Do przodu!

Wiem, wiem, dawno mnie tu nie było. Wstyd. Na ostatnie moje rozterki lepiej sprawdzał się stary dobry pamiętnik, niż dzielenie się ze światem moimi przemyśleniami 😀

Ale wiecie co? Zaczyna mi się w końcu w życiu układać. Po rozstaniu w końcu odżyłam. Mieszkanie samej jest o tyle lepsze, że nic Cię nie zaskoczy. Że po powrocie do domu zastaniesz wszystko tak jak to zostawiłaś. Ale ma to oczywiście swoje minusy. Dlatego nie tracąc czasu zaczęłam szukać nowego obiektu zainteresowania. Zapisałam się na dwie aplikacje randkowe i szukałam szczęścia. Spotkałam się z kilkoma facetami, najczęściej po jednym spotkaniu się kończyło. Potem poznałam kolesia, który okazał się kolegą z pracy mojej koleżanki 🙂 Wydawało się, że się dobrze rozumiemy, ale już na pierwszym spotkaniu dostałam kosza. Ponieważ bardzo mi się podobał, jakoś mnie to strasznie zraniło. Nie to, że dostałam kosza, tylko że okazał się trochę iluzją. Ale trudno się mówi, żyje się dalej. Potem poznałam niejakiego Pana T. Od początku ze mną flirtował. Kilka dni później poszliśmy nad Wisłę, gdy wracaliśmy już chciał wejść na górę. Oczywiście się nie zgodziłam, ale zaproponowałam następny dzień. Przyjechał, obejrzeliśmy film, potem zaiskrzyło, ale nie dostał tego po co przyszedł. I dobrze, bo potem nagle rzadziej się odzywał, potem wydusiłam z niego, że nie wie czego chce. No i znów dół, bo myślałam, że chociaż się będę miała z kim spotykać… ale tego samego dnia polubił mój profil pewien pan P. Od razu mi się spodobał, a jemu bardzo spodobało się to co napisałam o sobie. Okazało się, że szukamy tego samego, tego samego oczekujemy od związku. Po niecałych 2 dniach pisania, chcieliśmy się tak bardzo poznać, że spotkaliśmy się u mnie w domu. Wiem, ryzykowne, ale miałam przeczucie, które jak widać mnie nie myliło 😀 Przyjechał, ugotował mi kurczaka po hindusku.. A potem zaiskrzyło. Ale inaczej niż z T – bo i na płaszczyźnie fizycznej i psychicznej. I to jest piękne. Został na noc. Następnego dnia przyjechał po pracy i znów został, i tak do weekendu..
Nadal się spotykamy, co kilka dni, nie zerwał kontaktu, jest szczery, otwarty, bez żadnych gierek damsko męskich. Nie wiem co z tego będzie, ale zapowiada się dobrze. Rozmawialiśmy trochę o tym, że to tak szybko idzie, ale doszliśmy do wniosku, że jest nam z tym dobrze, więc nie będziemy tego zbytnio analizować.

Za to w pracy też jest lepiej niż się mogłam spodziewać. Moja pierwsza półroczna umowa kończy się jutro, a wczoraj podpisałam kontrakt na czas nieokreślony, dostałam podwyżkę i pochwały od szefa. Czegóż chcieć więcej! Tydzień temu całe biuro dostało służbowe iPhone, a wczoraj wymienili mi komputer na nówkę sztukę, nie śmiganą 😛

Inna sprawa, że cały wrzesień jest strasznie zabiegany, głównie z powodu Cyklówki, która już tuż tuż, bo w przyszłym tygodniu, oraz nowy cykl sprzedażowy. Oznacza to dla mnie wyceny druku, akceptowanie projektów graficznych, robienia zamówień, organizowania Cyklówki, i masę innych aktywności. Ostatnio zostaję po godzinach bo się nie wyrabiam. Dziś mam laptopa w domu, i pracuję. Wolę to, niż Armageddon w poniedziałek. Z resztą pan P przyjedzie do mnie dziś późno, więc spożytkuję ten czas najlepiej jak umiem 🙂

A J? Mamy sporadyczny kontakt. Odkąd poznałam P rzadko się odzywałam, a on zaczął pytać czy coś zrobił, czy go unikam. Nie unikam. Po prostu w końcu się uwolniłam. Nie czuję potrzeby częstego kontaktu, a zabawne jest to, że teraz on zachowuje się dokładnie jak ja lata temu, gdy on się nie odzywał. Nie chciałam mu mówić o P, ale wymusił to na mnie – że jesteśmy przyjaciółmi, że on chce wiedzieć co u mnie itp. No to powiedziałam. Zabolało go to, tak jak myślałam. Szczególnie, że byliśmy blisko po tak krótkim czasie, a z nim nie wychodziło przez ponad rok. Widać to nie było to. I tyle. Nie pasowaliśmy do siebie na poziomie partnerskim i charakterologicznym. Musi się oswoić z myślą, że idę naprzód. I dobrze mi. W końcu mi dobrze. Bo w końcu znalazłam kogoś, komu przynajmniej zależy na tym, żeby wspólnie spędzać czas. Może niedługo zacznie mu zależeć po prostu na mnie.

Także do przodu! Oby tak dalej 🙂

Reklamy

Relationship Status: Single

Nie żegnaliśmy się długo. Chyba przez ten miesiąc dość już powiedzieliśmy i wypłakaliśmy. Niedługo po moim powrocie z pracy zamówiłam taksówkę. Przez 10 minut ledwo zamieniliśmy słowo. Było ciężko więc rozumiem dlaczego chciał jak najszybciej jechać do hotelu. Jutro z samego rana ma samolot.

Płakałam trochę. Jak weszłam do pustego domu. Cieszę się, że jestem wolna, będę mieszkać sama, będę mogła robić to na co mam ochotę. Ale mimo to jakoś jeszcze dziwnie. Przywyknę.

Pierwsze co zrobiłam to wyprałam pościel i zmieniłam na nową, którą niedawno kupiłam. Umyłam włosy, zaczęłam oglądać nową japońską dramę.. Jakoś mnie ostatnio wzięło na dramy. To specyficzny gatunek i każdy, kto nie zna choć trochę japońskiej kultury, zrozumie i doceni. Tam wszystko jest takie proste.. Może tego właśnie potrzebowałam, takiego odmóżdżenia.. Jak skończę oglądać nowe, to pewnie obejrzę jeszcze dwie moje ulubione. Zawsze budzą we mnie pozytywne emocje..

Zaczynam nowe życie. Teraz musi być tylko lepiej.

„The wound is the place where the Light enters you”

5 dni dłużej…

Wczoraj okazało się, że jednak moje męki nie skończą się w ten piątek, ale w przyszłą środę. Pod koniec maja ojciec J próbował go przekonać o wykupieniu lotu, bo było raczej pewne, że nie uda mu się znaleźć pracy. J miał nadal nadzieję, że to wypali, więc nie chciał. Postanowiłam go namówić, i udało się. Przekonałam go, skontaktował się z ojcem i zabookowali lot. Jak tylko wiedziałam, że wszystko załatwione zapytałam jego ojca na kiedy kupili bilet, odpowiedział, że 23 czerwca 6.40 rano. Nie zauważyłam jednak, że zaraz potem napisał 28.06.2017.

O „nowej” dacie dowiedziałam się wczoraj. W sumie nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ja myślałam, że wiem, on też myślał, że wiem. Zawsze referowaliśmy ten termin jako „koniec miesiąca”. No i wczoraj z rozmowy o rzeczach, które trzeba załatwić przed jego wyjazdem wynikło, że nie leci w ten piątek, o czym byłam święcie przekonana…

W mojej głowie własnie pod koniec tego tygodnia miałam zakończyć pewien etap w życiu i zacząć nowy. To tylko 5 dni, a może AŻ 5? Strasznie ciężko mieszkać z osobą, z którą się już nie jest, a jednak nadal jest. Bo nie jest mi obojętne to, jak on się czuje, nie chcę żeby było mu jeszcze ciężej niż jest. Byłam na jego miejscu i wiem doskonale jak on się czuje i to przeżywa. Może byłoby nieco łatwiej jakbyśmy się nienawidzili? Sama nie wiem. Chyba żaden wariant nie sprawia, że to jest łatwe. Ja już naprawdę chcę, żeby było po wszystkim…

Wind of Change

Czuję, że w moim życiu szykują się ogromne zmiany. Przede wszystkim dlatego, że 23 czerwca J wyjeżdża do USA. Z jednej strony musi, bo nie ma pracy, a z drugiej oboje czujemy, że tak trzeba. Uświadomienie sobie tego faktu zajęło nam dużo czasu. Próbowaliśmy zdecydowanie za długo, i dalsze łudzenie się, że z tej mąki będzie chleb jest stratą czasu. Ja to wiedziałam już kilkanaście miesięcy wcześniej, ale chyba chciałam się dalej okłamywać i żyć we mgle lub po prostu odwracać wzrok od tego co oczywiste.

Jedna część mnie nie może się doczekać aż wyjedzie, a część nie wyobraża sobie jak to będzie. Wiem, że najgorszy będzie moment rozstania, pożegnania. Jak przetrwam, to potem będzie już tylko lepiej.

Próbuję się na to jakoś przygotować, ale nie wiem, czy można. Jak myślę o pustych szafkach, pustym domu i momencie pakowania walizek, to coś we mnie pęka. Ale wiem,  że tak trzeba. Że trzeba przetrwać ten jeden trudny moment, a potem jakoś żyć dalej. Wiem, że będzie lepiej, mimo, że na początku nie będzie łatwo…

Trzymajcie za mnie kciuki…

Home alone!

Miesiąc temu J przestał oficjalnie pracować. Wg polskiego prawa podobno ma miesiąc legalnego pobytu, ale jeśli nie znajdzie pracy, to musiałby wyjechać. Ale jest inne wyjście z sytuacji – wyjechać z Polski na kilka dni do dowolnego kraju w strefie Schengen i wrócić. Od momentu powrotu powinien mieć 3 miesiące legalnego pobytu jako „turysta” [potwierdziła to ambasada]. Dlatego też wyjechał dziś do Dublina.

Czuję się jak na wakacjach! Cisza, spokój, w końcu mogę pobyć sama ze sobą i porobić na co żywnie mam ochotę. A przede wszystkim się WYŚPIĘ bo ostatnio albo się ciągle budzę, bo  ten się kręci, albo siedzi po nocach i budzę się gdy wchodzi do sypialni.. A do piątku całe łóżko dla mnie!! 🙂

Skarbówka

Jako że tylko ja myślę o takich rzeczach, dziś znów zaczęłam w wolnej chwili przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji dotyczących opodatkowania obywatela ameryki bez numeru PESEL. W końcu udało mi się napisać do mojego Urzędu Skarbowego, i odpisali! Okazało się, że jeśli nie ma nadanego PESELu to w PIT-37 należy podać NIP. Oczywiście jak nietrudno się domyśleć – nie posiada również NIP. Dlatego też ściągnęłam formularz NIP-7, wypełniłam i wysłałam poleconym. Teraz trzeba mieć nadzieję, że zdążą nadać mu ten numer przed ostatecznym terminem rozliczenia PITów…

W weekend wszystko nie wyglądało jeszcze tak tragicznie jak wygląda dzisiaj. Wczoraj myśleliśmy, że na znalezienie pracy mamy 90 dni. Dziś okazało się, że mamy miesiąc… 

Czy tylko mi się wydaje, że to mało prawdopodobne? 

Przygotowuje się już na każdą okoliczność.. 

Akcja-Reakcja

Wróżką nie jestem, a jednak wiedziałam doskonale, że tak się stanie. Bo nie trzeba nadprzyrodzonych zdolności, żeby wiedzieć, że jak się często nie chodzi do pracy, to cierpliwość i wyrozumiałość pracodawcy się kiedyś kończą. I dziś właśnie się skończyła. J stracił pracę i nic się już nie da z tym zrobić.

Dociera do niego, że to jego i tylko jego wina, rozumie, jakie niesie to za sobą konsekwencje, ale jednocześnie cieszy się, że nie będzie tam pracował. Ostatnio na prawdę był chory [oboje byliśmy] ale przez wcześniejsze nieobecności po prostu miara się przebrała.

Wiem, że to nie była praca jego marzeń, ale na prawdę dawała dobre warunki – kontrakt na 2 lata, przez co i pozwolenie na pobyt na 2 lata, bliski dojazd, brak problemów z nieznajomością polskiego. A teraz? Z tego co pamiętam ma 90 dni na znalezienie pracy, no i chyba załatwienie formalności. Nie wiem czy się uda. Dopuszczam możliwość, że będziemy musieli się rozstać. Co będzie to będzie.

Dostał po dupie, może to go czegoś nauczy, może się otrząśnie. Szkoda tylko, że musiało do tego dojść, żeby się przekonał, że moje gadanie jednak miało jakiś sens… A można było szukać powoli czegoś bardziej satysfakcjonującego, zamiast doprowadzić do takiej sytuacji.

Reasumując są dwie opcje – albo się uda w 3 miesiące to ogarnąć albo się nie uda, i siłą rzeczy się rozstaniemy, bo będzie musiał wracać do USA…

 

Trochę pod górę, ale damy radę!

Miałam plan. Układałam w głowie jak oświadczę Szefowej, że odchodzę, zastanawiałam się jak zareaguje.

Napisałam rano do mojej agencji pracy tymczasowej, która wg prawa jest moim pracodawcą, z pytaniem czy można mailem dostarczyć wypowiedzenie i wysłać pocztą, czy muszę mieć je dziś w oryginale. No i cały mój misterny plan wpisdu, bo okazało się, że już nie mam 2 tygodni wypowiedzenia. Zaje-kurwa-biście. No to dzwonię do D i mówię jaka sytuacja. Ona daje mi do telefonu koleżankę z HR, i ta dyktuje mi treść rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Do szefowej mogę wejść dopiero o 12.00, siedzę jak na szpilkach. Nadal nie wiem jak jej to powiem – bo teraz jestem niestety skazana na jej łaskę. Wpisałam się jej do kalendarza ze spotkaniem o tytule „Ważna sprawa”. Za chwilę dostałam od niej sms z pytaniem co to za ważna sprawa. Odpisałam, że to nie na telefon.

O 12.00 weszłam do niej z przygotowanym papierem do podpisu. Powiedziałam, że dostałam od byłej szefowej ofertę pracy, którą przyjęłam. Przyjęła to spokojnie, powiedziała, że fajnie, zapytała w jakim charakterze. Powiedziałam o profilu firmy, zapytała, czy bardziej rozwojowe zadania, powiedziałam, że tak, i że warunki pracy lepsze itp. No i powiedziałam, że problem polega na okresie wypowiedzenia, i czy zgodziłaby się puścić mnie po 2 tyg. Oczywiście powiedziała, że absolutnie nie, bo przecież ona musi znaleźć kogoś na moje miejsce, a ja tą osobę muszę przeszkolić. Byłam prawie pewna, że taka będzie jej odpowiedź. Po wyjściu od niej zadzwoniłam do D, którą zasugerowała mi jeszcze wzięcie co najmniej 1 tygodnia urlopu, bo ona sobie nie wyobraża, żebym przyszłą 1 marca nic nie wiedząc. Poszłam jeszcze do Szefowej na chwilę i zapytałam o taką możliwość, ale ona się najeżyła, żebym jej nie nachodziła, że byłam u niej przed chwilą a teraz żądam urlopu [??] i że ona nie wie dzisiaj i nic mi dziś nie podpisze. Acha, zajebiście.

Wiem, że pod koniec dnia zleciła szukanie nowej asystentki koleżance, bo ta do mnie w tej sprawie dzwoniła. W poniedziałek musimy zacząć działać. Jeszcze jest jedna opcja, czyli wzięcie 4 dni na żądanie – chociaż ponoć pracodawca może się nie zgodzić, ale musi to udowodnić. Zobaczymy w przyszłym tygodniu. Muszę zacząć spisywać obowiązki, żeby było mi łatwiej je przekazać, a trochę tego jest.. głównie pierdoły…

Przez to wszystko byłam w takim stresie, że nic nie jadłam przez cały dzień, dopiero o 19.00 w domu zjadłam spagetti. J ma focha, więc jeszcze dodatkowo mam zajebistą atmosferę w domu… Bosko. Mam nadzieję, że się chociaż jutro wyśpię…