Trochę pod górę, ale damy radę!

Miałam plan. Układałam w głowie jak oświadczę Szefowej, że odchodzę, zastanawiałam się jak zareaguje.

Napisałam rano do mojej agencji pracy tymczasowej, która wg prawa jest moim pracodawcą, z pytaniem czy można mailem dostarczyć wypowiedzenie i wysłać pocztą, czy muszę mieć je dziś w oryginale. No i cały mój misterny plan wpisdu, bo okazało się, że już nie mam 2 tygodni wypowiedzenia. Zaje-kurwa-biście. No to dzwonię do D i mówię jaka sytuacja. Ona daje mi do telefonu koleżankę z HR, i ta dyktuje mi treść rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Do szefowej mogę wejść dopiero o 12.00, siedzę jak na szpilkach. Nadal nie wiem jak jej to powiem – bo teraz jestem niestety skazana na jej łaskę. Wpisałam się jej do kalendarza ze spotkaniem o tytule „Ważna sprawa”. Za chwilę dostałam od niej sms z pytaniem co to za ważna sprawa. Odpisałam, że to nie na telefon.

O 12.00 weszłam do niej z przygotowanym papierem do podpisu. Powiedziałam, że dostałam od byłej szefowej ofertę pracy, którą przyjęłam. Przyjęła to spokojnie, powiedziała, że fajnie, zapytała w jakim charakterze. Powiedziałam o profilu firmy, zapytała, czy bardziej rozwojowe zadania, powiedziałam, że tak, i że warunki pracy lepsze itp. No i powiedziałam, że problem polega na okresie wypowiedzenia, i czy zgodziłaby się puścić mnie po 2 tyg. Oczywiście powiedziała, że absolutnie nie, bo przecież ona musi znaleźć kogoś na moje miejsce, a ja tą osobę muszę przeszkolić. Byłam prawie pewna, że taka będzie jej odpowiedź. Po wyjściu od niej zadzwoniłam do D, którą zasugerowała mi jeszcze wzięcie co najmniej 1 tygodnia urlopu, bo ona sobie nie wyobraża, żebym przyszłą 1 marca nic nie wiedząc. Poszłam jeszcze do Szefowej na chwilę i zapytałam o taką możliwość, ale ona się najeżyła, żebym jej nie nachodziła, że byłam u niej przed chwilą a teraz żądam urlopu [??] i że ona nie wie dzisiaj i nic mi dziś nie podpisze. Acha, zajebiście.

Wiem, że pod koniec dnia zleciła szukanie nowej asystentki koleżance, bo ta do mnie w tej sprawie dzwoniła. W poniedziałek musimy zacząć działać. Jeszcze jest jedna opcja, czyli wzięcie 4 dni na żądanie – chociaż ponoć pracodawca może się nie zgodzić, ale musi to udowodnić. Zobaczymy w przyszłym tygodniu. Muszę zacząć spisywać obowiązki, żeby było mi łatwiej je przekazać, a trochę tego jest.. głównie pierdoły…

Przez to wszystko byłam w takim stresie, że nic nie jadłam przez cały dzień, dopiero o 19.00 w domu zjadłam spagetti. J ma focha, więc jeszcze dodatkowo mam zajebistą atmosferę w domu… Bosko. Mam nadzieję, że się chociaż jutro wyśpię…

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Mówią, że jaki pierwszy dzień Nowego Roku,  taki cały rok.. 

No to już wiem,  że mój będzie chujowy… 

Stan Wojenny

Od dwóch dni jest to samo. Boję się iść do własnego domu, bo nie jestem pewna co zastanę. Ostatnio jednak zastaję ciągle to samo: on pijany, albo na najlepszej drodze do upojenia, nie był  w pracy [ale to już wiedziałam od rana, bo zwykle wychodzi przede mną]. Stan psychiczny podobny do depresji, nie skory do rozmowy.

Prawda chyba jednak boli, bo mimo mojego spokojnego tonu, próby dotarcia do niego, wytłumaczenia mu, że to, co robi jest niemądre, on się denerwuje i zaczyna natarcie, mimo, że ja jestem daleko od kłócenia się.. Próbuje mnie wtedy poniżyć. Udowodnić, że nic w życiu nie osiągnęłam, bo „Parzę kawę”. To, że dziś dostałam podwyżkę i dostanę premię, to się nie liczy, żadne osiągnięcie, jaka tam moja ciężka praca? Przecież ja tam tylko pachnę i podaję kawę, nie? Mogłam go zapytać jak tam jego premia. A zaraz, nie dostał żadnej, bo olewa pracę tak koncertowo, że na prawdę się dziwię, że jeszcze go nie wywalili. Może o to chodzi? Będzie miał wymówkę, żeby wyjechać? Nie wiem, nie rozumiem tego. Gdy pytałam, czy zamierza jutro iść do pracy powiedział, że taki jest plan. Zawsze kurwa jest taki plan, tylko jakoś ostatnio nie dochodzi do jego realizacji. I tego właśnie nie potrafię w tym człowieku zrozumieć – że każde moje słowo prawdy [bo nie jest niczym więcej niż prawdą] powoduje u niego reakcję pt. „bo Ty  mnie poniżasz”, podczas gdy on robi celowo dokładnie wszystko, żeby poniżyć mnie. Atakuje bo ja ośmielam się powiedzieć mu prawdę w oczy. I on to wie! I to go chyba boli.

Bo czy nie prawdą jest, że powinien chodzić do pracy? Że nie chodząc do pracy sam sobie szkodzi? Pomijając pieniądze, przecież wyrabiają sobie o nim opinię? Ja nie przepadam za tym co robię, ale mam poczucie obowiązku, i staram się zawsze wykonywać pracę jak najlepiej. A on? Wiem, że on myśli że jest jedną nogą poza Polską, ale przecież jeszcze ostatecznie nie zdecydował? Nie pojmuję jak tak można.. i dlatego mnie to tak drażni. Wygląda jak taki śmierdzący leń.. Ja, kobieta zapierdalam 8h, próbując nie myśleć o tym co zastanę w domu, a on jeszcze śmie mnie poniżać. Niejednokrotnie miałam ochotę powiedzieć mu bez ogródek co o tym myślę. Nadal byłaby to prawda, ale podana w najmniej delikatny sposób z możliwych.

I jak mam cokolwiek naprawiać jak on jest ciągle pijany? Moje prośby oczywiście spełzły na niczym – nadal pije.

Powinnam chyba powiedzieć, że oczekuję z jego strony na jakąś zmianę, bo inaczej nie mam ochoty z nim spędzać czasu. Nie będę udawać, że jest fajnie. Dziś udało nam się trochę porozmawiać [zanim nie wybuchł..] i pograć. Przed pójściem spać poruszyłam temat picia i pracy i się zaczęło wspomniane wyżej poniżanie. A on jeszcze mi mówi, że mieliśmy fajny wieczór, a ja go zepsułam i że mam wyjść. Zepsułam? To rozumiem, że mamy udawać, że wszystko jest ok, podczas gdy nie jest? Gdy trzyma mnie w niepewności, bo nadal nie możemy porozmawiać normalnie od 2 dni? A jutro będzie od nowa to samo…

A w czwartek mam bilety na Star Wars Rogue One. Ciekawe czy pójdę sama …

Ostatnia prosta

Wydaje Ci się, że kogoś dobrze znasz. Poznaliście się 11 lat temu w internecie, dużo rozmawialiście, zbliżaliście się do siebie. W końcu znajomość przerodziła się w przyjaźń, a przyjaźń [w bólach] w miłość. Po latach zwlekania poznaliście się na żywo, i po kilku spotkaniach postanowiliście zamieszkać razem.

I dopiero wtedy poznajesz człowieka na wylot – zawsze to powtarzałam. Coraz częściej zastanawiam się , czy zakochałam się w złudzeniu. Bo to co widzę znacznie odbiega od tego, jak Go widziałam. Miłość jest ślepa, jak to mówią.

Kłóciliśmy się zawsze, on był impulsywny, ja czasem też, ale jednak zawsze dążyłam do zgody, bo nie lubię napięcia, nie lubię złej atmosfery, lub nie lubię niepewności. A niepewna byłam często, bo już podczas naszych rozmów online wiele razy pozostawiał mnie z minuty na minutę nie wyjaśniając czemu rozłącza się na Skype. Teraz to „rozłączanie” zastąpiło zamykanie drzwi przed nosem. Wiele razy myślałam, że ta znajomość już się skończyła, bo kontakt urywał się z jego winy. Był okres ponad roku, że w ogóle nie rozmawialiśmy. To zawsze on trzymał w ręku wszystkie karty, a ja musiałam grać według jego zasad, które nie zawsze znałam.

Ciężko jest, mimo najszczerszych chęci, dogadać się z osobą, która nie chce rozmawiać. Która wszędzie widzi w innych wady, a w sobie – nigdy. Nigdy nie wiadomo które słowo albo pytanie wzbudzi w nim gniew, a w takim przypadku winna spada na osobę, która owe słowa wypowiada. Dodam, że owe słowa nie są obraźliwe, ani nie prowadzą do kłótni. Przynajmniej w przypadku innych ludzi.

Ja mam zarzuty do tego, jak mnie traktuje, że celowo rani, z sarkastycznym uśmiechem na ustach, że nie rozmawia, a potem w gniewie rzuca mi w twarz jakieś zarzuty, o których słyszę pierwszy raz w życiu. Widzę, że się od siebie oddalamy, c nie jest dziwne, jeśli po powrocie z pracy wszystko co widzę, to albo jego w złym humorze, pijanego, albo chorego. Ale według niego wina, oczywiście, jest moja..

Jesteśmy teraz na rozdrożu – czy zostać razem czy się rozstać. Już od dawna przygotowuję się na taki scenariusz, bo widzę, że coraz częściej walczymy, kłócimy się i nie jesteśmy szczęśliwi. Pytanie tylko czy on jest w stanie się zmienić? Nie twierdzę, że ja nie mam nad czym pracować. Mam. Ale trudno jest zacząć coś naprawiać bez dobrej komunikacji, a akurat komunikacja po mojej stronie jest dobra – nie licząc bariery językowej. Na to nic nie poradzę. Często trudno w pełni  wyrazić swoje uczucia w innym języku, a to ja muszę się kłócić nie w swoim ojczystym języku, i on to wykorzystuje.

Nie wiem co będzie. Tracę nadzieję. Ojciec J przylatuje w przyszłym tygodniu, jak się okazuje dlatego, żeby z nim poważnie porozmawiać. Tak przypuszczałam, że ostatnio nie mieli czasu na to. Szkoda, że to wszystko dzieje się przed świętami. Mam jakiegoś pecha, bo moje wszystkie związki kończą się  pod koniec roku [albo wrzesień-październik, albo w grudniu jak widać…].

Mówią, że rozstać się będzie lepiej. Moja mama nie wierzy już w powodzenie tego związku. Może i racja, ale łatwo powiedzieć komuś, kto nie jest w to zaangażowany emocjonalnie i kto tyle nie poświęcił czasu i energii, żeby to wypaliło. Pomogłam mu znaleźć pracę [z której nie jest zadowolony…], pomogłam z formalnościami, żeby załatwić legalny pobyt, pomagałam na każdym kroku, kiedy tego potrzebował, utrzymywałam go gdy jeszcze nie pracował… To boli patrzeć, że to wszystko na nic…

Ale jeśli zdecyduje, że nie chce ze mną być, uszanuję to. Nie mam wyjścia. Ja już nie mam siły walczyć, a szczególnie za nas dwoje. To ostatnia prosta.

Foch Panicza

Panicz [będę J nazywać Panicz, bo serio ostatnio tak właśnie się zachowuje!]..

Tak więc Panicz się znów o coś focha, a ja nie mam już do niego siły. Zmienność jego nastrojów jest nie do zniesienia. Łapię się na tym, że czasami na serio nie wiem co mogę powiedzieć, a co nie, żeby się nie obraził albo nie poczuł urażony. Oczywiście moje próby dowiedzenia się o co mu tak na prawdę chodzi, spełzły na niczym, bo on albo się nie odzywa, albo burknie jedno zdanie, które niczego nie wyjaśnia, i tyle. Ani prośbą ani groźbą. Czasami łaskawie odpisze, jak do niego wyślę wiadomość na Messangerze.

Strasznie mnie to irytuje, że on nie potrafi rozmawiać o sytuacjach trudnych Face to Face, tylko ja muszę czytać i odpisywać, zamiast iść do drugiego pokoju i pogadać. Nie da się. Pomijam już fakt, że (jak zawsze) odwraca kota ogonem – i to JA się kłócę, i JA jestem wszystkiemu winna, a nie on! Nigdy! Tylko problem polega na tym, że on  wymaga ode mnie, żebym szanowała jego potrzeby [w tym przypadku potrzebę, że musi być sam], podczas gdy on nie szanuje moich potrzeb – czyli chciałabym po prostu wiedzieć, o co poszło! A tak on zostawia mnie w środku czegoś, czego nie rozumiem, i czego sama się nie domyślę. On trzyma w ręku wszystkie karty i steruje sytuacją, a ja jestem zdana na jego łaskę – albo mnie oświeci, albo nie – a jeśli nie, to oczywiście ja próbuję sama do tego dojść, ale jak się nietrudno domyśleć, bezskutecznie! Czy to jest sprawiedliwe?! NIE.

Idę po pracy z dziewczynami na drinka. Z jednej strony mi się nie chce, z drugiej, jeśli J nie pamięta, że idę dziś po pracy do drink baru, to może się pomartwi czemu mnie tak długo nie ma.

Przynajmniej dostałam mały prezent od losu – Szefowa chora i jej dziś nie ma. Rano była trochę aktywna, ale na szczęście potem umilkła. Jeszcze telefon z dobrymi wiadomościami w sprawie pracy by się przydał.. No nic, może zadzwonią jutro..

Podobno dobro wraca… kiedy moje do mnie wróci?

Od wczoraj z nieznanego mi powodu J ma focha. Jedną z przyczyn był Dzień Dziękczynienia. Chyba sam nie spodziewał się,  że tak go to dobije, że nie jest wtedy z rodziną, mimo, że rodzice wyjechali trochę ponad tydzień temu. Mój tata proponował, że zrobimy Dzień Dziękczynienia, powiedział, że nie chce, bo nie czuje atmosfery, że nie ma czasu… Więc o co tyle krzyku? W czym moja wina? Był już zły jak tylko weszłam do domu. Zeszłam mu z drogi, siedziałam w sypialni.

Rano nie poszedł do pracy. Nie wiem dlaczego, oczywiście, bo prawie nie odpowiadał na moje pytania. Po powrocie do domu zapytał który pokój wybieram. Zapytałam, czy to oznacza, że nie możemy przebywać w tym samym pokoju? A ja nawet nie wiem dlaczego? Próbowałam z nim rozmawiać, a ten patrzył się w komputer nawet na mnie nie spojrzał, ani się nie odezwał. Poszłam do koleżanki, zrezygnowana.

Wróciłam, i spędziłam kolejne cenne minuty na próbie dowiedzenia się o co do cholery chodzi. Teraz widzę, że może byłoby lepiej się zamknąć, to może by się uspokoił i zaczął mówić. Próbował mnie zranić, poniżyć, i śpi na podłodze w salonie. Czemu na podłodze? Nie wiem. Żeby mi zrobić na złość? Chyba sobie.

W takich chwilach jak ta zaczynam się poważnie zastanawiać nad tym wszystkim. Najgorsze jest to ile czasu zainwestowałam w ten związek. Ile mu pomogłam – znaleźć pracę, załatwić wszystkie formalności i generalnie we wszystkim, w czym potrzebował wsparcia. A teraz on próbuje udowodnić mi że nie zrobiłam nic. To boli jeśli ktoś jest tak niewdzięczny i rzuca w twarz słowa, które mają poniżyć i udowodnić ile zła mu ponoć wyrządziłam. Podobno dobro wraca. Kiedy moje wróci?

Będzie mi żal to kończyć po tylu latach gdy o niego walczyłam. I wygrałam. Tylko co tak na prawdę wygrałam? To nie jest człowiek, w którym się zakochałam. Może zakochałam się w złudzeniu? Dopiero gdy się przeprowadził, zobaczyłam jaki jest naprawdę. Wiem, że szkoda mojego zdrowia, żeby to ciągnąć. Teraz najprawdopodobniej powinnam się zamknąć i poczekać aż Jaśnie Pan się zacznie odzywać.

Czuję, że to będzie „wspaniały” weekend. A ja muszę myśleć o wtorku i o mojej szansie na lepszą pracę. Notabene On wspomniał, że to jego zasługa, bo mi przesłał ogłoszenie. Tak samo jego zasługa, jak i moja, gdy poleciłam go właśnie w tej firmie, w której pracuje i do której aplikuję. Próbował mi wmówić, że moja obecna praca jest do bani, że nie myślę o rozwoju zawodowym. A on myśli? Jak? Nie chodząc do pracy? Twierdzi, że ma lepszą pracę – uczenie angielskiego. Ma obecnie 2 uczniów, których nawet nie widuje regularnie, bo odwołuje zajęcia. Pomijam fakt, że z taką pracą straciłby możliwość pobytu, bo dokumenty są wydawane na podstawie umowy z pracodawcą, nie miałby ubezpieczenia… Ale oczywiście przecież ja z zasady nie mam racji, prawda?

Mam dość. Zobaczymy co przyniesie jutro, ale jakoś nie mam zbyt dużych nadziei…

Czasami coraz częściej czuję się jak matka w tym związku…

Nie mam dzieci, a często czuję się jak matka i to mnie dobija, bo chcę mieć partnera a nie duże dziecko. J mnie dziś doprowadził do szewskiej pasji. Wczoraj wieczorem oczywiście piwko – a jak on popije to raz, że robi się mrukiem [angielskie słowo, które doskonale to oddaje to „grumpy”], dwa, że jak idzie spać, to strasznie kopie i się rzuca, i nawet III Wojna Światowa go nie obudzi. Jak nietrudno się domyślić w takich warunkach trudno mi było spać – najpierw nie mogłam zasnąć, potem ciągle się budziłam.
O 6.00 zadzwonił jego budzik, sprawdziłam, czy nie śpi, bo nie wstawał, to się zirytował, i poszedł do łazienki. Po 15 minutach poszłam sprawdzić co i jak,bo nie słyszałam ani prysznica ani nic, i pytam, czy idzie do pracy. Odpowiedział, że zamierza, ale że zaczynam go irytować. Świetnie, wróciłam więc do łóżka, ale nasłuchiwałam, czy leci woda i czy zaczął się przygotowywać. Oczywiście cisza, czas leci, a za 10 min powinien wychodzić.

Wyszedł z łazienki i wraca do łóżka! Pytam, czy idzie do pracy. Cisza. Pytam znowu – nadal mnie olewa. Po chwili odpowiada, że nie, bo jest zmęczony.

Ręce mi opadły. Zmęczony? A ja nie jestem zmęczona? Po nieprzespanej nocy, i po całym tygodniu planowania i organizowania pobytu JEGO rodziców? Ja nie jestem zmęczona? Jestem! Ale ponieważ jestem obowiązkowa, to idę, kurka wodna, do pracy! Nie wiem czy się śmiać czy płakać. Jego ojciec na przykład: wracając od nas wylądował w USA, a 12h później był już w samolocie i leciał do pracy. On nie był zmęczony? Na pewno był, ale wiedział, że jak mus to mus!

Odpowiedzi J były zdawkowe, bo starał się spać, a ja starałam się dowiedzieć o co do cholery jasnej chodzi.
Pytam, czy wg niego będą go szanować w pracy jak on nie będzie szanował ich? Że nie było go w robocie ponad miesiąc, przekonywał ich potem, że chce wrócić, a teraz sobie nie idzie, bo „jest zmęczony”?
Próbował kontratakować i zapytał jak tam szacunek w mojej firmie. Miał oczywiście na myśli stosunek mojej szefowej – ale zapomina o tym, że ona tak traktuje wszystkich.

Potem powiedział do mnie „powiedz, dziś jesteś chora i nie idziesz do pracy”. Ja na to, że nie, nie jestem chora, i muszę iść do pracy bo to mój obowiązek. On na to, że co z tego jak jestem obowiązkowa, jeśli nie umiem się postawić.

Ręce opadły mi jeszcze bardziej. Nie wiem co wg niego jest się „postawić szefowej”, bo chyba nie to, że sobie nie przyjdę do pracy, przez co obarczę moją robotą niczemu winną koleżankę, a w piątek będę miała masę roboty do nadrobienia. A Szefowa tylko będzie zła i wyżyje się na mnie w piątek w taki albo inny sposób. Świetny plan! Jest jaka jest, ale na pewno zawsze wie, że będę w pracy [nie licząc oczywiście prawdziwych problemów zdrowotnych, niezależnych ode mnie, a to nie zdarza się zbyt często]. Nie spóźniam się, prawie zawsze jestem przed czasem. U każdego pracodawcy zawsze było to uważane za moją zaletę, a nie wadę!

Dziś poczułam się znów jak matka walcząca z dzieckiem, które nie chce iść do szkoły. Czy wymaganie odpowiedzialności i obowiązkowości od, prawie, 32 letniego faceta to dużo? Zawsze oburza się, jak mówię mu, że zachowuje się jak dziecko – co mam powiedzieć, skoro na prawdę tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy?! To jest naprawdę poniżej mojej godności, żeby walczyć z nim o to, żeby chodził do pracy. Czasami na prawdę myślę, że to mi bardziej zależy na tym co ludzie o nim pomyślą, niż jemu. Nie umiem się nie przejmować, jak widzę takie zachowanie. Pomijam już fakt, że doprowadza mnie do szału.

Dziś planuję ciche dni, dopóki mnie szczerze nie przeprosi i nie porozmawia o problemie, bo to już nie pierwszy raz. Ja, jak zwykle, próbowałam rozmawiać, on – jak zwykle – milczał albo rzucał cyniczne odzywki.

 

 

Męska logika

Jak mnie to wkurza,  jak coś mówię a on nie słucha. Jak wysyłam mu dokument mailem i uprzedzam,  żeby przeczytał również to co napisałam w treści maila,  on mówi „ok babe”a po powrocie z pracy mówi mi,  że on nie wiedział,  że coś napisałam…  Generalnie ok babe oznacza że jednym uchem wpada a drugim wypada. Oznacza tyle co” tak tak,  wiem,  że coś tam ględzisz ale mało mnie to obchodzi”.  

Tak jak teraz. Bierze leki,  których nie można tak po prostu odstawić, a źle się po nich czuje. Mówię mu ze trzeba zmniejszać dawki stopniowo on na to, Yes babe,  że wie,  że w ogóle. To znów przypominam już setny raz żeby znów skontaktował się z lekarzem,  który nadal nie odpowiedział, bo musimy wiedzieć jak dawkować. A on,  że ma plan. Nie muszę chyba dodawać,  że genialny! Mianowicie: że dziś nie weźmie żadnej tabletki. A przed chwilą mówił że wie że nie można tak odstawić. Nosz ja w ogóle nic nie rozumiem i ręce mi opadają do samej podłogi.. 

I weź tu zapisz go do lekarza…

Kto by pomyślał, że zapisanie obcokrajowca do lekarza jest takie skomplikowane. Od 3 dni J źle się czuł, i już w środę kazałam mu iść do lekarza, bo dolegliwości się powtarzają co jakiś czas.

Zadzwoniłam w środę do przychodni, z pytaniem o wizytę u lekarza, który mówi po angielsku. Pani powiedziała, że chyba to dziś takiego nie ma, i gdzie jest obcokrajowiec ubezpieczony. Mówię, że w NFZ, że ma legalną pracę i pobyt. Po pytaniu,czy ma PESEL, i mojej negatywnej odpowiedzi znów zapytała, gdzie jest ubezpieczony. Powtarzam, że w NFZ, że ma ZUS RMUA i chcę wizytę w ramach Funduszu. Powiedziała, że jedynie może spróbować iść na dyżur, bo lekarz dyżurny mówi po angielsku. Pojechał, był tam przed 12. . Powiedziałam mu dokładnie jak to działa: że idzie pod gabinet, pyta się kto ostatni i pilnuje, żeby wejść do gabinetu po tej osobie. Niestety nie dostał się do lekarza

Następnego dnia rano udało mi się umówić go do lekarza [o obco brzmiącym nazwisku] na godzinę 13.30. Miła pani  w rejestracji na prawdę poszła mi na rękę, bo z jakiegoś powodu nie mogła znaleźć go w systemie. To nasunęło mi pytanie, czy J w ogóle wczoraj tam pojechał, skoro nikt nic nie wie i nie ma jego rejestracji. No ale twierdzi, że był.
O 11.00 napisał mi ostatnią wiadomość, że źle się czuje i że go bardzo boli. Od 12.00 zaczęłam do niego wydzwaniać, żeby nie zapomniał o wizycie. Do 16.00 żadnego odzewu! Zaczęłam się denerwować, nawet chciałam się zwolnić z pracy i jechać do domu. O 16.00 napisał mi na FB że zasnął [lub zasłabł, trudno powiedzieć]. Oczywiście opuścił wizytę. Wiedziałam o tym już wcześniej, bo po 13.00 zadzwoniłam do przychodni w nadziei, że jednak tam dotarł, ale niestety powiedziano mi, że się nie pojawił…

Dziś rano nadal z bólem brzucha. Zadzwoniłam do przychodni, ale dziś ten lekarz obcokrajowiec ma dyżur od 8-14, więc trzeba stać w kolejce. Powiedziałam mu wszystko, miał jechać jak najszybciej. Od 10.30 czekał. W międzyczasie padł mu telefon więc nie wiedziałam, czy się udało czy nie. Przed 16:00 zadzwoniłam, i okazało się, że znów nici. Pytam, to ile tam było osób? On na to, że trochę, i nie widział tam za bardzo ruchu. Coś mnie tknęło, żeby zapytać, czy on przypadkiem nie czekał aż go poproszą do gabinetu… Moje nadzieje niestety były płonne, bo okazuje się, że myślał, że go wyczytają, bo tak to działa w Ameryce…. Nosz w mordę jeża! To po co ja się w środę produkowałam i tłumaczyłam jak działa dyżur lekarski w Polsce?! Po co? Tym samym stracił ponad 4 godziny na siedzeniu pod gabinetem, i jestem przekonana, że na pewno by się dostał, gdyby się stosował do tego co mu powiedziałam..

Także moje 3 dniowe starania spełzły na niczym i chce mi się z bezsilności walić głową w ścianę…