Home alone!

Miesiąc temu J przestał oficjalnie pracować. Wg polskiego prawa podobno ma miesiąc legalnego pobytu, ale jeśli nie znajdzie pracy, to musiałby wyjechać. Ale jest inne wyjście z sytuacji – wyjechać z Polski na kilka dni do dowolnego kraju w strefie Schengen i wrócić. Od momentu powrotu powinien mieć 3 miesiące legalnego pobytu jako „turysta” [potwierdziła to ambasada]. Dlatego też wyjechał dziś do Dublina.

Czuję się jak na wakacjach! Cisza, spokój, w końcu mogę pobyć sama ze sobą i porobić na co żywnie mam ochotę. A przede wszystkim się WYŚPIĘ bo ostatnio albo się ciągle budzę, bo  ten się kręci, albo siedzi po nocach i budzę się gdy wchodzi do sypialni.. A do piątku całe łóżko dla mnie!! 🙂

Skarbówka

Jako że tylko ja myślę o takich rzeczach, dziś znów zaczęłam w wolnej chwili przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji dotyczących opodatkowania obywatela ameryki bez numeru PESEL. W końcu udało mi się napisać do mojego Urzędu Skarbowego, i odpisali! Okazało się, że jeśli nie ma nadanego PESELu to w PIT-37 należy podać NIP. Oczywiście jak nietrudno się domyśleć – nie posiada również NIP. Dlatego też ściągnęłam formularz NIP-7, wypełniłam i wysłałam poleconym. Teraz trzeba mieć nadzieję, że zdążą nadać mu ten numer przed ostatecznym terminem rozliczenia PITów…

W weekend wszystko nie wyglądało jeszcze tak tragicznie jak wygląda dzisiaj. Wczoraj myśleliśmy, że na znalezienie pracy mamy 90 dni. Dziś okazało się, że mamy miesiąc… 

Czy tylko mi się wydaje, że to mało prawdopodobne? 

Przygotowuje się już na każdą okoliczność.. 

Akcja-Reakcja

Wróżką nie jestem, a jednak wiedziałam doskonale, że tak się stanie. Bo nie trzeba nadprzyrodzonych zdolności, żeby wiedzieć, że jak się często nie chodzi do pracy, to cierpliwość i wyrozumiałość pracodawcy się kiedyś kończą. I dziś właśnie się skończyła. J stracił pracę i nic się już nie da z tym zrobić.

Dociera do niego, że to jego i tylko jego wina, rozumie, jakie niesie to za sobą konsekwencje, ale jednocześnie cieszy się, że nie będzie tam pracował. Ostatnio na prawdę był chory [oboje byliśmy] ale przez wcześniejsze nieobecności po prostu miara się przebrała.

Wiem, że to nie była praca jego marzeń, ale na prawdę dawała dobre warunki – kontrakt na 2 lata, przez co i pozwolenie na pobyt na 2 lata, bliski dojazd, brak problemów z nieznajomością polskiego. A teraz? Z tego co pamiętam ma 90 dni na znalezienie pracy, no i chyba załatwienie formalności. Nie wiem czy się uda. Dopuszczam możliwość, że będziemy musieli się rozstać. Co będzie to będzie.

Dostał po dupie, może to go czegoś nauczy, może się otrząśnie. Szkoda tylko, że musiało do tego dojść, żeby się przekonał, że moje gadanie jednak miało jakiś sens… A można było szukać powoli czegoś bardziej satysfakcjonującego, zamiast doprowadzić do takiej sytuacji.

Reasumując są dwie opcje – albo się uda w 3 miesiące to ogarnąć albo się nie uda, i siłą rzeczy się rozstaniemy, bo będzie musiał wracać do USA…

 

Trochę pod górę, ale damy radę!

Miałam plan. Układałam w głowie jak oświadczę Szefowej, że odchodzę, zastanawiałam się jak zareaguje.

Napisałam rano do mojej agencji pracy tymczasowej, która wg prawa jest moim pracodawcą, z pytaniem czy można mailem dostarczyć wypowiedzenie i wysłać pocztą, czy muszę mieć je dziś w oryginale. No i cały mój misterny plan wpisdu, bo okazało się, że już nie mam 2 tygodni wypowiedzenia. Zaje-kurwa-biście. No to dzwonię do D i mówię jaka sytuacja. Ona daje mi do telefonu koleżankę z HR, i ta dyktuje mi treść rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Do szefowej mogę wejść dopiero o 12.00, siedzę jak na szpilkach. Nadal nie wiem jak jej to powiem – bo teraz jestem niestety skazana na jej łaskę. Wpisałam się jej do kalendarza ze spotkaniem o tytule „Ważna sprawa”. Za chwilę dostałam od niej sms z pytaniem co to za ważna sprawa. Odpisałam, że to nie na telefon.

O 12.00 weszłam do niej z przygotowanym papierem do podpisu. Powiedziałam, że dostałam od byłej szefowej ofertę pracy, którą przyjęłam. Przyjęła to spokojnie, powiedziała, że fajnie, zapytała w jakim charakterze. Powiedziałam o profilu firmy, zapytała, czy bardziej rozwojowe zadania, powiedziałam, że tak, i że warunki pracy lepsze itp. No i powiedziałam, że problem polega na okresie wypowiedzenia, i czy zgodziłaby się puścić mnie po 2 tyg. Oczywiście powiedziała, że absolutnie nie, bo przecież ona musi znaleźć kogoś na moje miejsce, a ja tą osobę muszę przeszkolić. Byłam prawie pewna, że taka będzie jej odpowiedź. Po wyjściu od niej zadzwoniłam do D, którą zasugerowała mi jeszcze wzięcie co najmniej 1 tygodnia urlopu, bo ona sobie nie wyobraża, żebym przyszłą 1 marca nic nie wiedząc. Poszłam jeszcze do Szefowej na chwilę i zapytałam o taką możliwość, ale ona się najeżyła, żebym jej nie nachodziła, że byłam u niej przed chwilą a teraz żądam urlopu [??] i że ona nie wie dzisiaj i nic mi dziś nie podpisze. Acha, zajebiście.

Wiem, że pod koniec dnia zleciła szukanie nowej asystentki koleżance, bo ta do mnie w tej sprawie dzwoniła. W poniedziałek musimy zacząć działać. Jeszcze jest jedna opcja, czyli wzięcie 4 dni na żądanie – chociaż ponoć pracodawca może się nie zgodzić, ale musi to udowodnić. Zobaczymy w przyszłym tygodniu. Muszę zacząć spisywać obowiązki, żeby było mi łatwiej je przekazać, a trochę tego jest.. głównie pierdoły…

Przez to wszystko byłam w takim stresie, że nic nie jadłam przez cały dzień, dopiero o 19.00 w domu zjadłam spagetti. J ma focha, więc jeszcze dodatkowo mam zajebistą atmosferę w domu… Bosko. Mam nadzieję, że się chociaż jutro wyśpię…

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Mówią, że jaki pierwszy dzień Nowego Roku,  taki cały rok.. 

No to już wiem,  że mój będzie chujowy… 

Stan Wojenny

Od dwóch dni jest to samo. Boję się iść do własnego domu, bo nie jestem pewna co zastanę. Ostatnio jednak zastaję ciągle to samo: on pijany, albo na najlepszej drodze do upojenia, nie był  w pracy [ale to już wiedziałam od rana, bo zwykle wychodzi przede mną]. Stan psychiczny podobny do depresji, nie skory do rozmowy.

Prawda chyba jednak boli, bo mimo mojego spokojnego tonu, próby dotarcia do niego, wytłumaczenia mu, że to, co robi jest niemądre, on się denerwuje i zaczyna natarcie, mimo, że ja jestem daleko od kłócenia się.. Próbuje mnie wtedy poniżyć. Udowodnić, że nic w życiu nie osiągnęłam, bo „Parzę kawę”. To, że dziś dostałam podwyżkę i dostanę premię, to się nie liczy, żadne osiągnięcie, jaka tam moja ciężka praca? Przecież ja tam tylko pachnę i podaję kawę, nie? Mogłam go zapytać jak tam jego premia. A zaraz, nie dostał żadnej, bo olewa pracę tak koncertowo, że na prawdę się dziwię, że jeszcze go nie wywalili. Może o to chodzi? Będzie miał wymówkę, żeby wyjechać? Nie wiem, nie rozumiem tego. Gdy pytałam, czy zamierza jutro iść do pracy powiedział, że taki jest plan. Zawsze kurwa jest taki plan, tylko jakoś ostatnio nie dochodzi do jego realizacji. I tego właśnie nie potrafię w tym człowieku zrozumieć – że każde moje słowo prawdy [bo nie jest niczym więcej niż prawdą] powoduje u niego reakcję pt. „bo Ty  mnie poniżasz”, podczas gdy on robi celowo dokładnie wszystko, żeby poniżyć mnie. Atakuje bo ja ośmielam się powiedzieć mu prawdę w oczy. I on to wie! I to go chyba boli.

Bo czy nie prawdą jest, że powinien chodzić do pracy? Że nie chodząc do pracy sam sobie szkodzi? Pomijając pieniądze, przecież wyrabiają sobie o nim opinię? Ja nie przepadam za tym co robię, ale mam poczucie obowiązku, i staram się zawsze wykonywać pracę jak najlepiej. A on? Wiem, że on myśli że jest jedną nogą poza Polską, ale przecież jeszcze ostatecznie nie zdecydował? Nie pojmuję jak tak można.. i dlatego mnie to tak drażni. Wygląda jak taki śmierdzący leń.. Ja, kobieta zapierdalam 8h, próbując nie myśleć o tym co zastanę w domu, a on jeszcze śmie mnie poniżać. Niejednokrotnie miałam ochotę powiedzieć mu bez ogródek co o tym myślę. Nadal byłaby to prawda, ale podana w najmniej delikatny sposób z możliwych.

I jak mam cokolwiek naprawiać jak on jest ciągle pijany? Moje prośby oczywiście spełzły na niczym – nadal pije.

Powinnam chyba powiedzieć, że oczekuję z jego strony na jakąś zmianę, bo inaczej nie mam ochoty z nim spędzać czasu. Nie będę udawać, że jest fajnie. Dziś udało nam się trochę porozmawiać [zanim nie wybuchł..] i pograć. Przed pójściem spać poruszyłam temat picia i pracy i się zaczęło wspomniane wyżej poniżanie. A on jeszcze mi mówi, że mieliśmy fajny wieczór, a ja go zepsułam i że mam wyjść. Zepsułam? To rozumiem, że mamy udawać, że wszystko jest ok, podczas gdy nie jest? Gdy trzyma mnie w niepewności, bo nadal nie możemy porozmawiać normalnie od 2 dni? A jutro będzie od nowa to samo…

A w czwartek mam bilety na Star Wars Rogue One. Ciekawe czy pójdę sama …

Ostatnia prosta

Wydaje Ci się, że kogoś dobrze znasz. Poznaliście się 11 lat temu w internecie, dużo rozmawialiście, zbliżaliście się do siebie. W końcu znajomość przerodziła się w przyjaźń, a przyjaźń [w bólach] w miłość. Po latach zwlekania poznaliście się na żywo, i po kilku spotkaniach postanowiliście zamieszkać razem.

I dopiero wtedy poznajesz człowieka na wylot – zawsze to powtarzałam. Coraz częściej zastanawiam się , czy zakochałam się w złudzeniu. Bo to co widzę znacznie odbiega od tego, jak Go widziałam. Miłość jest ślepa, jak to mówią.

Kłóciliśmy się zawsze, on był impulsywny, ja czasem też, ale jednak zawsze dążyłam do zgody, bo nie lubię napięcia, nie lubię złej atmosfery, lub nie lubię niepewności. A niepewna byłam często, bo już podczas naszych rozmów online wiele razy pozostawiał mnie z minuty na minutę nie wyjaśniając czemu rozłącza się na Skype. Teraz to „rozłączanie” zastąpiło zamykanie drzwi przed nosem. Wiele razy myślałam, że ta znajomość już się skończyła, bo kontakt urywał się z jego winy. Był okres ponad roku, że w ogóle nie rozmawialiśmy. To zawsze on trzymał w ręku wszystkie karty, a ja musiałam grać według jego zasad, które nie zawsze znałam.

Ciężko jest, mimo najszczerszych chęci, dogadać się z osobą, która nie chce rozmawiać. Która wszędzie widzi w innych wady, a w sobie – nigdy. Nigdy nie wiadomo które słowo albo pytanie wzbudzi w nim gniew, a w takim przypadku winna spada na osobę, która owe słowa wypowiada. Dodam, że owe słowa nie są obraźliwe, ani nie prowadzą do kłótni. Przynajmniej w przypadku innych ludzi.

Ja mam zarzuty do tego, jak mnie traktuje, że celowo rani, z sarkastycznym uśmiechem na ustach, że nie rozmawia, a potem w gniewie rzuca mi w twarz jakieś zarzuty, o których słyszę pierwszy raz w życiu. Widzę, że się od siebie oddalamy, c nie jest dziwne, jeśli po powrocie z pracy wszystko co widzę, to albo jego w złym humorze, pijanego, albo chorego. Ale według niego wina, oczywiście, jest moja..

Jesteśmy teraz na rozdrożu – czy zostać razem czy się rozstać. Już od dawna przygotowuję się na taki scenariusz, bo widzę, że coraz częściej walczymy, kłócimy się i nie jesteśmy szczęśliwi. Pytanie tylko czy on jest w stanie się zmienić? Nie twierdzę, że ja nie mam nad czym pracować. Mam. Ale trudno jest zacząć coś naprawiać bez dobrej komunikacji, a akurat komunikacja po mojej stronie jest dobra – nie licząc bariery językowej. Na to nic nie poradzę. Często trudno w pełni  wyrazić swoje uczucia w innym języku, a to ja muszę się kłócić nie w swoim ojczystym języku, i on to wykorzystuje.

Nie wiem co będzie. Tracę nadzieję. Ojciec J przylatuje w przyszłym tygodniu, jak się okazuje dlatego, żeby z nim poważnie porozmawiać. Tak przypuszczałam, że ostatnio nie mieli czasu na to. Szkoda, że to wszystko dzieje się przed świętami. Mam jakiegoś pecha, bo moje wszystkie związki kończą się  pod koniec roku [albo wrzesień-październik, albo w grudniu jak widać…].

Mówią, że rozstać się będzie lepiej. Moja mama nie wierzy już w powodzenie tego związku. Może i racja, ale łatwo powiedzieć komuś, kto nie jest w to zaangażowany emocjonalnie i kto tyle nie poświęcił czasu i energii, żeby to wypaliło. Pomogłam mu znaleźć pracę [z której nie jest zadowolony…], pomogłam z formalnościami, żeby załatwić legalny pobyt, pomagałam na każdym kroku, kiedy tego potrzebował, utrzymywałam go gdy jeszcze nie pracował… To boli patrzeć, że to wszystko na nic…

Ale jeśli zdecyduje, że nie chce ze mną być, uszanuję to. Nie mam wyjścia. Ja już nie mam siły walczyć, a szczególnie za nas dwoje. To ostatnia prosta.

Foch Panicza

Panicz [będę J nazywać Panicz, bo serio ostatnio tak właśnie się zachowuje!]..

Tak więc Panicz się znów o coś focha, a ja nie mam już do niego siły. Zmienność jego nastrojów jest nie do zniesienia. Łapię się na tym, że czasami na serio nie wiem co mogę powiedzieć, a co nie, żeby się nie obraził albo nie poczuł urażony. Oczywiście moje próby dowiedzenia się o co mu tak na prawdę chodzi, spełzły na niczym, bo on albo się nie odzywa, albo burknie jedno zdanie, które niczego nie wyjaśnia, i tyle. Ani prośbą ani groźbą. Czasami łaskawie odpisze, jak do niego wyślę wiadomość na Messangerze.

Strasznie mnie to irytuje, że on nie potrafi rozmawiać o sytuacjach trudnych Face to Face, tylko ja muszę czytać i odpisywać, zamiast iść do drugiego pokoju i pogadać. Nie da się. Pomijam już fakt, że (jak zawsze) odwraca kota ogonem – i to JA się kłócę, i JA jestem wszystkiemu winna, a nie on! Nigdy! Tylko problem polega na tym, że on  wymaga ode mnie, żebym szanowała jego potrzeby [w tym przypadku potrzebę, że musi być sam], podczas gdy on nie szanuje moich potrzeb – czyli chciałabym po prostu wiedzieć, o co poszło! A tak on zostawia mnie w środku czegoś, czego nie rozumiem, i czego sama się nie domyślę. On trzyma w ręku wszystkie karty i steruje sytuacją, a ja jestem zdana na jego łaskę – albo mnie oświeci, albo nie – a jeśli nie, to oczywiście ja próbuję sama do tego dojść, ale jak się nietrudno domyśleć, bezskutecznie! Czy to jest sprawiedliwe?! NIE.

Idę po pracy z dziewczynami na drinka. Z jednej strony mi się nie chce, z drugiej, jeśli J nie pamięta, że idę dziś po pracy do drink baru, to może się pomartwi czemu mnie tak długo nie ma.

Przynajmniej dostałam mały prezent od losu – Szefowa chora i jej dziś nie ma. Rano była trochę aktywna, ale na szczęście potem umilkła. Jeszcze telefon z dobrymi wiadomościami w sprawie pracy by się przydał.. No nic, może zadzwonią jutro..