Nie zawsze zrozumiały dobór obsady w ekranizacjach

Wczoraj w internecie pojawiły się informacje o rozpoczęciu zdjęć do hollywoodzkiej ekranizacji kultowego cyberpunkowego anime „Ghost in the Shell”.
Duże kontrowersje wywołała decyzja o obsadzeniu w roli Major Motoko Kusanagi białej aktorki [Scarlett Johansson] zamiast Azjatki.

Mimo, że bardzo Scarlett lubię, muszę się trochę zgodzić z krytyką fanów. W ogóle kwestia zmiany rasy lub wyglądu zewnętrznego aktorów, bez konkretnej przyczyny, w ekranizacjach zawsze mnie denerwuje. Lubię, gdy film opierający się na książce/komiksie/anime jest stosunkowo wierny oryginałowi. Oczywiście, że nie zawsze korzystnym jest trzymanie się kurczowo fabuły pierwowzoru, głównie z powodu, iż książka nigdy nie była pisana z zamysłem ekranizacji. Weźmy na przykład takiego Władcę Pierścieni. Każdy film już trwał po 3 godziny każdy, więc nie trudno sobie wyobrazić co by się stało, gdyby Peter Jackson nie zrezygnował z szeregu mniej istotnych dla opowieści scen.

Zawsze byłam ostrym krytykiem ekranizacji ulubionych książek. Tak jak mogę zrozumieć zabiegi scenarzystów przy tym w jaki sposób najlepiej opowiedzieć historię za pomocą obrazów, tak nie umiem pojąć czemu zmieniają na siłę wygląd bohaterów. W książce jest jasny opis jak dana osoba wygląda. Czytelnik właśnie na podstawie opisów tworzy sobie obraz postaci w głowie. Przychodzi do kina i zdziwienie.

Ostatnio miałam zażyłą dyskusję z kolegą po obejrzeniu Batman v Superman, po tym, gdy wyraziłam swoje zdziwienie, że Flasha gra aktor o latynoskiej urodzie [długie ciemne włosy, zarost]. Powiem szczerze, że nie wiedziałam co to za postać, dopiero James niepewnie poinformował mnie, że to chyba Flash. I tu tkwi problem. Flash to postać komiksowa, więc nie pozostawia wiele pola do manewru jeśli chodzi o wygląd aktora, ponieważ nie jest opisana, ale narysowana. W komiksach Flash był blondynem. Kolega, z którym dyskutowałam mówił, że dla niego jest nieważny wygląd, ale gra aktora [tą trudno ocenić, bo FLash pojawił się może na minutę w ciągu całego filmu]. Ok, przypuśćmy, że aktor jest super świetny. Istnieją metody upodobnienia go do komiksowego bohatera. Na prawdę. Poza tym nie wierzę, że nie ma innego aktora, który pasowałby do tej roli. Wybór aktora do roli Aquaman’a też jest dla mnie niezrozumiała, mimo, że aktora bardzo lubię. To tak, jakby Wonder Woman była tlenioną blondynką [chociaż z tego co pamiętam pierwsza aktorka, która wcieliła się w tą rolę właśnie była blondynką…].

Ale wróćmy do problemu rasy aktorów. Od dawien dawna obserwuję tendencję wciskania do filmów bohaterów różnych ras, żeby nikt nie mógł zarzucić im, że są rasistami. nie mam nic do aktorów o innym kolorze skóry, na prawdę, ale po co to robić na siłę? 2 przykłady, które teraz mi przychodzą do głowy:  film „Złodziej Pioruna”, gdzie Groover’a [Satyra] tak jest opisywany w książce, zagrał Brandon T. Jackson:

„Grover is described as a tall satyr with curly brown hair, brown eyes, small horns, Caucasian skin, a wispy beard and hairy brown goat legs”

Kolejnym przykładem jest TV show „The Shadowhunters” [na podstawie świetnego cyklu książek Cassandry Clare, których jestem fanką od dawna, był również film „Miasto Kości” na podstawie pierwszego tomu serii]. Wilkołaka Luke’a zagrał Isaiah Mustafa [znany z reklam Old Spice 🙂 ] podczas gdy w oryginale opis postaci wygląda tak:

Luke is ragged-looking, with blue eyes and brown, uneven hair. He is tall, with square shoulders and a slightly stooped posture. Luke also wears glasses and often wears flannel shirts.

Dziwi mnie ten wybór, ponieważ reszta obsady pasuje do swoich postaci idealnie. Czasami wygląd nadaje postaci również jej charakter. Ja nadal w serialowym Luke’u nie dostrzegam tego z książki.

Rozumiecie o co mi chodzi? O zmianę na siłę czegoś, co nie ma żadnego uzasadnienia.
Wracając do Ghost in the Shell, rozumiem, Scarlett jest znaną aktorką. Po tym jak grała Czarną Wdowę u Marvela albo Lucy, może uznano, że będzie doskonała. Ale jestem przekonana, że znalazłaby się cała masa Azjatek, które równie dobrze [a może nawet lepiej?] wcieliłyby się w Motoko. Patrząc na zdjęcie przedstawiającą Scarlett we fryzurze przypominającej trochę tą z anime, jakoś nadal nie jestem przekonana. Jakoś tego nie widzę, przynajmniej ten profil mnie nie przekonuje 😛 Ale kto wie…

this-painting-of-scarlett-johansson-as-major-motoko-from-ghost-in-the-shell-has-won-me-over-png-226427

Poczekamy – zobaczymy.

Reklamy

BvS

Bilety na film mieliśmy już kupione z miesiąc temu. Film może nie był jakiś specjalnie wyczekiwany, ale jak na nerdów przystało, trzeba było zobaczyć nowy film o Batmanie i Supermenie.

Po pracy wpadłam tylko do domu zmienić kurtkę na płaszcz, bo rano było zimno i padało, a po południu wyszło słońce. Pojechałam od razu do Złotych Tarasów, byłam ponad godzinę wcześniej, bo musiałam wejść w kilka miejsc, między innymi do Saturna poszukać kabla do monitora i worków do odkurzacza. Kabel znalazłam, worków nie było, muszę zamówić online. James dziś miał konwersację z B, więc od razu po lekcji pojechał do mnie. Zdążył idealnie przed filmem, jeszcze zdążyliśmy kupić popcorn i colę.

Film… no cóż. Jakby to ująć… no nie kleił się kupy. Zlepek scen, często nie nawiązujących do siebie, jakby reżyser chciał poruszyć wiele wątków, niestety, nieumiejętnie. Ben Affleck jako Batman bardzo mi się podobał, Supermen spoko, nic nadzwyczajnego. Moja długo wyczekiwana Wonder Woman pojawiła się na ekranie po 2 godzinach. Warto było czekać, szkoda tylko, że było jej tak mało na ekranie 😦 James skrytykował efekty specjalne w kilku momentach. Nie dało się nie zauważyć niedociągnięć jeśli chodzi o prawa fizyki, które były często łamane. Ja rozumiem, że to film o superbohaterach, ale z tego co mi wiadomo grawitacja ziemska działa tam tak samo jak w rzeczywistości… Wisienką na torcie okazał się Flash, który, nie wiedzieć czemu, był Latynosem. Nie mam nic do Latynosów, ale komiksowemu Flashowi do Latynosa daleko! Jaki jest sens i przyczyna zmiany? Nie wiem, bo ani się specjalnie nie nagrał [na ekranie był może 2 minuty], ani nie wniosło to nic do fabuły, poza zamętem. Pierwszy raz, gdy pojawił się na ekranie, nie miałam pojęcia kto to! Potem na kolejnym zbliżeniu okazało się, że to Latynos, i wtedy to ja już w ogóle zgłupiałam. Ja rozumiem, że Ameryka ma problem z rasizmem, i żeby wszystkich zadowolić często wciskają na siłę aktorów innych niż biali, ale na Boga – mamy komiks bądź książkę,w tychże jest opis/rysunek jak dana postać wygląda. To na kiego grzyba na siłę zmieniać wygląd albo rasę bohatera? Po co? Wiem, czepiam się, ale od dawna mnie to irytuje.

Reasumując, film był dla nas wszystkich zaskoczeniem, ale nie koniecznie pozytywnym. Szkoda. Przede wszystkim dla tego, że wycięto prawie 30min fabuły, aby potem umieścić ją na Blu Ray, a w kinie dostajemy skrawki historii nie trzymające się kupy.

Ziaja Deadpool :D

Mimo, że nie mieszkamy już z A. pod jednym dachem, nasza tradycja wspólnych wyjść do kina nadal jest podtrzymywana. Dziś długo oczekiwany Deadpool! Jak przystało na fanki Marvela bilety kupiłyśmy już wcześniej, i całe szczęście, bo tłumów do kasy nie da się opisać słowami.

Film zajebisty [nie da się go opisać innym słowem, niż właśnie „zajebisty”! 🙂 ] Klną co chwila, głowy latają po ekranie, krew się leje strumieniami, ale co tam 🙂 Warto było! Czeka mnie ponowna wycieczka do kina z Jamesem, jeśli nie uda mu się zobaczyć Deadpoola w USA.

Po kinie poszłyśmy zjeść. Mój lekarz złapałby się za głowę widząc, że wcinam  Whoopera z Burger Kinga, ale co tam, nie musi o niczym wiedzieć 😛

W podziemiach Centralnego otworzyli sklep Ziaja, mojej ukochanej firmy z kosmetykami, już od dawien dawna! Tanie i dobre. Mózg nam stanął, bo nie przypuszczałyśmy, że ta firma ma aż taką gamę produktów i tyle linii, o których nawet nam się nie śniło! Niestety w Rossamie albo Hebe [czy innym sklepie tego typu] można znaleźć tylko nieliczne, wybrane, produkty. Wydałam 50 zł na spory zapas kremów i innych peelingów, i dostałam mały zimowy żel pod prysznic za free [z okazji jutrzejszych Walentynek] 🙂

Dzień zaliczam do zdecydowanie udanych! 🙂

Mockingjay part 2

Wczoraj premiera, więc my dziś do kina obowiązkowo zobaczyć Kosogłosa 2. A pojechała wcześniej odebrać bilety, a My mieliśmy dojechać i spotkać się na miejscu. Dotarliśmy, szukamy A, a jej nigdzie nie ma. Tłum ludzi wszędzie, oczywiście. A telefonu nie odbiera, ba, wygląda na to, że ma wyłączony, a ja w międzyczasie czuję, że mi cukier mocno spadł. Zmierzyłam, 52. Mało. Zjadłam czekoladkę, i nadal dzwonię do A. Odebrała w końcu, okazało się, że jej telefon karty SIM nie czytał, a była na dole zaopatrzyć się w prowiant. Poszła pomóc J kupić colę i popcorn, bo ja wolałam jeszcze nie wstawać. Wypiłam trochę coli J, bo moja zero by nie zadziałała, potem dobiłam popcornem i powoli było ok.

Film bez rewelacji. Oglądało się dobrze, chociaż nadal jestem zdania, że nie ma większego sensu robić 2 ekranizacji 1 książki. No ale wiadomo, że zrobiono to dla kasy.
Ale mimo wszystko wyjście zaliczam do udanych.

Kino i Arkadia

Byłam dziś w kinie na ekranizacji kolejnej książki, którą czytałam – Więzień Labiryntu: Próby Ognia. Jak zawsze skrytykowałam od góry do dołu, bo denerwuje mnie zmienianie fabuły na siłę. Dla zainteresowanych, moją opinię znajdziecie tutaj.

Muszę przyznać, że Arkadia zmieniła się na plus! Wyremontowali cała górę z fast foodami – teraz jest w przyjemnych drewniano – zielonych odcieniach. Miejsca tak jakby więcej, i nie ma się wrażenia, że siedzi się w taniej jadłodajni. Sklepy też mądrze oznakowali, bo widać nazwy z daleka, zanim stanie się przy konkretnym sklepie. Do seansu miałyśmy jeszcze ok godziny, więc weszłam do kilku nowo otwartych sklepów. Przymierzyłam jedną parę spodni i kilka swetrów, ale nie chciałam  za bardzo ciągać A. po sklepach. Wiem, że to nic przyjemnego, szczególnie, gdy ona nie zamierzała nic kupić. Będę musiała jechać niebawem po zakupy – przynajmniej wiem, że jest tam kilka miejsc, do których na pewno powinnam wejść. Rozpoczęłam już moją akcję pt. „Wymiana Garderoby”. Zapakowałam już jeden worek ciuchów, a jak zabiorę się za ubrania zimowe, to pewnie jeszcze jeden będzie 🙂

Guild Wars 2

Wczorajszy dzień minął mi jak pstryknięcie palcami.. Otóż J powiedział mi w piątek, że Guild Wars 2 jest teraz free to play, więc zaczęłam ściągać [ponad 20 GB ale nic to!]. Grać można już po ok 25%, więc zaczęło się tworzenie postaci, granie i o. Po 1 w nocy się oderwałam bo stwierdziłam, że spać trzeba.

Wieki całe nie grałam w MMO RPG. Ostatni raz w Shaiya, będąc na emigracji w Grecji. O Guild Wars słyszałam, ale nigdy jakoś nie było mi po drodze, nawet nie wiedziałam, że gra była kiedyś płatna. Jest trochę ograniczeń dla f2p oczywiście, ale generalnie w grę można grać za free i dobrze się bawić. Tylko ja poważnie zastanawiam się nad kupnem standardowej wersji [ok 180 zł]. Gorzej jest kupując wersję Deluxe [300 zł] lub Ultimate [400 zł]. Aż tak mi nie zależy, ale wygląda na to, że na f2p nie mogę korzystać z portali [co utrudnia sprawę, bo moja pierwsza postać zaczyna grę na innym kontynencie, więc nie mogę grać z J jak na razie – musiałam stworzyć nową postać, która zaczyna tam, gdzie on], lub wejść do niektórych lokacji. Gra jest bardzo rozbudowana, jest mnóstwo questów, ciekawy rozwój postaci, skiny zmieniające wgląd postaci etc. Grafika powala [w końcu dla czegoś trzeba było zassać te 20 GB :P]. Polecam. Tylko będę no lifem, haha

Dobrze, że dziś nie idę do pracy [oddali nam dzień za 15 sierpnia :)]. Jestem niewyspana jakbym całą noc szalała na imprezie.. Eh, wiedziałam, że tak będzie jak zacznę grać w coś nowego. RPG zawsze pochłaniały mnie do reszty.. 😛