Ten moment kiedy LinkedIn pokazuje Ci profile, które możesz znać,  a wśród nich widnieje ten należący do kolegi,  który umarł na raka 3 lata temu 🙁

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Ostatnia prosta

Wydaje Ci się, że kogoś dobrze znasz. Poznaliście się 11 lat temu w internecie, dużo rozmawialiście, zbliżaliście się do siebie. W końcu znajomość przerodziła się w przyjaźń, a przyjaźń [w bólach] w miłość. Po latach zwlekania poznaliście się na żywo, i po kilku spotkaniach postanowiliście zamieszkać razem.

I dopiero wtedy poznajesz człowieka na wylot – zawsze to powtarzałam. Coraz częściej zastanawiam się , czy zakochałam się w złudzeniu. Bo to co widzę znacznie odbiega od tego, jak Go widziałam. Miłość jest ślepa, jak to mówią.

Kłóciliśmy się zawsze, on był impulsywny, ja czasem też, ale jednak zawsze dążyłam do zgody, bo nie lubię napięcia, nie lubię złej atmosfery, lub nie lubię niepewności. A niepewna byłam często, bo już podczas naszych rozmów online wiele razy pozostawiał mnie z minuty na minutę nie wyjaśniając czemu rozłącza się na Skype. Teraz to „rozłączanie” zastąpiło zamykanie drzwi przed nosem. Wiele razy myślałam, że ta znajomość już się skończyła, bo kontakt urywał się z jego winy. Był okres ponad roku, że w ogóle nie rozmawialiśmy. To zawsze on trzymał w ręku wszystkie karty, a ja musiałam grać według jego zasad, które nie zawsze znałam.

Ciężko jest, mimo najszczerszych chęci, dogadać się z osobą, która nie chce rozmawiać. Która wszędzie widzi w innych wady, a w sobie – nigdy. Nigdy nie wiadomo które słowo albo pytanie wzbudzi w nim gniew, a w takim przypadku winna spada na osobę, która owe słowa wypowiada. Dodam, że owe słowa nie są obraźliwe, ani nie prowadzą do kłótni. Przynajmniej w przypadku innych ludzi.

Ja mam zarzuty do tego, jak mnie traktuje, że celowo rani, z sarkastycznym uśmiechem na ustach, że nie rozmawia, a potem w gniewie rzuca mi w twarz jakieś zarzuty, o których słyszę pierwszy raz w życiu. Widzę, że się od siebie oddalamy, c nie jest dziwne, jeśli po powrocie z pracy wszystko co widzę, to albo jego w złym humorze, pijanego, albo chorego. Ale według niego wina, oczywiście, jest moja..

Jesteśmy teraz na rozdrożu – czy zostać razem czy się rozstać. Już od dawna przygotowuję się na taki scenariusz, bo widzę, że coraz częściej walczymy, kłócimy się i nie jesteśmy szczęśliwi. Pytanie tylko czy on jest w stanie się zmienić? Nie twierdzę, że ja nie mam nad czym pracować. Mam. Ale trudno jest zacząć coś naprawiać bez dobrej komunikacji, a akurat komunikacja po mojej stronie jest dobra – nie licząc bariery językowej. Na to nic nie poradzę. Często trudno w pełni  wyrazić swoje uczucia w innym języku, a to ja muszę się kłócić nie w swoim ojczystym języku, i on to wykorzystuje.

Nie wiem co będzie. Tracę nadzieję. Ojciec J przylatuje w przyszłym tygodniu, jak się okazuje dlatego, żeby z nim poważnie porozmawiać. Tak przypuszczałam, że ostatnio nie mieli czasu na to. Szkoda, że to wszystko dzieje się przed świętami. Mam jakiegoś pecha, bo moje wszystkie związki kończą się  pod koniec roku [albo wrzesień-październik, albo w grudniu jak widać…].

Mówią, że rozstać się będzie lepiej. Moja mama nie wierzy już w powodzenie tego związku. Może i racja, ale łatwo powiedzieć komuś, kto nie jest w to zaangażowany emocjonalnie i kto tyle nie poświęcił czasu i energii, żeby to wypaliło. Pomogłam mu znaleźć pracę [z której nie jest zadowolony…], pomogłam z formalnościami, żeby załatwić legalny pobyt, pomagałam na każdym kroku, kiedy tego potrzebował, utrzymywałam go gdy jeszcze nie pracował… To boli patrzeć, że to wszystko na nic…

Ale jeśli zdecyduje, że nie chce ze mną być, uszanuję to. Nie mam wyjścia. Ja już nie mam siły walczyć, a szczególnie za nas dwoje. To ostatnia prosta.

Mam dość mojej pracy!

Tak,  w piątek był dobry dzień,  ale od poniedziałku już się zaczęło. 

Szefowa czepia się dosłownie o wszystko. Jeszcze nie zdążyłam wejść do pracy w poniedziałek, a już telefon od niej.  Drze się przez 5min że dlaczego ona ma spotkanie o 9. To jej mówię,  że próbowałam przełożyć ale się nie dało. Usłyszałam,  że to jest niebywale,  bo jej niania przychodzi o 9 i ona nie zdąży (tak jakbym znała jej rozkład dnia). Potem jeszcze było kilka innych rzeczy,  z których była niezadowolona. I tak codziennie coś. 

Dzisiaj od rana dostaje smsy. Jak się o coś pytam to źle,  jak nie pytam,  jeszcze gorzej. Nie dogodzisz. Nie raz jak próbuję do niej wejść, to albo przewraca oczami albo kręci głową, że nie ma czasu. Albo ktoś u niej wiecznie siedzi,  a ja stoję pod gabinetem i kwitnę. Jak już się uda zapytać to słyszę,  że ona nie wie co to za spotkanie, że to ja ustawiam jej kalendarz i że ja mam wiedzieć co to za spotkanie. Ok, więc jako że wiedziałam, że jutro jest na ważnym spotkaniu, a w tym czasie były 2 inne,  na których być nie mogła, ustawiłam zastępstwa naszych menadżerów, tak jak mnie kiedyś prosiła. Też nie dobrze,  bo czemu nie zapytałam czy ona by nie chciała na te spotkania iść. Jasna cholera. No pewnie dlatego,  że i tak by na nich nie była, to akurat wiem. Sms był bardzo niesympatyczny i poczułam się jak nic nie warty śmieć, który nic nie wie,  nic nie umie i wszystko robi źle. Jakbym się nie starała i tak będzie źle! Mam tego dość. Jestem chodzący klebkiem nerwów. Codziennie idąc do pracy zastanawiam się czy przetrwam bez opieprzu czy nie.. 

Siedzę na podłodze mojego nowego salonu,  bo jeszcze nie dojechała kanapa, i myślę: czemu, skoro podobno jest karma i dobro wraca do człowieka, to ja tylko dostaję od wszystkich po dupie? Czy moja karma zgubiła drogę we wszechświecie?

Na dywaniku

Podobno najczesciej podawanym powodem zmiany pracy jest szef. Muszę się z tym niestety zgodzić. W. Moim przypadku pierwszym powodem chęci znalezienia nowego zajęcia był szef a zaraz na drugim miejscu niskie wynagrodzenie. Teraz wynagrodzenie mam większe, chociaż zawsze mogłoby być wyższe, szczególnie po 3 latach pracy i przy większej liczbie obowiązków. Obecna Szefowa na początku wydawała się o niebo lepsza od poprzedniego, ale z biegiem czasu widzę, że wychodzi szydło z worka (i bynajmniej nie piję to do pani Premier).

Dziś Szefowa wylała na mnie wszystkie swoje żale i frustracje. Wygląda na to, że wszystko robię źle. Oczywiście, że popełniam błędy, nie jestem nieomylna, ale bez przesady. Rozumiem konstruktywną krytykę, ale bądźmy sprawiedliwi.

Gdy wytykała mi rzeczy, których rzekomo nie robię, a ja wskazywałam na to, że owszem, czasami zdarza mi się zapomnieć, ale generalnie to o nich pamiętam, to ona na to, że nie rozmawiamy o tym, co robię, ale o tym czego nie robię. Super. Czyli jeśli 5 razy na 100 zdarzy mi się niedopatrzenie, to już te 95% gdy robię coś właściwie się już nie liczy?

Oczywiście na nic moje argumenty, że ja się z czymś nie wyrabiam no usłyszałam, że inne asystentki robią to samo co ja (jasne..) i że mam złą organizacje pracy jeśli się nie wyrabiam. Ona nie zdaje sobie sprawy jakie to jest czasochłonne. Sam jej kalendarz zajmuje mnóstwo czasu, a tu jeszcze ciągle prośby i wymagania, wszystko Asap. Nie wspominając już o organizowaniu wyjazdu szkoleniowego, wielkiego eventu, który odbywa się na początku przyszłego tygodnia (to pochłania mnóstwo czasu!) czy robieniu takich przyzoemnych rzeczy jak poczta, czy odbieranie telefonów, które często dzwonią.
W pewnym momencie zaczęła mi wyliczać tygodniowy wymiar pracy próbując tym samym udowodnić że. Ona nie wierzy że to zajmuje wszystko tyle czasu. Tak się nie da bo ja nie robię jednej rzeczy od A do Z tylko w międzyczasie jestem odbywają innymi obowiązkami, których czasem się nie da przewidzieć.

Zostałam potraktowana jak śmieć, jak osoba, która się do niczego nie nadaje. Staram się ogarnąć ten cały cyrk a wszystko co usłyszałam w zamian to pretensje. Przykre.

132772_20130705_080433_999402_546688602062527_486951929_n

What a „wonderful” life

Dużo ostatnio rozmyślam nad swoim życiem, i jestem zła. Zła na to wszystko czego nie mogę mieć, a o czym zawsze marzyłam, a nie jest to nic nadzwyczajnego, i właśnie to chyba dobija mnie najbardziej!

Przeglądam Wall’a na Facebooku: temu urodziło się dziecko, ta wyszła za mąż, Ci są na wakacjach, a Ci obchodzą rocznicę ślubu. Szczęśliwe rodzinki czy pary, robiące najnormalniejsze rzeczy na świecie – a ja nie mam nawet tego. Nie mogę iść wieczorem na spacer do parku czy do kawiarni, trzymając mojego faceta za rękę. Wracać do domu z pracy i wiedzieć, że ktoś tam na mnie czeka.

On tam, ja tu. Coraz trudniej nam się dogadać. Ja, starając się rozmawiać o swoich uczuciach i obawach, czuję się jak ta, co wymyśla problemy, bo on najczęściej ich nie widzi. Wiem, że ma trudną sytuację w domu, jest zestresowany, schudł bardzo [a i tak zawsze był szczupły], więc staram się go wspierać jak tylko mogę. Ale gdzie w tym wszystkim jestem ja? Gdzie moje potrzeby? Kto je zaspokoi?

Ponieważ nie chcę się kłócić, zawsze staram się załagodzić sytuację, ba, często nawet biorę na siebie winę i przepraszam, chociaż nie mam za co! Często nawet nad tym nie panuję, i uświadamiam sobie wszystko dopiero po fakcie. Ja jestem bardzo emocjonalna, a on chowa wszystko za maską cynizmu, i uwielbia odwracać kota ogonem. I zawsze i tak wychodzi na to, że ja się czepiam, szukam problemów, gdzie ich nie ma, a on nie wie o co mi chodzi. Nie można wszystkiego zamiatać pod dywan, bo to nie zniknie, ba, będzie narastać. Problemy zawsze są, tylko niektórzy wola udawać, że ich nie ma.

Nie powiem mu też co myślę na temat jego przeprowadzki, bo przecież zaraz się pokłócimy. Słysze o tym od 6 miesięcy, i co? I NIC. Nic nie posunęło się na przód. On chyba nadal myśli, że się coś samo ułoży. Twierdzi, że on dużo w tym temacie robi, ale szczerze? Nie widzę żadnego zaangażowania, i to wkurza mnie jeszcze bardziej. Jak próbuję mu to zasugerować, to on się obraża, że mu przykro, że ja tak myślę. I o, koniec dyskusji, nadal nic nie posuwa się na przód. Wiem, że się boi, że to duży krok, ale bez rozmowy i planowania nie uda się przerwać tego błędnego koła, w którym tkwi.

Na razie czekam, staram się być cierpliwa, bo chcę dać temu szansę, ale nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam. Za dużo zainwestowałam w ten związek, żeby teraz się poddać. Ale nie mam siły walczyć sama, a czuję czasami, że tak właśnie jest.

Za 16 dni skończę „magiczne” 30 lat i chce mi się tylko płakać..
Zostanę starą panną grającą w gry wideo i lubiącą filmy Marvela…

Eh..

I co tu pisać? Mam doła. Cały weekend grałam w Dragon Age 2, zachciało mi się przejść jeszcze raz, po latach. Gorąc się z nieba leje, a jutro powrót do pracy. Eh.

Dobranoc! 😦

Such a lonely day, and it’s mine

Wieczorami często czuję się samotna, a ostatnio prawie codziennie. Chciałabym, żeby to On się o mnie starał. Jak na razie ciągle mam wrażenie, że desperacko walczę o jego uwagę. Niby rozmawiamy codziennie, ale często to ja zaczynam rozmowę i mam wrażenie, że ciągnę ją na siłę. On twierdzi, że często nie słyszy powiadomień jak do niego piszę. Może, ale ja uważam, że jak się z kimś pisze, to nawet jak tel nie dzwoni, to się co jakiś czas sprawdza, tym bardziej, że najczęściej odpisuję od razu. Jego „złe dni” też nie pomagają. Chodzę koło niego na palcach, żeby nie było jeszcze gorzej. On nie jest w nastroju, nie ma siły bla bla bla. A gdzie w tym wszystkim jestem ja? Czuję się jakbym mu wiecznie przeszkadzała, jakbym była piątym kłem u wozu, choć on twierdzi, że jest inaczej.. :/