powiedziała, że jedynie może spróbować iść na dyżur, bo lekarz dyżurny mówi po angielsku. Pojechał, był tam przed 12. . Powiedziałam mu dokładnie jak to działa: że idzie pod gabinet, pyta się kto ostatni i pilnuje, żeby wejść do gabinetu po tej osobie. Niestety nie dostał się do lekarza

Następnego dnia rano udało mi się umówić go do lekarza [o obco brzmiącym nazwisku] na godzinę 13.30. Miła pani  w rejestracji na prawdę poszła mi na rękę, bo z jakiegoś powodu nie mogła znaleźć go w systemie. To nasunęło mi pytanie, czy J w ogóle wczoraj tam pojechał, skoro nikt nic nie wie i nie ma jego rejestracji. No ale twierdzi, że był.
O 11.00 napisał mi ostatnią wiadomość, że źle się czuje i że go bardzo boli. Od 12.00 zaczęłam do niego wydzwaniać, żeby nie zapomniał o wizycie. Do 16.00 żadnego odzewu! Zaczęłam się denerwować, nawet chciałam się zwolnić z pracy i jechać do domu. O 16.00 napisał mi na FB że zasnął [lub zasłabł, trudno powiedzieć]. Oczywiście opuścił wizytę. Wiedziałam o tym już wcześniej, bo po 13.00 zadzwoniłam do przychodni w nadziei, że jednak tam dotarł, ale niestety powiedziano mi, że się nie pojawił…

Dziś rano nadal z bólem brzucha. Zadzwoniłam do przychodni, ale dziś ten lekarz obcokrajowiec ma dyżur od 8-14, więc trzeba stać w kolejce. Powiedziałam mu wszystko, miał jechać jak najszybciej. Od 10.30 czekał. W międzyczasie padł mu telefon więc nie wiedziałam, czy się udało czy nie. Przed 16:00 zadzwoniłam, i okazało się, że znów nici. Pytam, to ile tam było osób? On na to, że trochę, i nie widział tam za bardzo ruchu. Coś mnie tknęło, żeby zapytać, czy on przypadkiem nie czekał aż go poproszą do gabinetu… Moje nadzieje niestety były płonne, bo okazuje się, że myślał, że go wyczytają, bo tak to działa w Ameryce…. Nosz w mordę jeża! To po co ja się w środę produkowałam i tłumaczyłam jak działa dyżur lekarski w Polsce?! Po co? Tym samym stracił ponad 4 godziny na siedzeniu pod gabinetem, i jestem przekonana, że na pewno by się dostał, gdyby się stosował do tego co mu powiedziałam..

Także moje 3 dniowe starania spełzły na niczym i chce mi się z bezsilności walić głową w ścianę…

Powrót chaosu 

Wczoraj szefowa wróciła do pracy po 3 tyg urlopu. Piękny to był czas gdy nikt się nie czepiał i nie zawracał głowy. 

Już zaczynam się stresować,  no jakbym się nie starała to jest źle. Wczoraj poszłam ustalać z nią kalendarz. Chciała gdzieś jechać rano po spotkaniu na mieście ale było spotkanie cykliczne z innym dyrektorem. Powiedziała, że najwyżej managerowie się z nim spotkają. Pytałam jeszcze czy szukać sali,  ale powiedziała, że nie ma takiej potrzeby bo ona będzie przecież  a mieście. 

Dziś dzwoni żeby potwierdzić kalendarz, bo jej się nie aktualizuje czasami na telefonie,  to mówię że menagerowie się spotkają z tym dyrektorem,  a ta do mnie,  że nie tak się umawiałyśmy, że miałam przełożyć. Mówię,  że nie,  że powiedziała, że menagerowie mieli się spotkać. Ona co mnie, że nic podobnego,  że nie było takiej rozmowy. Powiedziałam, że przepraszam, że ja tak zrozumiałam, mimo,  że doskonale wiem że nie popełniłam błędu. 

I co tu poradzić? Nie przegadasz, bo szef ma zawsze rację,  nawet jak jej nie ma!  

Mniej niż zerooooo

Dziś znów miałam „rozmowę”   z szefową. Znów  dowiedziałam się jakim jestem zerem i beznadziejnym pracownikiem. Nawet padła ukryta sugestia, że mnie zwolni. Super. Szczerze? Nie mogę się doczekać, a raczej mam nadzieję, że ta praca na którą zaaplikowalam wypali i będę mogła powiedzieć jej w twarz,  że odchodzę! To jest na chwilę obecną moje marzenie i dążę do tego aby się spełniło. Jeśli nie wypali to na prawdę oszaleje i pójdę do wariatkowa.. Jestem już strzępkiem nerwów i mam dość takiego traktowania. Powiedziała nawet, że poszli mi na rękę jak BYŁAM chora. Byłam? To z cukrzycy typu 1 się można wyleczyć? Dobrze wiedzieć. Nadal jestem chora i nie mogę się denerwować a ostatnio tylko to robię! A to że przychodziłam do pracy jak się źle czułam albo jak miałam zwolnienie przyszłam żeby nic nie zostało niezarzadzone, to już się nie liczy prawda? Pewnie, że się nie liczy. Ja jestem odpowiedzialna za całe zło tego świata…