Siedzę na podłodze mojego nowego salonu,  bo jeszcze nie dojechała kanapa, i myślę: czemu, skoro podobno jest karma i dobro wraca do człowieka, to ja tylko dostaję od wszystkich po dupie? Czy moja karma zgubiła drogę we wszechświecie?

Na dywaniku

Podobno najczesciej podawanym powodem zmiany pracy jest szef. Muszę się z tym niestety zgodzić. W. Moim przypadku pierwszym powodem chęci znalezienia nowego zajęcia był szef a zaraz na drugim miejscu niskie wynagrodzenie. Teraz wynagrodzenie mam większe, chociaż zawsze mogłoby być wyższe, szczególnie po 3 latach pracy i przy większej liczbie obowiązków. Obecna Szefowa na początku wydawała się o niebo lepsza od poprzedniego, ale z biegiem czasu widzę, że wychodzi szydło z worka (i bynajmniej nie piję to do pani Premier).

Dziś Szefowa wylała na mnie wszystkie swoje żale i frustracje. Wygląda na to, że wszystko robię źle. Oczywiście, że popełniam błędy, nie jestem nieomylna, ale bez przesady. Rozumiem konstruktywną krytykę, ale bądźmy sprawiedliwi.

Gdy wytykała mi rzeczy, których rzekomo nie robię, a ja wskazywałam na to, że owszem, czasami zdarza mi się zapomnieć, ale generalnie to o nich pamiętam, to ona na to, że nie rozmawiamy o tym, co robię, ale o tym czego nie robię. Super. Czyli jeśli 5 razy na 100 zdarzy mi się niedopatrzenie, to już te 95% gdy robię coś właściwie się już nie liczy?

Oczywiście na nic moje argumenty, że ja się z czymś nie wyrabiam no usłyszałam, że inne asystentki robią to samo co ja (jasne..) i że mam złą organizacje pracy jeśli się nie wyrabiam. Ona nie zdaje sobie sprawy jakie to jest czasochłonne. Sam jej kalendarz zajmuje mnóstwo czasu, a tu jeszcze ciągle prośby i wymagania, wszystko Asap. Nie wspominając już o organizowaniu wyjazdu szkoleniowego, wielkiego eventu, który odbywa się na początku przyszłego tygodnia (to pochłania mnóstwo czasu!) czy robieniu takich przyzoemnych rzeczy jak poczta, czy odbieranie telefonów, które często dzwonią.
W pewnym momencie zaczęła mi wyliczać tygodniowy wymiar pracy próbując tym samym udowodnić że. Ona nie wierzy że to zajmuje wszystko tyle czasu. Tak się nie da bo ja nie robię jednej rzeczy od A do Z tylko w międzyczasie jestem odbywają innymi obowiązkami, których czasem się nie da przewidzieć.

Zostałam potraktowana jak śmieć, jak osoba, która się do niczego nie nadaje. Staram się ogarnąć ten cały cyrk a wszystko co usłyszałam w zamian to pretensje. Przykre.

Kłamstwo za mgłą zaufania

Trust is a fragile thing. Once earned, it affords us tremendous freedom. But once trust is lost, it can be impossible to recover. Of course the truth is, we never know who we can trust. Those we’re closest to can betray us, and total strangers can come to our rescue. In the end, most people decide to trust only themselves. It really is the simplest way to keep from getting burned.

Będę cytować te słowa chyba już zawsze, bo są tak prawdziwe, że to aż boli.
Boli ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że twoje zaufanie zostało wykorzystane, żeby uśpić Twoją czujność i Cię okłamać – prosto w oczy, nawet bez zająknięcia.

Nie raz już tego doświadczyłam, to bardzo perfidna gra. Ufasz komuś, a ten ktoś doskonale o tym wie. Buduje to zaufanie tak długo, aż każde Twoje podejrzenie będzie mógł zabić prostym „no co, nie ufasz mi?” albo „Nie wiedziałem, że tak źle o mnie myślisz / że mnie o to podejrzewasz”, a Tobie robi się najzwyczajniej w świecie głupio, bo nie wiesz, czy kogoś niesłusznie oskarżyłaś, czy jednak masz rację.

Ale czasami okazuje się, że jednak Twoja intuicja nie kłamie. Twoje przypuszczenia są słuszne, ale tłumione przez poczucie winy wzbudzane przez oszukującego. Gdy zdajesz sobie sprawę, że Twoje przypuszczenia były słuszne, to jak cios obuchem w głowę, aż szumi w uszach. Miks niedowierzania, rozczarowania, złości i rozgoryczenia. Złości często na samego siebie. „czemu byłam tak naiwna i uwierzyłam? Przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi na na to właśnie wskazywały, a ja byłam zaślepiona moim zaufaniem. Nie chciałam zranić tej osoby podejrzeniami i oskarżeniami”.

Nawet nie ważne czego kłamstwo dotyczyło. Ważny jest sam fakt wykorzystania zaufania, zrobienia z kogoś idioty i cieszeniu się w duchu, że się udało. Czy ja wyglądam na idiotkę? Serio? Ja widzę więcej niż mogłoby się wydawać, tylko niestety często zamiast na intuicji, polegam na zaufaniu do drugiego człowieka.

Chyba jednak na prawdę należy ufać tylko samemu sobie…

 

Kupiłam wino o 8 rano

Choroba się rozwija w najlepsze, dziś mam już katar!

Wczoraj wieczorem dostałam SMS od Szefowej, że potrzebuje, żebym jutro rano w drodze do pracy kupiła wino, czerwone, wytrawne, w cenie ok 150 zł za butelkę, bo jej potrzebne na prezent na jutro na 10.00. Ok, napisałam, że kupię oczywiście, ale nie wiem co dostanę o 8 rano. Nie znam się na winach, więc mogę się posiłkować jedynie opinią sprzedawcy, lub ceną. W ogóle kto powiedział, że to co najdroższe będzie najlepsze? Wino to rzecz gustu, i dla mnie głupotą jest myślenie „kup jak najdroższe, bo pewnie będzie zajebiste!”.
Poszłam dziś rano do Carrefour Express, bo to jedyne miejsce w okolicy otwarte 24/7, gdzie są alkohole. Najdroższe wino było za 50 zł. Ok, myślę sobie, wysiądę przystanek wcześniej, i pójdę do Carrefour w Reducie obok pracy, tam na pewno będzie większy wybór. Był, od 10 zł do 86 zł – taka cena za najdroższe czerwone wino wytrawne. Znalazłam jakieś różowe za 139, ale powiedziała wyraźnie, że ma być czerwone i wytrawne. Napisałam jej SMSa, a ona, że mam sama zadecydować, i że ma być opakowane. Duh, przecież wiem, że na prezent, wzięłam już nawet torebkę! Napisałam jej, że mam torebkę, albo jeśli chce mogę wziąć drewnianą skrzyneczkę za 30,99. Odpisała, żebym oceniła sama. To oceniłam, że nie warto brać kawałka drewna, i wzięłam torebkę. Razem wyszło trochę ponad 92 zł.

W pracy w sumie nawet Szefowej nie widziałam, bo była na spotkaniu, więc postawiłam butelkę na biurku. Pisała SMSy, głównie z pretensjami, że jej się spotkania nakładają. Niestety nie miałam żadnego wpływu na ustalone odgórnie spotkanie w Izbie, której jest członkiem, jak również na spotkanie z Prezesem [wiadomo, że tego się nie przełoży, z resztą myślałam, że na to spotkanie idzie meneger w jej zastępstwie, ale najwyraźniej nie…].

W ogóle wiecie co? Irytuje mnie to wszystko coraz bardziej! Pomiędzy mną a Szefową nie ma żadnej komunikacji. Na maile nie odpisuje, na SMSy – czasami [nie wszystko się da załatwić SMSem] albo jej nie ma fizycznie w biurze, bądź ma spoktania = nie mogę wejść i zapytać. Potem oczywiście to jest MOJA wina, że się czegoś nie dowiedziałam, mimo, że nie miałam jak. Gdy uda mi się już w końcu o coś zapytać, to słyszę [tak jak w powyższym przykładzie z winem], że mam zadecydować sama. A jak już zadecyduję, to najczęściej moja decyzja jej nie odpowiada. Serio coraz częściej chce mi się walić głową w ścianę!

Nie da się jej zadowolić. Mimo, że się staram, to ciągle czuję, że jestem niewystarczająco dobra i ciągle popełniam błędy, bo ona jest ciągle niezadowolona. Już nawet tracę nadzieję, że kiedyś dostanę podwyżkę, bo nawet pogadać nie mam o czym. Skupię się na dobrych stronach, to ona na pewno mi wytknie szereg moich niewybaczalnych „niedopatrzeń”. Przykre. Czasami Szefowa ma przebłyski i pochwali, ale zdarza się to bardzo rzadko, i musi być w dobrym humorze, a ostatnio chyba nie jest…

3048392-sj

Nie zawsze zrozumiały dobór obsady w ekranizacjach

Wczoraj w internecie pojawiły się informacje o rozpoczęciu zdjęć do hollywoodzkiej ekranizacji kultowego cyberpunkowego anime „Ghost in the Shell”.
Duże kontrowersje wywołała decyzja o obsadzeniu w roli Major Motoko Kusanagi białej aktorki [Scarlett Johansson] zamiast Azjatki.

Mimo, że bardzo Scarlett lubię, muszę się trochę zgodzić z krytyką fanów. W ogóle kwestia zmiany rasy lub wyglądu zewnętrznego aktorów, bez konkretnej przyczyny, w ekranizacjach zawsze mnie denerwuje. Lubię, gdy film opierający się na książce/komiksie/anime jest stosunkowo wierny oryginałowi. Oczywiście, że nie zawsze korzystnym jest trzymanie się kurczowo fabuły pierwowzoru, głównie z powodu, iż książka nigdy nie była pisana z zamysłem ekranizacji. Weźmy na przykład takiego Władcę Pierścieni. Każdy film już trwał po 3 godziny każdy, więc nie trudno sobie wyobrazić co by się stało, gdyby Peter Jackson nie zrezygnował z szeregu mniej istotnych dla opowieści scen.

Zawsze byłam ostrym krytykiem ekranizacji ulubionych książek. Tak jak mogę zrozumieć zabiegi scenarzystów przy tym w jaki sposób najlepiej opowiedzieć historię za pomocą obrazów, tak nie umiem pojąć czemu zmieniają na siłę wygląd bohaterów. W książce jest jasny opis jak dana osoba wygląda. Czytelnik właśnie na podstawie opisów tworzy sobie obraz postaci w głowie. Przychodzi do kina i zdziwienie.

Ostatnio miałam zażyłą dyskusję z kolegą po obejrzeniu Batman v Superman, po tym, gdy wyraziłam swoje zdziwienie, że Flasha gra aktor o latynoskiej urodzie [długie ciemne włosy, zarost]. Powiem szczerze, że nie wiedziałam co to za postać, dopiero James niepewnie poinformował mnie, że to chyba Flash. I tu tkwi problem. Flash to postać komiksowa, więc nie pozostawia wiele pola do manewru jeśli chodzi o wygląd aktora, ponieważ nie jest opisana, ale narysowana. W komiksach Flash był blondynem. Kolega, z którym dyskutowałam mówił, że dla niego jest nieważny wygląd, ale gra aktora [tą trudno ocenić, bo FLash pojawił się może na minutę w ciągu całego filmu]. Ok, przypuśćmy, że aktor jest super świetny. Istnieją metody upodobnienia go do komiksowego bohatera. Na prawdę. Poza tym nie wierzę, że nie ma innego aktora, który pasowałby do tej roli. Wybór aktora do roli Aquaman’a też jest dla mnie niezrozumiała, mimo, że aktora bardzo lubię. To tak, jakby Wonder Woman była tlenioną blondynką [chociaż z tego co pamiętam pierwsza aktorka, która wcieliła się w tą rolę właśnie była blondynką…].

Ale wróćmy do problemu rasy aktorów. Od dawien dawna obserwuję tendencję wciskania do filmów bohaterów różnych ras, żeby nikt nie mógł zarzucić im, że są rasistami. nie mam nic do aktorów o innym kolorze skóry, na prawdę, ale po co to robić na siłę? 2 przykłady, które teraz mi przychodzą do głowy:  film „Złodziej Pioruna”, gdzie Groover’a [Satyra] tak jest opisywany w książce, zagrał Brandon T. Jackson:

„Grover is described as a tall satyr with curly brown hair, brown eyes, small horns, Caucasian skin, a wispy beard and hairy brown goat legs”

Kolejnym przykładem jest TV show „The Shadowhunters” [na podstawie świetnego cyklu książek Cassandry Clare, których jestem fanką od dawna, był również film „Miasto Kości” na podstawie pierwszego tomu serii]. Wilkołaka Luke’a zagrał Isaiah Mustafa [znany z reklam Old Spice 🙂 ] podczas gdy w oryginale opis postaci wygląda tak:

Luke is ragged-looking, with blue eyes and brown, uneven hair. He is tall, with square shoulders and a slightly stooped posture. Luke also wears glasses and often wears flannel shirts.

Dziwi mnie ten wybór, ponieważ reszta obsady pasuje do swoich postaci idealnie. Czasami wygląd nadaje postaci również jej charakter. Ja nadal w serialowym Luke’u nie dostrzegam tego z książki.

Rozumiecie o co mi chodzi? O zmianę na siłę czegoś, co nie ma żadnego uzasadnienia.
Wracając do Ghost in the Shell, rozumiem, Scarlett jest znaną aktorką. Po tym jak grała Czarną Wdowę u Marvela albo Lucy, może uznano, że będzie doskonała. Ale jestem przekonana, że znalazłaby się cała masa Azjatek, które równie dobrze [a może nawet lepiej?] wcieliłyby się w Motoko. Patrząc na zdjęcie przedstawiającą Scarlett we fryzurze przypominającej trochę tą z anime, jakoś nadal nie jestem przekonana. Jakoś tego nie widzę, przynajmniej ten profil mnie nie przekonuje 😛 Ale kto wie…

this-painting-of-scarlett-johansson-as-major-motoko-from-ghost-in-the-shell-has-won-me-over-png-226427

Poczekamy – zobaczymy.

Oczom i uszom nie wierzę i tylko nóż się w kieszeni otwiera!

Dziś znów będzie i PiSiorach i obecnej koalicji rządzącej, bo mnie szlag trafia jak słucham i czytam co oni wyprawiają. Ja tego na prawdę nie rozumiem jak można być tak zakłamanym i obłudnym!

Nawet nie wiem od czego zacząć!

Przede wszystkim ich # dobrazmiana nie jest wcale dobra. Rozpierdalają Państwo w szerokim tego słowa znaczeniu. Ja w ogóle nie rozumiem tego, że dopuszczalnym jest to, że tylko jedna partia ma większość. Nie powinno tak być, bo nie ma równowagi w Sejmie! Tak na prawdę można by zrezygnować z przeprowadzenia głosowań, bo i tak wiadomo, że nawet najgłupszy projekt ustawy przejdzie większością głosów! Ja wszystko rozumiem, że nasza Konstytucja na to zezwala itp, ale ta sytuacja jest chora. Nie ma żadnego bufora bezpieczeństwa i PiS robi co chce.

Nie wiedziałam dziś czy się śmiać czy płakać jak usłyszałam wypowiedź, że to wina opozycji, że sprawa TK jest w Parlamencie Europejskim. A przepraszam kto zgłosił się do Komisji Weneckiej o opinie w tej sprawie?? Waszczykowski! Najlepiej zwalać winę na poprzedników, albo na opozycję, co złego to nie ja! To, że obecny Rząd rozwalił TK, także obarcza winą poprzedników. Wymyślił „swoją prawdę” którą powtarza tak długo, aż sam uwierzy, że jest prawdziwa.

Katastrofa Smoleńska-  temat woda.. Nowe śledztwo, mimo, że przyczyny katastrofy zostały już wyjaśnione przez specjalistów w tej dziedzinie, a nie przez samozwańców, robiących eksperymenty na puszkach i parówkach. No i znów – wina Tuska, wina Rządu/ Jasne, tylko, że to Kancelaria Prezydenta przygotowywała wylot, i wiemy od niedawna na pewno o czym rozmawiano w kokpicie. „Góra” zadecydowała, że lądujemy do skutku. To też wina Tuska?
Pokazówki, zwane miesięcznicami, na których przemawia Prezes językiem nienawiści dzieląc Polaków na lepszych i gorszych. Oczywiście dobrzy jesteśmy MY = PiS, a ONI = Opozycja to „Najgorszy Sort”. Tylko wyznawcy Prezesa są patriotami, cała reszta to nic nie warty lud. KOD jest wynajęty przez PO, a Ci wszyscy ludzie na ulicach to statyści? TVPiS pokazuje propagandę dla Rządu, zakłamując rzeczywistość.

Kolejna rzecz, która po prostu wyprowadza z równowagi to to co się dzieje wokół aborcji. Nie będzie mi bezdzietny dziad z kotem, klecha albo Kryśka mówił czy mam urodzić dziecko czy nie. PiS mówi, że to sprawa sumienia. Bóg dał człowiekowi wolną wolę, więc dajmy kobiecie wybrać i zadecydować o swojej przyszłości. Są różne sytuacje w życiu, i każą należy rozpatrywać indywidualnie. Nie możemy zakazywać człowiekowi dokonywania wyboru. Nigdy nie lubiłam, jak ktoś mnie do czegoś zmuszał, albo narzucał swoją decyzję, dlatego tak mnie do wkurza.

A teraz właśnie przeczytałam, że niektórzy posłowie z Kukiz’15 głosują „na dwie ręce, za nieobecnych kolegów. Super wręcz. Żyję w jakimś cyrku, a nie w państwie prawa…

 

Moje Wielkie Greckie.. przemyślenia

Dziś w końcu obejrzałam „My Big Fat Greek Wedding 2” [MBFGW2]. Zawsze miałam ogromny sentyment do pierwszej części, która zdecydowanie zyskuje na wartości przy znajomości greckich zwyczajów i kultury, co sprawia, że wyśmiewane, często wyolbrzymiane, przywary na prawdę nas bawią.

Na początku miałam wrażenie, że film mocno nawiązuje do MBFGW1. Stara się podkreślić upływ czasu, pokazać co w życiu bohaterów się zmieniło, a co pozostało jak dawniej. Były momenty, że oglądałam go bez przekonania, ot, dla zabicia czasu, ale słysząc grecki język i będąc w stanie jeszcze go trochę zrozumieć, w końcu wyruszyłam w sentymentalną podróż.

Wiem, że Grecja nie była mi pisana. Cieszę się z tego gdzie teraz jestem i jak moje życie się potoczyło. Jednak jakiś skrawek mojej duszy jest nadal grecki. Brak mi muzyki, jedzenia, atmosfery. Nigdy nie byłam „imprezowa”, ale tam moje życie towarzyskie kwitło. Może dlatego, że nie pracowałam, bo teraz po pracy nie marzę o niczym innym jak powrót do domu.

Do tej pory mam tak, że dziwnie mi używać perfum, które kiedyś uważałam za „mój zapach” ponieważ ich zapach kojarzy mi się z Grecją. Szczególnie latem czuję, jakbym tam była. Na szczęście mam też takie, które kojarzą mi się z pobytem w USA.

Dodatkowo do moich sentymentalnych, greckich podróży dochodzi 6 rocznica katastrofy w Smoleńsku, bo właśnie tam byłam, gdy to się stało.
Pamiętam jak dziś, gdy kolega zapytał mnie rano czy wiem, co się stało. Gdy odpowiedziałam, że nie bo niedawno się obudziłam [różnica czasu względem Warszawy +1h] polecił mi wejść na TVN24, jeśli się dostanę, bo serwery padają, tyle ludzi próbuje się tam zalogować.
Pamiętam szok jaki przeżyłam, gdy przeczytałam pierwsze, jeszcze nieoficjalne i niepotwierdzone informacje o katastrofie. Z dwóch braci Kaczyńskich akurat Lecha tolerowałam, o Marii Kaczyńskiej nie mogłam powiedzieć złego słowa, no i w końcu to Para Prezydencka. Szok był o tyle duży, że nikt nie mógł w to uwierzyć. Na początku myślałam, że to głupi żart, albo, że coś źle zrozumiałam – że to nie polski samolot z polskim Prezydentem, tylko jakiś inny. Ciągle siedziałam na stronach informacyjnych, bo od polskiej telewizji byłam odcięta. Widziałam tych wszystkich ludzi, solidarnych w obliczu tego, co się stało i to było budujące.

Ale nie trwało to długo

Niedługo potem  zaczęły przepychanki i wojny polityczne. PiS walczy Smoleńskiem do dziś, doszukując się teorii spiskowych i mówi o „męczeńskiej śmierci”. Serio?

A już rozwaliło mnie to, że Lech Kaczyński dostał w Warszawie 3 tablice, a na których jest napisane, że POLEGŁ w służbie ojczyzny. To ja nie wiedziałam, że on walczył na froncie za ojczyznę..

Słowo „poległ” jest jednoznacznie przynależne osobie, która zginęła w walce – tłumaczył „Gazecie Wyborczej” sekretarz Rady profesor Andrzej Krzysztof Kunert. ROPWiM rekomendowała, by słowo „poległ” zostało zmienione na zginął.

– Nie powiemy wprawdzie, że ktoś „poległ” w Katyniu, bo polscy oficerowie zostali tam pomordowani, ale ich śmierć mieści się w definicji „walki i męczeństwa”. Natomiast nie ofiary katastrofy. Chyba że zginęli w niej żołnierze w czasie działań wojennych – tłumaczył „Wyborczej” Kunert.

To tyle refleksji na dziś.

Najlepiej się zamknę…

Już od rana jestem zła, a zaczęło się już wczoraj po rozmowie z mamą. Zadzwoniła do mnie o 21.30, i pyta

M: Co robisz?
Ja: Gram [właśnie zaczęłam mecz w HOTS]
M: Ty nic tylko CIĄGLE grasz!
Ja: Nie ciągle, tylko właśnie zaczęłam!
M: No co nie zadzwonię to Ty grasz!
Ja: No bo jak dzwonisz wieczorem, to najczęściej gram, o co CI chodzi?
M: No a kiedy mam dzwonić? Rano śpisz, a wieczorem grasz
Ja: Rano to jestem w pracy, a w weekendy nie śpię długo!
M. Jak dzwoniłam do Ciebie w sobotę, żebyś pojechała ze mną zobaczyć panele do pokoju, to powiedziałaś, że Ci się nie chce
Ja: Nie prawda, powiedziałam, że jestem w Jysk na zakupach, a potem pół dnia sprzątałam szafę w przedpokoju!
M: Już miesiącami Cię proszę żebyś mi przesłała wymiary ściany w pokoju!
Ja: no przecież wszystkie wymiary dostałaś w mailu w zeszłym tygodniu, od razu jak prosiłaś!
M: Ale ja nie rozumiem o co tam chodziło z jednym wymiarem! I kaloryfera też mi nie zmierzyłaś!
Ja: przecież Ci wyjaśniłam i nie powiedziałaś, że nadal jest nie jasne. Jakiego kaloryfera?! Pierwszy raz słyszę, że miałam wymierzyć Ci kaloryfer!
M: No może i faktycznie Ci nie mówiłam o kaloryferze
Ja: …

Nosz i jak tu się nie wkurzać?! Z nią tak zawsze! Według niej ja nic innego nie robię tylko gram. Człowiek nie może całe życie tylko pracować i sprzątać, musi być też czas na jakieś odstresowanie – dla mnie to akurat gra albo obejrzenie czegoś w TV. Ostatnio ciągle albo coś załatwiam, albo sprzątam, po świętach pojechałam z nią po pracy oglądać panele i farby do Leroy Merlin, wszystko o co mnie prosi robię, ale nadal jest źle, nadal nie spełniam jej Bóg wie jakich oczekiwań.

I do tego wszystkiego jeszcze dziś D się na mnie wydarła, że zachowuję się jak przedszkolak, a ja tylko napisałam jej na FB, że szkoda, że mi nie napisały z A, że poszły po kawę do Costy  na dół, bo też bym chętnie poszła [bo szukałam ich rano jak przyszłąm na piętrze i nigdzie ich nie było],a ta od razu, że robię tragedię… Najlepiej nie będę się w ogóle odzywać, bo najwidoczniej wszystko co powiem jest źle.

Chyba czas zacząć szukać czegoś nowego

Chyba powoli zaczynam dojrzewać do decyzji o zmianie pracy. Powiem szczerze, że coraz częściej jestem sfrustrowana i wcale się nie cieszę na myśl o przyjściu do biura. Wiem wiem, inni mają gorzej, albo nie mają wcale pracy. To prawda, ale powoli przestaję dawać radę. na razie pomaga mi A, ale docierają do mnie jakieś sprzeczne informacje. Jej przełożona powiedziała, że będzie mnie wspierać tylko do końca marca, a dziś, jak powiedziałam o tym szefowej, to ta powiedziała, że nic jej na ten temat nie wiadomo… W piątek również Szefowa napisała mi, żebym dowiedziała się co należy zrobić, żeby zatrudnić kogoś na miejsce Julki. Ucieszyłam się, do czasu, jak dziś dowiedziałam się, że to nie ma być pomoc dla mnie. To studentka 1 roku prawa, która ma docelowo pomagać w naszym wydziale postępowań, i która ma przychodzić 2-3 razy w tygodniu. Powiedziałam Szefowej, że ja bez A mogę nie dać rady ze wszystkim, na co ona, że nie ma zgody na 2 asystentki, i teoretycznie powinna mieć 1/2 asystentki – na spółkę z działem prawnym. No bardzo śmieszne – chyba „tam na górze” nie zdają sobie sprawy ile taka osoba robi w tego typu działach jak mój, albo prawny. Technicznie asystentką już nie jestem, bo zmienili mi stanowisko, więc po zatrudnieniu tamtej byłaby jedna, ale skoro ma pomagać w innym dziale, to nie wiadomo na ile będzie pomagać mi.. A ja mam o wiele więcej obowiązków niż miałam 3 lata temu, jak tu przyszłam. Kasa, oczywiście, bez najmniejszych zmian, premia, której notabene jeszcze nie dostałam, tez pierwsza w życiu. Dlaczego ja mam takiego niefarta, i ciągle jestem zatrudniana przez outsource, przez co jestem „pracownikiem gorszej kategorii” [Polak gorszego sortu? 😛 ].

Pozmieniałam sobie newslettery w pracuj.pl albo info praca, bo miałam jakieś śmieszne ustawienia. 3500 brutto? Pfff! Wcale nie dziwne, że dostawałam propozycje tylko na asystentki i recepcjonistki, skoro tak ustawiłam w filtrze.

Mam dośc bycia Asystentką, serio. Dość. Robienia kawy, schodzenia po lunch i spełniania dziwnych próśb, często prywatnych, mojej szefowej. Najchętniej wróciłabym do pracy w HRach. Praca z dokumentacją mnie nie przeraża, nie chcę po prostu ciągle siedzieć z przyklejonym uśmiechem i wszystkich we wszystkim wyręczać. Bo często niestety na tym się kończy, że przyjdzie taki prawnik i myśli, że jest nie wiadomo kim, i że ja za niego zaniosę, przyniosę, wydrukuję. Na szczęście są osoby, które same wpadną na to, że ja też czasami jestem ZAJĘTA czymś ważniejszym, i sami ruszą 4 litery do drukarki.

 

No, pogadałam sobie. Trochę mi lepiej, ale tylko trochę.

Walę-tynki

Mówią, że Walentynek nie obchodzą osoby nieszczęśliwie zakochane, leniwe, albo samotne. Mnie nie tyczy się żadne z powyższych [no może poza leniwym, ale na pewno nie jeśli chodzi o sprawianie przyjemności ukochanej osobie]. Nie jestem fanką tego święta, które, nie ukrywajmy, jest wymyślone, by zapełnić dziurę w budżetach po Bożym Narodzeniu, i zmusić nas do kupowania kwiatów i serduszek. Ale powiedzmy sobie szczerze, nikt nie lubi być sam w ten dzień, i nie pogardziłby kwiatkiem albo innym wyrazem uczucia.

Niestety byłam tego dnia sama, a było mi dodatkowo przykro, że J nie ma ze mną, bo obchodzi tego dnia urodziny. Od zawsze mówił mi, że nienawidzi tego dnia podwójnie. Ja natomiast będę się starać to nastawienie zmienić. Nie musimy robić nic szczególnego, wystarczy wspólne wyjście, kolacja w domu, którą razem ugotujemy, albo obejrzenie wspólnie filmu.

Ale nie myślcie, że narzekam, bo ja się nigdy sama ze sobą nie nudzę, nawet jeśli byłoby miło mieć kogoś obok. Skończyłam przynajmniej grać w Dragon Age: Inquisition, i zaczęłam Wieśka [Wiedźmina III – Dziki Gon]. Ciekawa gra, jak na razie. Muszę się przyzwyczaić do zupełnie odmiennego sterowania, ale uczę się [umarłam już chyba z 10 razy :P].

Także reasumując, mimo, że bez ukochanego przy boku, nie rozpaczałam, co nie znaczy, że nie tęsknię. Wczoraj kupił bilet powrotny, ląduje w piątek 26 lutego! 🙂