Wolność – kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem..

Dużo się dzieje, już od dawna się zbierałam, żeby napisać, ale ciągle coś. Na ogół wieczory zajmuje mi coś, i na pisanie nie mam już czasu albo ochoty.

Ale to, co u mnie musi zejść na dalszy plan, ponieważ to jak PiS rozwala nam kraj jest niepojęte. Nie mogę uwierzyć, że Ci ludzie doszli do władzy, że nic do nich nie dociera. Czy oni naprawdę wierzą w to, że pomagają w jakikolwiek sposób Polsce? Bo moim zdaniem to tylko dla „ciemnego ludu bo on wszystko kupi”.

Ludzie protestujący przeciw odebraniu nam wolności jest wyzywany od zdrajców, UBeków, komuchów. Jestem zła i bezradna.. tyle.

Relationship Status: Single

Nie żegnaliśmy się długo. Chyba przez ten miesiąc dość już powiedzieliśmy i wypłakaliśmy. Niedługo po moim powrocie z pracy zamówiłam taksówkę. Przez 10 minut ledwo zamieniliśmy słowo. Było ciężko więc rozumiem dlaczego chciał jak najszybciej jechać do hotelu. Jutro z samego rana ma samolot.

Płakałam trochę. Jak weszłam do pustego domu. Cieszę się, że jestem wolna, będę mieszkać sama, będę mogła robić to na co mam ochotę. Ale mimo to jakoś jeszcze dziwnie. Przywyknę.

Pierwsze co zrobiłam to wyprałam pościel i zmieniłam na nową, którą niedawno kupiłam. Umyłam włosy, zaczęłam oglądać nową japońską dramę.. Jakoś mnie ostatnio wzięło na dramy. To specyficzny gatunek i każdy, kto nie zna choć trochę japońskiej kultury, zrozumie i doceni. Tam wszystko jest takie proste.. Może tego właśnie potrzebowałam, takiego odmóżdżenia.. Jak skończę oglądać nowe, to pewnie obejrzę jeszcze dwie moje ulubione. Zawsze budzą we mnie pozytywne emocje..

Zaczynam nowe życie. Teraz musi być tylko lepiej.

„The wound is the place where the Light enters you”

5 dni dłużej…

Wczoraj okazało się, że jednak moje męki nie skończą się w ten piątek, ale w przyszłą środę. Pod koniec maja ojciec J próbował go przekonać o wykupieniu lotu, bo było raczej pewne, że nie uda mu się znaleźć pracy. J miał nadal nadzieję, że to wypali, więc nie chciał. Postanowiłam go namówić, i udało się. Przekonałam go, skontaktował się z ojcem i zabookowali lot. Jak tylko wiedziałam, że wszystko załatwione zapytałam jego ojca na kiedy kupili bilet, odpowiedział, że 23 czerwca 6.40 rano. Nie zauważyłam jednak, że zaraz potem napisał 28.06.2017.

O „nowej” dacie dowiedziałam się wczoraj. W sumie nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ja myślałam, że wiem, on też myślał, że wiem. Zawsze referowaliśmy ten termin jako „koniec miesiąca”. No i wczoraj z rozmowy o rzeczach, które trzeba załatwić przed jego wyjazdem wynikło, że nie leci w ten piątek, o czym byłam święcie przekonana…

W mojej głowie własnie pod koniec tego tygodnia miałam zakończyć pewien etap w życiu i zacząć nowy. To tylko 5 dni, a może AŻ 5? Strasznie ciężko mieszkać z osobą, z którą się już nie jest, a jednak nadal jest. Bo nie jest mi obojętne to, jak on się czuje, nie chcę żeby było mu jeszcze ciężej niż jest. Byłam na jego miejscu i wiem doskonale jak on się czuje i to przeżywa. Może byłoby nieco łatwiej jakbyśmy się nienawidzili? Sama nie wiem. Chyba żaden wariant nie sprawia, że to jest łatwe. Ja już naprawdę chcę, żeby było po wszystkim…

Wind of Change

Czuję, że w moim życiu szykują się ogromne zmiany. Przede wszystkim dlatego, że 23 czerwca J wyjeżdża do USA. Z jednej strony musi, bo nie ma pracy, a z drugiej oboje czujemy, że tak trzeba. Uświadomienie sobie tego faktu zajęło nam dużo czasu. Próbowaliśmy zdecydowanie za długo, i dalsze łudzenie się, że z tej mąki będzie chleb jest stratą czasu. Ja to wiedziałam już kilkanaście miesięcy wcześniej, ale chyba chciałam się dalej okłamywać i żyć we mgle lub po prostu odwracać wzrok od tego co oczywiste.

Jedna część mnie nie może się doczekać aż wyjedzie, a część nie wyobraża sobie jak to będzie. Wiem, że najgorszy będzie moment rozstania, pożegnania. Jak przetrwam, to potem będzie już tylko lepiej.

Próbuję się na to jakoś przygotować, ale nie wiem, czy można. Jak myślę o pustych szafkach, pustym domu i momencie pakowania walizek, to coś we mnie pęka. Ale wiem,  że tak trzeba. Że trzeba przetrwać ten jeden trudny moment, a potem jakoś żyć dalej. Wiem, że będzie lepiej, mimo, że na początku nie będzie łatwo…

Trzymajcie za mnie kciuki…

Śmierć jest snem bez snów

Za 20 min koniec dnia pracy.
Poruszona koleżanka mówi, że ktoś skoczył z okna.
Okna w naszym biurowcu się nie otwierają, więc na początku niedowierzanie.

ALe jednak to prawda.
Skoczył, ale z budynku mieszkalnego obok. Ciało leży zaraz przy naszej kuchni. Druga koleżanka zastanawia się co musiało nim kierować, co dziać się w jego głowie, że zdecydował się na taki krok. Zasłania rolety, żeby nie patrzeć.
Ale i tak nic nie widać, bo policja przykryła już samobójcę czarną folią. Wiatr ją zdmuchuje, więc próbują obciązać kamieniami. A on leży.

Bliskość śmierci jest dziwna. Stoisz w oknie i tylko szyba dzieli Cię od osoby, która skacząc z 9go piętra klatki schodowej odebrała sobie życie…

Akcja-Reakcja

Wróżką nie jestem, a jednak wiedziałam doskonale, że tak się stanie. Bo nie trzeba nadprzyrodzonych zdolności, żeby wiedzieć, że jak się często nie chodzi do pracy, to cierpliwość i wyrozumiałość pracodawcy się kiedyś kończą. I dziś właśnie się skończyła. J stracił pracę i nic się już nie da z tym zrobić.

Dociera do niego, że to jego i tylko jego wina, rozumie, jakie niesie to za sobą konsekwencje, ale jednocześnie cieszy się, że nie będzie tam pracował. Ostatnio na prawdę był chory [oboje byliśmy] ale przez wcześniejsze nieobecności po prostu miara się przebrała.

Wiem, że to nie była praca jego marzeń, ale na prawdę dawała dobre warunki – kontrakt na 2 lata, przez co i pozwolenie na pobyt na 2 lata, bliski dojazd, brak problemów z nieznajomością polskiego. A teraz? Z tego co pamiętam ma 90 dni na znalezienie pracy, no i chyba załatwienie formalności. Nie wiem czy się uda. Dopuszczam możliwość, że będziemy musieli się rozstać. Co będzie to będzie.

Dostał po dupie, może to go czegoś nauczy, może się otrząśnie. Szkoda tylko, że musiało do tego dojść, żeby się przekonał, że moje gadanie jednak miało jakiś sens… A można było szukać powoli czegoś bardziej satysfakcjonującego, zamiast doprowadzić do takiej sytuacji.

Reasumując są dwie opcje – albo się uda w 3 miesiące to ogarnąć albo się nie uda, i siłą rzeczy się rozstaniemy, bo będzie musiał wracać do USA…

 

Ten moment kiedy LinkedIn pokazuje Ci profile, które możesz znać,  a wśród nich widnieje ten należący do kolegi,  który umarł na raka 3 lata temu 🙁

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Ostatnia prosta

Wydaje Ci się, że kogoś dobrze znasz. Poznaliście się 11 lat temu w internecie, dużo rozmawialiście, zbliżaliście się do siebie. W końcu znajomość przerodziła się w przyjaźń, a przyjaźń [w bólach] w miłość. Po latach zwlekania poznaliście się na żywo, i po kilku spotkaniach postanowiliście zamieszkać razem.

I dopiero wtedy poznajesz człowieka na wylot – zawsze to powtarzałam. Coraz częściej zastanawiam się , czy zakochałam się w złudzeniu. Bo to co widzę znacznie odbiega od tego, jak Go widziałam. Miłość jest ślepa, jak to mówią.

Kłóciliśmy się zawsze, on był impulsywny, ja czasem też, ale jednak zawsze dążyłam do zgody, bo nie lubię napięcia, nie lubię złej atmosfery, lub nie lubię niepewności. A niepewna byłam często, bo już podczas naszych rozmów online wiele razy pozostawiał mnie z minuty na minutę nie wyjaśniając czemu rozłącza się na Skype. Teraz to „rozłączanie” zastąpiło zamykanie drzwi przed nosem. Wiele razy myślałam, że ta znajomość już się skończyła, bo kontakt urywał się z jego winy. Był okres ponad roku, że w ogóle nie rozmawialiśmy. To zawsze on trzymał w ręku wszystkie karty, a ja musiałam grać według jego zasad, które nie zawsze znałam.

Ciężko jest, mimo najszczerszych chęci, dogadać się z osobą, która nie chce rozmawiać. Która wszędzie widzi w innych wady, a w sobie – nigdy. Nigdy nie wiadomo które słowo albo pytanie wzbudzi w nim gniew, a w takim przypadku winna spada na osobę, która owe słowa wypowiada. Dodam, że owe słowa nie są obraźliwe, ani nie prowadzą do kłótni. Przynajmniej w przypadku innych ludzi.

Ja mam zarzuty do tego, jak mnie traktuje, że celowo rani, z sarkastycznym uśmiechem na ustach, że nie rozmawia, a potem w gniewie rzuca mi w twarz jakieś zarzuty, o których słyszę pierwszy raz w życiu. Widzę, że się od siebie oddalamy, c nie jest dziwne, jeśli po powrocie z pracy wszystko co widzę, to albo jego w złym humorze, pijanego, albo chorego. Ale według niego wina, oczywiście, jest moja..

Jesteśmy teraz na rozdrożu – czy zostać razem czy się rozstać. Już od dawna przygotowuję się na taki scenariusz, bo widzę, że coraz częściej walczymy, kłócimy się i nie jesteśmy szczęśliwi. Pytanie tylko czy on jest w stanie się zmienić? Nie twierdzę, że ja nie mam nad czym pracować. Mam. Ale trudno jest zacząć coś naprawiać bez dobrej komunikacji, a akurat komunikacja po mojej stronie jest dobra – nie licząc bariery językowej. Na to nic nie poradzę. Często trudno w pełni  wyrazić swoje uczucia w innym języku, a to ja muszę się kłócić nie w swoim ojczystym języku, i on to wykorzystuje.

Nie wiem co będzie. Tracę nadzieję. Ojciec J przylatuje w przyszłym tygodniu, jak się okazuje dlatego, żeby z nim poważnie porozmawiać. Tak przypuszczałam, że ostatnio nie mieli czasu na to. Szkoda, że to wszystko dzieje się przed świętami. Mam jakiegoś pecha, bo moje wszystkie związki kończą się  pod koniec roku [albo wrzesień-październik, albo w grudniu jak widać…].

Mówią, że rozstać się będzie lepiej. Moja mama nie wierzy już w powodzenie tego związku. Może i racja, ale łatwo powiedzieć komuś, kto nie jest w to zaangażowany emocjonalnie i kto tyle nie poświęcił czasu i energii, żeby to wypaliło. Pomogłam mu znaleźć pracę [z której nie jest zadowolony…], pomogłam z formalnościami, żeby załatwić legalny pobyt, pomagałam na każdym kroku, kiedy tego potrzebował, utrzymywałam go gdy jeszcze nie pracował… To boli patrzeć, że to wszystko na nic…

Ale jeśli zdecyduje, że nie chce ze mną być, uszanuję to. Nie mam wyjścia. Ja już nie mam siły walczyć, a szczególnie za nas dwoje. To ostatnia prosta.

Mam dość mojej pracy!

Tak,  w piątek był dobry dzień,  ale od poniedziałku już się zaczęło. 

Szefowa czepia się dosłownie o wszystko. Jeszcze nie zdążyłam wejść do pracy w poniedziałek, a już telefon od niej.  Drze się przez 5min że dlaczego ona ma spotkanie o 9. To jej mówię,  że próbowałam przełożyć ale się nie dało. Usłyszałam,  że to jest niebywale,  bo jej niania przychodzi o 9 i ona nie zdąży (tak jakbym znała jej rozkład dnia). Potem jeszcze było kilka innych rzeczy,  z których była niezadowolona. I tak codziennie coś. 

Dzisiaj od rana dostaje smsy. Jak się o coś pytam to źle,  jak nie pytam,  jeszcze gorzej. Nie dogodzisz. Nie raz jak próbuję do niej wejść, to albo przewraca oczami albo kręci głową, że nie ma czasu. Albo ktoś u niej wiecznie siedzi,  a ja stoję pod gabinetem i kwitnę. Jak już się uda zapytać to słyszę,  że ona nie wie co to za spotkanie, że to ja ustawiam jej kalendarz i że ja mam wiedzieć co to za spotkanie. Ok, więc jako że wiedziałam, że jutro jest na ważnym spotkaniu, a w tym czasie były 2 inne,  na których być nie mogła, ustawiłam zastępstwa naszych menadżerów, tak jak mnie kiedyś prosiła. Też nie dobrze,  bo czemu nie zapytałam czy ona by nie chciała na te spotkania iść. Jasna cholera. No pewnie dlatego,  że i tak by na nich nie była, to akurat wiem. Sms był bardzo niesympatyczny i poczułam się jak nic nie warty śmieć, który nic nie wie,  nic nie umie i wszystko robi źle. Jakbym się nie starała i tak będzie źle! Mam tego dość. Jestem chodzący klebkiem nerwów. Codziennie idąc do pracy zastanawiam się czy przetrwam bez opieprzu czy nie..