Wolność – kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem..

Dużo się dzieje, już od dawna się zbierałam, żeby napisać, ale ciągle coś. Na ogół wieczory zajmuje mi coś, i na pisanie nie mam już czasu albo ochoty.

Ale to, co u mnie musi zejść na dalszy plan, ponieważ to jak PiS rozwala nam kraj jest niepojęte. Nie mogę uwierzyć, że Ci ludzie doszli do władzy, że nic do nich nie dociera. Czy oni naprawdę wierzą w to, że pomagają w jakikolwiek sposób Polsce? Bo moim zdaniem to tylko dla „ciemnego ludu bo on wszystko kupi”.

Ludzie protestujący przeciw odebraniu nam wolności jest wyzywany od zdrajców, UBeków, komuchów. Jestem zła i bezradna.. tyle.

Taksówka na ratunek!

Dzisiaj myślałam, że w pracy trafi mnie szlag. Nie to, że już mi się nie podoba nowa firma, wręcz przeciwnie! Cała sytuacja wynikła z powodu zastępstwa na naszej recepcji.

W zeszłym i w tym tygodniu mamy cykl konferencji medycznych nad morzem. Żeby nie wozić naszego stoiska z Sopotu do Warszawy, postanowiliśmy wysłać je kurierem bezpośrednio do hotelu w Kołobrzegu. Konferencja jest w piątek, więc kuriera mogłabym zamówić w środę z dostawą na następny dzień, czyli czwartek. Ale ponieważ ja chciałam być pewna, że wszystko będzie w porządku poprosiłam naszą recepcję już w we wtorek rano, aby dowiedziała się czy na 100% wszystko dojedzie na czas i zamówiła kuriera. Dostałam na maila we wtorek potwierdzenie wraz z listem przewozowym. Wczoraj cały dzień prosiłam recepcję o informację czy paczka została odebrana z hotelu, ale status był, że nadal oczekuje na odbiór. Ok, zdarza się, że nie odbierają od razu. Miała zadzwonić do naszej opiekunki i się dopytać – ponoć przez cały dzień nie mogła się dodzwonić.

Dziś i jutro spotkanie w biurze, więc wszyscy kierownicy byli obecni. Rano godzinne spotkanie dla całej firmy, więc po jego zakończeniu poprosiłam recepcję o sprawdzenie co z przesyłką. Powiedziała, że się dowie, bo status nadal „nieodebrany”. Ja już w stresie. Pytam za jakieś 30 min, a recepcjonistka jakby nigdy nic mówi mi, że no dodzwoniła się, i że to jej błąd, bo się okazało, że nie wystarczy zrobić listu przewozowego, trzeba jeszcze zamówić dodatkowo kuriera, o czym ona nie wiedziała.. No świetnie. Zajebiście wręcz. Więc zaczęłam działać od razu! Pierwsze co to podzwonić po innych firmach kurierskich, dowiedzieć się, czy mają taką usługę, a jeśli tak, to za ile. Recepcjonistka miała zadzwonić w 1 miejsce, ja sprawdzałam inne. Pytam, czy dzwoniła, ona na to, że tak ale wszyscy konsultanci są zajęci… Co się okazało? Po komunikacie, że wszyscy są zajęci ta, zamiast poczekać na zgłoszenie się konsultanta, od razu się rozłączała.. No tak to ona się na żadną infolinię nie dodzwoni, że jej ktoś odbierze po 1 sygnale. Kurwa mać. To próbuję ja. Posłuchałam muzyczki 2 minuty, i konsultant się zgłosił!!! =_= Wycenili.. prawie 2000 zł. No chyba ich pogięło.

W międzyczasie dzwoniłam jeszcze do organizatorów, w nadziei, że może coś z tego hotelu będą zabierać do Kołobrzegu. Żaden nie odbiera, osoba kontaktowa na umowie od dziś na urlopie z wyłączonym telefonem. Nosz k…. Asystentka administracji napisała do korporacji taksówkowej, która nas obsługuje z prośbą o wycenę kursu i dostarczeniem przesyłki. Dorwałam w końcu kierowniczkę, która ogarnia konferencję zanim poszła na obiad. Oczywiście się zdenerwowała sytuacją [na szczęście nie była zła na mnie], ale poleciła mi zadzwonić do przedstawiciela, który ma ogarniać konferencję na miejscu. Próbowaliśmy znaleźć ewentualnie wyjście, żeby może inna osoba przewiozła tą przesyłkę chociaż kawałek w stronę Koszalina, a on by ją stamtąd odebrał, ale pomysł niestety upadł. Sprawdzałam też przesyłki konduktorskie i usługi jednej z firm, która mogłaby nam pomóc logistycznie.. W końcu padło na taksówkę. 650 zł w plecy dla firmy, ale mam nadzieję, że dotrze. Wiem, że wszystko zostało odebrane [oby wszystko!] i jedzie.

Cały dzień zajęło mi załatwianie tej sprawy. Nawet bałam się przez chwilę, że ktoś powie, że to moja wina, że nie dopilnowałam. Ale z drugiej strony: upewniłam się, że kurier dojedzie na czas, zleciłam zamówienie kuriera wcześniej niż powinnam, dostałam list przewozowy i potwierdzenie, próbowałam sprawdzić status przesyłki przez cały wczorajszy dzień i od dzisiaj rana… Skąd mogłam wiedzieć, że kurier nie został zamówiony? Robiłam wszystko, żeby przesyłka doszła, ale takiego scenariusza nie przewidziałam. Na szczęście mam wszystko na mailu i sama pisałam w tej sprawie do kierowniczki i przedstawiciela. Pech chciał, że akurat od wtorku mamy zastępstwo na recepcji… Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy!

P.S. Taksówkarz dostarczył tylko ściankę konferencyjną… Bosko. Eh… <ściana>

5 dni dłużej…

Wczoraj okazało się, że jednak moje męki nie skończą się w ten piątek, ale w przyszłą środę. Pod koniec maja ojciec J próbował go przekonać o wykupieniu lotu, bo było raczej pewne, że nie uda mu się znaleźć pracy. J miał nadal nadzieję, że to wypali, więc nie chciał. Postanowiłam go namówić, i udało się. Przekonałam go, skontaktował się z ojcem i zabookowali lot. Jak tylko wiedziałam, że wszystko załatwione zapytałam jego ojca na kiedy kupili bilet, odpowiedział, że 23 czerwca 6.40 rano. Nie zauważyłam jednak, że zaraz potem napisał 28.06.2017.

O „nowej” dacie dowiedziałam się wczoraj. W sumie nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ja myślałam, że wiem, on też myślał, że wiem. Zawsze referowaliśmy ten termin jako „koniec miesiąca”. No i wczoraj z rozmowy o rzeczach, które trzeba załatwić przed jego wyjazdem wynikło, że nie leci w ten piątek, o czym byłam święcie przekonana…

W mojej głowie własnie pod koniec tego tygodnia miałam zakończyć pewien etap w życiu i zacząć nowy. To tylko 5 dni, a może AŻ 5? Strasznie ciężko mieszkać z osobą, z którą się już nie jest, a jednak nadal jest. Bo nie jest mi obojętne to, jak on się czuje, nie chcę żeby było mu jeszcze ciężej niż jest. Byłam na jego miejscu i wiem doskonale jak on się czuje i to przeżywa. Może byłoby nieco łatwiej jakbyśmy się nienawidzili? Sama nie wiem. Chyba żaden wariant nie sprawia, że to jest łatwe. Ja już naprawdę chcę, żeby było po wszystkim…

Skarbówka

Jako że tylko ja myślę o takich rzeczach, dziś znów zaczęłam w wolnej chwili przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji dotyczących opodatkowania obywatela ameryki bez numeru PESEL. W końcu udało mi się napisać do mojego Urzędu Skarbowego, i odpisali! Okazało się, że jeśli nie ma nadanego PESELu to w PIT-37 należy podać NIP. Oczywiście jak nietrudno się domyśleć – nie posiada również NIP. Dlatego też ściągnęłam formularz NIP-7, wypełniłam i wysłałam poleconym. Teraz trzeba mieć nadzieję, że zdążą nadać mu ten numer przed ostatecznym terminem rozliczenia PITów…

Akcja-Reakcja

Wróżką nie jestem, a jednak wiedziałam doskonale, że tak się stanie. Bo nie trzeba nadprzyrodzonych zdolności, żeby wiedzieć, że jak się często nie chodzi do pracy, to cierpliwość i wyrozumiałość pracodawcy się kiedyś kończą. I dziś właśnie się skończyła. J stracił pracę i nic się już nie da z tym zrobić.

Dociera do niego, że to jego i tylko jego wina, rozumie, jakie niesie to za sobą konsekwencje, ale jednocześnie cieszy się, że nie będzie tam pracował. Ostatnio na prawdę był chory [oboje byliśmy] ale przez wcześniejsze nieobecności po prostu miara się przebrała.

Wiem, że to nie była praca jego marzeń, ale na prawdę dawała dobre warunki – kontrakt na 2 lata, przez co i pozwolenie na pobyt na 2 lata, bliski dojazd, brak problemów z nieznajomością polskiego. A teraz? Z tego co pamiętam ma 90 dni na znalezienie pracy, no i chyba załatwienie formalności. Nie wiem czy się uda. Dopuszczam możliwość, że będziemy musieli się rozstać. Co będzie to będzie.

Dostał po dupie, może to go czegoś nauczy, może się otrząśnie. Szkoda tylko, że musiało do tego dojść, żeby się przekonał, że moje gadanie jednak miało jakiś sens… A można było szukać powoli czegoś bardziej satysfakcjonującego, zamiast doprowadzić do takiej sytuacji.

Reasumując są dwie opcje – albo się uda w 3 miesiące to ogarnąć albo się nie uda, i siłą rzeczy się rozstaniemy, bo będzie musiał wracać do USA…

 

Wszystko się może zdarzyć

Szefowa dokonała wyboru zgodnego z moimi sugestiami, czyli szczęśliwą wybranką jest kandydatka nr 1. Boże, miej ją w swojej opiece! Szkoda dziewczyny, bo chyba nie wie na co się pisze [ja 4 lata temu też nie wiedziałam], ale chcę żyć nadzieją, że nie ucieknie z krzykiem.

Rano zasugerowałam szefowej, żeby A przyszła do pracy w poniedziałek albo wtorek, ja ją wdrożę, a od 13 lutego już by mnie tu nie było, czyli porozumienie stron podpisałybyśmy z datą 10 lutego. Zgodziła się, ale ja, nauczona doświadczeniem, chciałam najpierw mieć podpisany papier, zanim cokolwiek komukolwiek powiem w nowej firmie. I miałam rację.

Po 16 poszłam do niej z przygotowanym dokumentem, na co ona, że nie może mi go dzisiaj podpisać, bo musi najpierw zobaczyć jak idzie wdrażanie. Bosko. Czyli nadal nic nie wiem, bo może się w piątek 10go okazać, że uzna, że muszę jeszcze przyjść w następnym tyg. Wszystko ładnie pięknie, ale jest pewien problem – mianowicie od 13 są ferie, więc jeśli mi nie podpisze papieru w przyszłym tygodniu, to na pewno do 17 lutego będę jeszcze w starej firmie. No, nie licząc tych 3 dni na żądanie, które nadal mam w zanadrzu, także sytuacja nie jest beznadziejna, ale nadal niepewna, co mnie strasznie denerwuje!!

Reasumując, wszystko idzie w dobrym kierunku, ale jeszcze wszystko się może zdarzyć.

P.S. Nadal chora 😦

Beep beep beep 

Piętro pode mną jest żłobek. Od 45min piszczy tam alarm, firmy ochroniarskej,  a mnie trafia szlag. Dzwoniłam do dozorczyni,  niestety nie ma telefonu do opiekunek. Dzwoniła do firmy ochroniarskej,  ja mimo  wszystko reż zadzwoniłam. Mam nadzieję, że uda im się to wyłączyć bo inaczej czeka mnie bezsenna noc…

Trochę pod górę, ale damy radę!

Miałam plan. Układałam w głowie jak oświadczę Szefowej, że odchodzę, zastanawiałam się jak zareaguje.

Napisałam rano do mojej agencji pracy tymczasowej, która wg prawa jest moim pracodawcą, z pytaniem czy można mailem dostarczyć wypowiedzenie i wysłać pocztą, czy muszę mieć je dziś w oryginale. No i cały mój misterny plan wpisdu, bo okazało się, że już nie mam 2 tygodni wypowiedzenia. Zaje-kurwa-biście. No to dzwonię do D i mówię jaka sytuacja. Ona daje mi do telefonu koleżankę z HR, i ta dyktuje mi treść rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Do szefowej mogę wejść dopiero o 12.00, siedzę jak na szpilkach. Nadal nie wiem jak jej to powiem – bo teraz jestem niestety skazana na jej łaskę. Wpisałam się jej do kalendarza ze spotkaniem o tytule „Ważna sprawa”. Za chwilę dostałam od niej sms z pytaniem co to za ważna sprawa. Odpisałam, że to nie na telefon.

O 12.00 weszłam do niej z przygotowanym papierem do podpisu. Powiedziałam, że dostałam od byłej szefowej ofertę pracy, którą przyjęłam. Przyjęła to spokojnie, powiedziała, że fajnie, zapytała w jakim charakterze. Powiedziałam o profilu firmy, zapytała, czy bardziej rozwojowe zadania, powiedziałam, że tak, i że warunki pracy lepsze itp. No i powiedziałam, że problem polega na okresie wypowiedzenia, i czy zgodziłaby się puścić mnie po 2 tyg. Oczywiście powiedziała, że absolutnie nie, bo przecież ona musi znaleźć kogoś na moje miejsce, a ja tą osobę muszę przeszkolić. Byłam prawie pewna, że taka będzie jej odpowiedź. Po wyjściu od niej zadzwoniłam do D, którą zasugerowała mi jeszcze wzięcie co najmniej 1 tygodnia urlopu, bo ona sobie nie wyobraża, żebym przyszłą 1 marca nic nie wiedząc. Poszłam jeszcze do Szefowej na chwilę i zapytałam o taką możliwość, ale ona się najeżyła, żebym jej nie nachodziła, że byłam u niej przed chwilą a teraz żądam urlopu [??] i że ona nie wie dzisiaj i nic mi dziś nie podpisze. Acha, zajebiście.

Wiem, że pod koniec dnia zleciła szukanie nowej asystentki koleżance, bo ta do mnie w tej sprawie dzwoniła. W poniedziałek musimy zacząć działać. Jeszcze jest jedna opcja, czyli wzięcie 4 dni na żądanie – chociaż ponoć pracodawca może się nie zgodzić, ale musi to udowodnić. Zobaczymy w przyszłym tygodniu. Muszę zacząć spisywać obowiązki, żeby było mi łatwiej je przekazać, a trochę tego jest.. głównie pierdoły…

Przez to wszystko byłam w takim stresie, że nic nie jadłam przez cały dzień, dopiero o 19.00 w domu zjadłam spagetti. J ma focha, więc jeszcze dodatkowo mam zajebistą atmosferę w domu… Bosko. Mam nadzieję, że się chociaż jutro wyśpię…

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Kurtka

Idzie zima więc trzeba kupić nową kurtkę, bo stara się już wysłużyła. Już od listopada się rozglądam. Jedną nawet upatrzyłam w House, ale nie kpiłam [niestety]. Dziś i tak musiałam wstąpić do galerii handlowej do Carrefour’a więc przy okazji stwierdziłam, że popatrzę dookoła, czy jakaś fajna kurtka gdzieś nie wisi. Znalazłam jedną niezłą całkiem, ale głupia ja stwierdziłam, że sobie zadzwonię do matuli się poradzić, bo mi się te wszystkie kurtki wydają tak samo ciepłe jak ta, którą obecnie noszę. No więc mama stwierdziła, że ważne, żeby była dłuższa niż obecna i żeby można było coś pod spód założyć. I ok.

Myślę sobie szybko, że w takim razie pojadę do Złotych Tarasów po tą upatrzoną moją kurtkę, bo mi się najbardziej podoba. Mama na to że ona od babci będzie wracać, to się możę tam o 19 spotkamy. O ja głupia się zgodziłam…

Lecę z zakupami z Carrefour’a , mało się nie poślizgnę, do mojego autobusu 158, który stoi na przystanku, ale gdy jestem 3m od niego zamyka drzwi, rusza i odjeżdża… Nosz kurwa mać ja pierdolę – klnę sobie pod nosem, całkiem głośno. 18.20, następny autobus za 10min. No to drałuję na kolejny przystanek, bo może coś szybciej podjedzie. Oczywiście same nie moje, a o 18.29 przyjechalo 127 – czyli wyszłoby na to samo jeśli poczekałabym na 158… No ale nic, jadę. Wpadam do domu, zostawiam rzeczy, biegnę na tramwaj.

Matka do mnie dzwoni, że już jest, to mówię, że idę po nią, bo w podziemiach to się nigdy nie znajdziemy. Witamy się, na co ona mówi, że w podziemiach tu niedaleko jest taki sklep z kurtami, to może się przejdziemy. Jak niedaleko, to czemu nie, myślę sobie. Idziemy, matka chce iść dookoła Złotych bo tam ponoć jest to zejście do podziemi do tego sklepu. Mówię jej, że to nie tam, ale ta idzie. Dochodzimy do ślepej uliczki, a ta zdziwiona, i mówi aaa bo ja to tam szłam, na skos, jakbyśmy tam poszły, to już byśmy były. Nosz przecież ona prowadziła i nie słuchała moich sugestii… ok, zagryzam zęby, idziemy dalej. Mowie, chodź, możemy przejść przez halę dworca, będzie szybciej, ona, że nie, że ona nie chce, że jest na peronie i że ona już nie wie gdzie jest.. Boże jasny, przecież perony są pod nami, poza tym dojdziemy zaraz tam, gdzie mówiłaś, że jest to zejście. Idziemy. Ta zmienia kierunek, chodzimy w kółko, mnie już szlag trafia. Pytam: jesteś pewna, że to te podziemia, a nie te przy Metrze Centrum? Ona na to, no tak, przy metrze. No to jej 20 min tłumaczę, że to w takim razie nie te podziemia, bo one się nie łączą, i trzeba albo przejechać przystanek albo przejść przez Dworzec Śródmieście i na piechotę. To ta się upiera, że ona wie, że to tutaj, a potem znów słyszę, że to było jak „wysiadała z metra”…

Moja cierpliwość się wyczerpała. Mówię, że nie idę z nią na żadne zakupy do podziemi,  tylko, że była mowa, że ja jadę do sklepu, wchodzę, kupuję kurtkę i jadę do domu. Koniec. Ta do mnie co ze mnie za kobieta która nie lubi robić zakupów. A taka właśnie. Nienawidzę szukać, chodzić po sklepach, przymierzać. Nieeeee. Wchodzimy do House. Widzę, że nie ma mojej kurtki, ale szukam, może przewiesili. Ale widzę kilka modeli, które zmierzyłam z ciekawości, bo wiadomo, że jak się nie założy, to się nie wie jak będzie leżało. I pokazuję jej jeden z modeli, na co ona „tą szmatę mierzyłaś?? Nie szkoda Ci czasu było?” i stoi i nawija jakie tu są szmaty i brzydkie rzeczy, że wszystko takie samo w tych sieciówkach. Pytam skąd wie, skoro nawet nie widziała modelu, który mierzyłam? Jakby był taki sam jak reszta, to chyba nie jechałabym zrąbana po całym dniu pracy, i po zakupach, po taką samą jak wszędzie kurtkę. Jakby tak było, to kupiłabym dziś tą, którą widziałam i nie zawracała głowy… Wyszłyśmy. Próbowała mnie przekonać żebyśmy weszły do kilku sklepów, ale ja miałam dość. Najpierw tracenie czasu w podziemiach, potem jej komentarze w sklepie. Byłam zła, zmęczona i było mi gorąco. Pożegnałam się i pojechałam do domu.

Kurtki nadal brak…