W weekend wszystko nie wyglądało jeszcze tak tragicznie jak wygląda dzisiaj. Wczoraj myśleliśmy, że na znalezienie pracy mamy 90 dni. Dziś okazało się, że mamy miesiąc… 

Czy tylko mi się wydaje, że to mało prawdopodobne? 

Przygotowuje się już na każdą okoliczność.. 

Akcja-Reakcja

Wróżką nie jestem, a jednak wiedziałam doskonale, że tak się stanie. Bo nie trzeba nadprzyrodzonych zdolności, żeby wiedzieć, że jak się często nie chodzi do pracy, to cierpliwość i wyrozumiałość pracodawcy się kiedyś kończą. I dziś właśnie się skończyła. J stracił pracę i nic się już nie da z tym zrobić.

Dociera do niego, że to jego i tylko jego wina, rozumie, jakie niesie to za sobą konsekwencje, ale jednocześnie cieszy się, że nie będzie tam pracował. Ostatnio na prawdę był chory [oboje byliśmy] ale przez wcześniejsze nieobecności po prostu miara się przebrała.

Wiem, że to nie była praca jego marzeń, ale na prawdę dawała dobre warunki – kontrakt na 2 lata, przez co i pozwolenie na pobyt na 2 lata, bliski dojazd, brak problemów z nieznajomością polskiego. A teraz? Z tego co pamiętam ma 90 dni na znalezienie pracy, no i chyba załatwienie formalności. Nie wiem czy się uda. Dopuszczam możliwość, że będziemy musieli się rozstać. Co będzie to będzie.

Dostał po dupie, może to go czegoś nauczy, może się otrząśnie. Szkoda tylko, że musiało do tego dojść, żeby się przekonał, że moje gadanie jednak miało jakiś sens… A można było szukać powoli czegoś bardziej satysfakcjonującego, zamiast doprowadzić do takiej sytuacji.

Reasumując są dwie opcje – albo się uda w 3 miesiące to ogarnąć albo się nie uda, i siłą rzeczy się rozstaniemy, bo będzie musiał wracać do USA…

 

K***a! 

Czy ja zawsze muszę mieć pod górę kurwa? 

Dziś o 16.30 dziewczyna,  która miała przyjść do pracy jutro,  na moje miejsce,  zadzwoniła i zrezygnowała… 

Teraz. Wszystko się przesunie w czasie. I tak wezmę 3 dni wolne w przyszłym tygodniu żeby się skończyć wdrażać, ale istnieje ryzyko,  że będę musiała być w starej firmie do końca okresu wypowiedzenia czyli do 28.02. 

Kurwa. 

Wszystko się może zdarzyć

Szefowa dokonała wyboru zgodnego z moimi sugestiami, czyli szczęśliwą wybranką jest kandydatka nr 1. Boże, miej ją w swojej opiece! Szkoda dziewczyny, bo chyba nie wie na co się pisze [ja 4 lata temu też nie wiedziałam], ale chcę żyć nadzieją, że nie ucieknie z krzykiem.

Rano zasugerowałam szefowej, żeby A przyszła do pracy w poniedziałek albo wtorek, ja ją wdrożę, a od 13 lutego już by mnie tu nie było, czyli porozumienie stron podpisałybyśmy z datą 10 lutego. Zgodziła się, ale ja, nauczona doświadczeniem, chciałam najpierw mieć podpisany papier, zanim cokolwiek komukolwiek powiem w nowej firmie. I miałam rację.

Po 16 poszłam do niej z przygotowanym dokumentem, na co ona, że nie może mi go dzisiaj podpisać, bo musi najpierw zobaczyć jak idzie wdrażanie. Bosko. Czyli nadal nic nie wiem, bo może się w piątek 10go okazać, że uzna, że muszę jeszcze przyjść w następnym tyg. Wszystko ładnie pięknie, ale jest pewien problem – mianowicie od 13 są ferie, więc jeśli mi nie podpisze papieru w przyszłym tygodniu, to na pewno do 17 lutego będę jeszcze w starej firmie. No, nie licząc tych 3 dni na żądanie, które nadal mam w zanadrzu, także sytuacja nie jest beznadziejna, ale nadal niepewna, co mnie strasznie denerwuje!!

Reasumując, wszystko idzie w dobrym kierunku, ale jeszcze wszystko się może zdarzyć.

P.S. Nadal chora 😦

Beep beep beep 

Piętro pode mną jest żłobek. Od 45min piszczy tam alarm, firmy ochroniarskej,  a mnie trafia szlag. Dzwoniłam do dozorczyni,  niestety nie ma telefonu do opiekunek. Dzwoniła do firmy ochroniarskej,  ja mimo  wszystko reż zadzwoniłam. Mam nadzieję, że uda im się to wyłączyć bo inaczej czeka mnie bezsenna noc…

Trochę pod górę, ale damy radę!

Miałam plan. Układałam w głowie jak oświadczę Szefowej, że odchodzę, zastanawiałam się jak zareaguje.

Napisałam rano do mojej agencji pracy tymczasowej, która wg prawa jest moim pracodawcą, z pytaniem czy można mailem dostarczyć wypowiedzenie i wysłać pocztą, czy muszę mieć je dziś w oryginale. No i cały mój misterny plan wpisdu, bo okazało się, że już nie mam 2 tygodni wypowiedzenia. Zaje-kurwa-biście. No to dzwonię do D i mówię jaka sytuacja. Ona daje mi do telefonu koleżankę z HR, i ta dyktuje mi treść rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Do szefowej mogę wejść dopiero o 12.00, siedzę jak na szpilkach. Nadal nie wiem jak jej to powiem – bo teraz jestem niestety skazana na jej łaskę. Wpisałam się jej do kalendarza ze spotkaniem o tytule „Ważna sprawa”. Za chwilę dostałam od niej sms z pytaniem co to za ważna sprawa. Odpisałam, że to nie na telefon.

O 12.00 weszłam do niej z przygotowanym papierem do podpisu. Powiedziałam, że dostałam od byłej szefowej ofertę pracy, którą przyjęłam. Przyjęła to spokojnie, powiedziała, że fajnie, zapytała w jakim charakterze. Powiedziałam o profilu firmy, zapytała, czy bardziej rozwojowe zadania, powiedziałam, że tak, i że warunki pracy lepsze itp. No i powiedziałam, że problem polega na okresie wypowiedzenia, i czy zgodziłaby się puścić mnie po 2 tyg. Oczywiście powiedziała, że absolutnie nie, bo przecież ona musi znaleźć kogoś na moje miejsce, a ja tą osobę muszę przeszkolić. Byłam prawie pewna, że taka będzie jej odpowiedź. Po wyjściu od niej zadzwoniłam do D, którą zasugerowała mi jeszcze wzięcie co najmniej 1 tygodnia urlopu, bo ona sobie nie wyobraża, żebym przyszłą 1 marca nic nie wiedząc. Poszłam jeszcze do Szefowej na chwilę i zapytałam o taką możliwość, ale ona się najeżyła, żebym jej nie nachodziła, że byłam u niej przed chwilą a teraz żądam urlopu [??] i że ona nie wie dzisiaj i nic mi dziś nie podpisze. Acha, zajebiście.

Wiem, że pod koniec dnia zleciła szukanie nowej asystentki koleżance, bo ta do mnie w tej sprawie dzwoniła. W poniedziałek musimy zacząć działać. Jeszcze jest jedna opcja, czyli wzięcie 4 dni na żądanie – chociaż ponoć pracodawca może się nie zgodzić, ale musi to udowodnić. Zobaczymy w przyszłym tygodniu. Muszę zacząć spisywać obowiązki, żeby było mi łatwiej je przekazać, a trochę tego jest.. głównie pierdoły…

Przez to wszystko byłam w takim stresie, że nic nie jadłam przez cały dzień, dopiero o 19.00 w domu zjadłam spagetti. J ma focha, więc jeszcze dodatkowo mam zajebistą atmosferę w domu… Bosko. Mam nadzieję, że się chociaż jutro wyśpię…

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Mówią, że jaki pierwszy dzień Nowego Roku,  taki cały rok.. 

No to już wiem,  że mój będzie chujowy… 

Mama Drama

Co roku jest to samo. Co roku mam z moją mamą jedną i tą samą dyskusję.

Taka sytuacja
Spotykasz się z kimś przed świętami. Życzysz temu komuś Wesołych Świąt. Dajesz temu komuś prezent.

Pytanie:
Czy potem dzwonisz do tej osoby w Wigilię ZNOWU z życzeniami???

Dla mnie osobiście to nielogiczne i zbędne. W ogóle nie lubię składać życzeń, bo wiadomo, że składasz, bo wypada. Ale skoro już złożyłam, osobiście, i dałam prezent, to po kiego grzyba mam dzwonić raz jeszcze i mówić ponownie „Wesołych Świąt”?

W tym roku miałam w ogóle dużo na głowie w dzień wigilii. Około 11.00 J pojechał do hotelu do ojca. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak będzie wyglądał nasz plan działania, bo ojciec J wspominał, że przed kolacją wigilijną chciałby jeszcze wrócić do hotel wziąć prysznic. Komplikowało nam to trochę plany, bo oznaczałoby jeszcze jeden krok w całej logistyce. Ponieważ ma lot powrotny w 1 Dzeiń Świąt o 6.00 rano, przemeldowywał się do hotelu Marriott na lotnisku. Ostatecznie jednak udało się go przekonać, aby wymeldował się z hotelu o 11.00, wziął wszystkie rzeczy ze sobą, i od nas jechał na lotnisko, a potem na kolację. Potem rozpakowywaliśmy walizkę rzeczy, które przywiózł  dla J, oraz prezenty. Problemy z zamówieniem taksówki oraz przygotowania do kolacji również zabrały mnóstwo czasu. Potem droga na lotnisko i droga do moich rodziców. Jak dotarliśmy na miejsce to najzwyczajniej w świecie zapomniałam o wymuszonym przez mamie telefonie do babci. Przypomniałam sobie o 19.00, ale oczywiście mama nie miała ze sobą telefonu. Dodzwoniłam się w końcu do babci, i jakoś ona nie robiła problemu, a zawsze pokazuje, jak ma focha, oj tak.

Dziś dzwonię do mamy w sprawie tego pisma ze spółdzielni,  a ta obrażona i na mnie fuka, że jak ja mogłam nie zadzwonić, że jestem okropna, że spodziewała się, że do niej też zadzwonię. Ja jej na to, że dzwoniłam, ale nie miała telefonu, a ona mi na to, że no przecież nie będzie ze sobą nosić ciągle telefonu. No to już nie moja wina – myślałam, że właśnie od tego są komórki. I nie liczy się, że zadzwoniłam – dla niej ważne jest to, że  nie zrobiłam tego wtedy, kiedy ONA tego oczekiwała… Ręce opadają.

A jeśli chodzi i o sprawę spółdzielni, to napisałam dziś w pracy piękne pismo, z załączonymi wszystkimi dowodami swojej niewinności, a ich roztargnienia i debilizmu. Zamierzam złożyć je osobiście w spółdzielni, a jeśli okaże się, że zrobili sobie świąteczne wakacje, mam również przygotowaną wersję do wysłania pocztą. Mama [po tym, jak już się wykrzyczała na mnie i trochę jej przeszło], poradziła, żeby z nimi nie dyskutować, tylko po prostu złożyć pismo, i tyle. Może jakimś cudem odpowiedzą. Korci mnie, żeby z nimi sobie podyskutować. i dowiedzieć się skąd te wyssane z palca kwoty.

Problem z kwietnia powrócił

Ponieważ idą święta, moja spółdzielnia musiała coś odpierniczyć…

Pamiętacie sprawę z kwietnia odnośnie faktury za przeniesienie? Nie? To przypominam tutaj . Sprawa wróciła!

Otóż otrzymałam wezwanie do zapłaty na 995,82 zł, z załączoną rzeczoną fakturą na 1080 zł [która była błędna, bo powinna opiewać na 1000zł brutto] i notami obciążeniowymi na 400 i 680 zł. WTF, myślę sobie. Przecież spraw została załatwiona. Wysłałam pismo wyjaśniające ich błąd, po czym otrzymałam notę na 400zł, którą opłacim 17 czerwca br. [sprawdziłam, mam dowód przelewu!]. 600 zł, które Spółdzielnia była mi winna za wymianę pionu zgodziliśmy się odliczyć od kwoty 1000zł [dlatego zapłaciłam brakujące 400zł].

Ale skąd im się wzięła kwota 995,82zł to nadal nie wiem, bo z załączonych dokumentów nic takiego nie wynika… Tylko się kuźwa zdenerwowałam. Będę musiała to wyjaśnić, bo z tego wynika, że mają tam niezły burdel! I mnie jeszcze straszą sądem i odsetkami. O nie, nie ze mną te numery!

A tak poza tym, to miałam dziś dzień wolny. J wyszedł wcześniej z pracy [My też kończyliśmy dziś wcześniej, o 13]. Pojechaliśmy do Arkadii na zakupy, po nic konkretnego niby. Kupiłam 4 DVD za 39.9zł w Saturnie, lampki choinkowe i stojak do choinki [na przyszły rok] i kilka brakujących rzeczy do sernika, który właśnie w piekarniku. Uff. Tough day!