Stolik i krzesła

Od połowy sierpnia ciągnie się sprawa mojego stolika kawowego. Otóż dostarczono go jak byłam w pracy i James zaczął go składać. Na początku napisał mi, że nie ma chyba wszystkich części. Świetnie – pomyślałam, i poprosiłam o zrobienie zdjęcia. Wyglądało, że wszystko jest ok. Potem dostałam zdjęcie instrukcji i widzę, że to nie ten stolik! Znalazłam zdjęcie, jak miałby wyglądać, i James stwierdził, że teraz to w sumie ma sens, i że spróbuje złożyć. Stolik generalnie miał prostą konstrukcję – 2 blaty i pomiędzy nimi prostopadle 3 deseczki [tak, że tworzyły się 2 półki pod blatem] i nóżki. Za chwilę dostaję z zdjęcie z informacją, że śruby chyba są za duże bo przebiły blat na wylot. Wszystko mi opadło..

14123415_10103447355828303_1553643819_o

Napisałam od razu reklamację, że chyba śruby są za długie, a nawet jeśli nie, to nie ma właściwej instrukcji, co spowodowało powstanie dziury. Czekałam w sumie 3 tygodnie, aż wczoraj dostałam wiadomość, że wysłano do mnie reklamowane części. Dziś o 8.00 rano kurier przywiózł blat i śruby, i wiem już, że wszystko gra, bo stolik jest cały i zdrowy. Jamesowi udało się go złożyć. Śruby były chyba dobrej długości, więc nie wiem jakim cudem on to zrobił, ale to już nieważne!! 🙂

Dodatkowo wczoraj doszły zamówione krzesła, na szczęście już złożone, więc nie było problemu. Jedyne co mnie wkurzyło to kurier, który mi oświadczył, że on nie wnosi na górę. Nikt mnie o tym nie poinformował, a powinien [jak przekonywał mnie kurier]. Dodatkowo nie zaparkował pod blokiem, przez co James musiał tachać te 2 wielkie pudła spory kawał.. No ale, ja już sobie napiszę komentarz odnośnie dostawy…

Ale ważne, że wszystko dobrze się skończyło. Teraz muszę wymyślić co zrobić ze starymi krzesłami. Na razie stoją na balkonie..

Residence Permit

Mały sukces! Właśnie dostaliśmy pozytywną decyzję odnośnie legalnego pobytu Jamesa w Polsce! Zajęło nam to tylko 8 miesięcy [walczymy z biurokracją od stycznia, ale zaaplikować udało nam się dopiero w maju].

25 sierpnia musi stawić się osobiście po odbiór karty. 🙂

A oprócz tego – urlop. Pada, ale to nic, staram się zrelaksować, trochę sprzątam. Wczoraj był fryzjer [jestem znów ruda – kolor miedziany blond] 🙂

Kolejne problemy na drodze do nowej kuchni

To miała być w miarę spokojna sobota. Rano mieli przyjechać Panowie, aby złożyć meble, ja miałam siedzieć w domu i wszystkiego doglądać, ale nie wszystko poszło jak z płatka.

Po rzuceniu okiem na instalację hydrauliczną, przygotowaną do podłączenia pralki, zmywarki i zlewozmywaka, Panu zrzedła mina. Ponieważ ściana jest za cienka, aby je wkuć, rury szły po ścianie, co jest problematyczne przy zakładaniu szafek. Nie można tam wywiercić dziury, bo naruszyłoby to konstrukcję szafki. Już wiedziałam, że w poniedziałek będę musiała wziąć wolne. Poprowa dzimy rury w środku szafki.

Potem kolejny problem. W miejscu kuchenki zrobiony był dodatkowy pas glazury z myślą o okapie. po pierwsze: szafka narożna, która miała iść od ściany do tegoż pasa kafelków miała 88 cm, a przerwa pozostawiona przez moich poprzednich fachowców miała 86,5 cm.. Trzeba było zdjąć 2 płytki i w poniedziałek je znów przymocować, jak już będzie wisiała szafka z okapem. Całę szczęście, że nie wyrzuciłam fugi.

Przyjechała mama, załamała się słysząc o tym wszystkim. Facet wziął tyle kasy za remont a tak spierdzielił i trzeba po nim poprawiać. Trzeba było kupić wąż gazowy do płyty gazowej, więc pojechaliśmy całą trójką: ja, mama  i James, do OBI. Nikomu się nie chciało, ale jak trzeba to trzeba. Kupiliśmy jeszcze farbę do kaloryfera w pokoju, do framugi do kuchni i po 12 byliśmy w domu. W międzyczasie zdecydowaliśmy, że zamiast karuzeli w szafce narożnej, gdzie zwykle trzyma się np garnki, zamontujemy półkę, bo i tak nie będzie funkcjonalna, ponieważ w szafce będą rury i syfon zlewozmywaka. Skoro półka ma być na poniedziałek, trzeba było jechać do IKEI. Ponieważ dzień już i tak spisany na straty zdecydowałyśmy jechać dziś, bo miałyśmy podwózkę. Miałyśmy 2 rzeczy do zwrotu,więc akurat.

Ze zwrotem poszło szybko, ponad 300 zł zwrócone na konto. Teraz to działu kuchennego aby powiedzieli nam gdzie szukać tych 2 półek, bo tuż przed wyjściem okazało się, że nie ma półki, na której będzie opierał się piekarnik [jak się okazało tych półek nie sprzedają w zestawie z szafką..]. Z wydrukowaną kartką przeszłyśmy przez całą IKEĘ do regałów, na których miałyśmy odnaleźć towar. Znalazłyśmy półkę do piekarnika, kierujemy się w stronę miejsca, gdzie powinna leżeć kolejna, a tu się okazuje, że głupia pipa na dziale kuchennym wpisała mi na kartkę karuzelę, której przecież nie chciałam, bo ją chwilę wcześniej zwróciłam! Nosz kurwa mać… No to idę z poworotem do działu kuchennego, daję jej kartkę, mówię  o pomyłce, ona coś tam zmieniła, wydrukowała, i mówi mi, że półka jest do odbioru w magazynie zewnętrznym 8 km od IKEI, za Łazami… Wkurzona podziękowałam, i kierując się w stronę kas szukam na tej kartce gdzie jest ten magazyn, bo oczywiście nie było napisane. Wróciłam, się to dopiero dostałam ulotkę z mapką – no bo przecież każdy powinien wiedzieć, gdzie jest rzeczony magazyn IKEI, prawda?!

Mąż mamy, który nas zawiózł samochodem, nie był zachwycony, że musimy jechać gdzieś dalej, bo w końcu są mecze, bo jest Euro… Ale pojechaliśmy. Trafiliśmy nawet bez GPSa. Na szczęście odebrałyśmy półkę w 2 minuty, i o 16.30 byłam w domu. Potem wywalanie pudeł po meblach, czyli gdzieś 3 kursy w te i z powrotem po schodach. Jeszcze okazało się, że nie mogę złożyć wniosku o dowód osobisty [13 lipca mija ważność obecnego dokumentu], a muszę złożyć go miesiąc przed upływem terminu, czyli w poniedziałek 13 czerwca. Możę i lepiej się stało, że będę musiała wziąć wolne..

Czy ja nie mogę przejść przez remont bezproblemowo? Najpierw pod górkę z remontem łazienki i spółdzielnią, a teraz to wszystko z kuchnią. No ale przynajmniej działa mi piekarnik, kuchenka i mikrofalówka.

Jutro nie robię nic! Leżę do góry kołami!!!

Ciężko zaczynam weekend

Piątek piątek weekendu początek,  ale nie dla mnie.
Wyszłam z pracy o 17.00 i pojechałam do domu spotkać się z mamą. Ok 18.00 wyszliśmy z domu i udaliśmy się do Agata Meble za pętlą tramwajową Okęcie. Meble do salonu miałam już wybrane od Kwietnia, ale pozostała nam kanapa. Jedna upatrzona już była ale jednak mama przekonywala żeby kupić jakąś inną. Były 2 faworyty, ale jedna okazała się za duża. Przy składaniu zamówienia na drugą okazało się że ponieważ oparcie jest przymocowane na stałe, kanapa w paczce będzie miała 86 cm, co oznacza,  że nie przejdzie przez drzwi,  które mają 80cm. Trudno.
Wyszliśmy ze sklepu o 20.00, Komfort obok też był już zamknięty,  a miałyśmy zobaczyć panele podłogowe. Mama umierala z głodu,  więc poszłyśmy do jedynego w okolicy otwartego miejsca z jedzeniem,  czyli do Burger Kinga. Znam Whoopera, Mama frytki i ruszyliśmy do Castoramy bo była po drodze i jeszcze otwarta. Paneli tam jak na lekarstwo niestety.
Do domu weszłam o 21.40.  Gdybym mogła to bym się wczolgała.. Padam na twarz. Chociaż meble zamówione (czas oczekiwania do 6 tygodni). Jutro trzeba niestety jechać szukać kanapy..

Kilka newsów po urlopie

W końcu po 9 dniach lenistwa przyszedł czas na powrót do pracy.
Oczywiście okazuje się, że była masa problemów, bo Szefowa czegoś ciągle chciała [witajcie w moim świecie!] i ciągle była niezadowolona [ponownie witajcie w moim świecie!]. Specjalnie zaplanowałam urlop na właśnie te konkretne dni, bo Szefowa miała być na urlopie, ale jak to z nią często bywa – w ostatniej chwili odwołała. Jak można się było tego domyślać nie obeszło się bez telefonów. Śmiać mi się chce, jak z jednej strony każdy pewnie twierdzi, że moja praca to nic skomplikowanego, ot umawianie spotkań i odbieranie telefonów [błąd, bo robię masę innych rzeczy, i jak się okazało wczoraj, dostanę kolejne obowiązki, ale to już inna bajka], a jak mnie nie ma, to wszyscy biegają w popłochu i nie wiedzą co robić. Oczywiście o stałej osobie, która by mnie zastępowała jakoś nikt nie chce pomyśleć, a przecież wszystko się może zdarzyć, szczególnie z powodu mojej choroby. Zawsze jak chcę iść na urlop, to wielki problem, bo kto mnie zastąpi. Mam nadzieję, że P, studentka zostanie na dłużej, i będę mogła ją wtajemniczyć w większą część obowiązków, niż tylko pisma i sprawy pocztowe. No ale zobaczymy.

Jak tak dalej pójdzie, to na prawdę będę musiała poprosić o podwyżkę. Bo mam coraz więcej rzeczy na głowie, nie jestem ju z dawno asystentką, a kasa od ponad 3 lat ta sama. Przykre to. Nie czuję się doceniona, bo ciągle wysłuchuję pretensji, nawet jeśli to nie jest moja wina. Wczoraj na przykład Szefowa rzuciła mi kluczyki na biurko o 11.30 i poprosiła o myjnię. Nie raz jej mówiłam, że najlepiej jakby zgłaszała mi takie rzeczy przynajmniej dzień wcześniej, to miałabym szansę ją wpisać na listę. Ale nie, ona chce teraz, już, a jak nietrudno się domyśleć, miejsc nie było aż do poniedziałku. Ale oczywiście skoro dyrektor chce, to musi to dostać. Udało mi się wybłagać, żeby kierowca pojechał autem na myjnię zewnętrzną. Ale ile się nasłuchałam, że to karygodne, że ona nie może umyć samochodu, tylko musi czekać, że kto tym zarządza itp – czy to jest moja wina? Czy ja za to odpowiadam??

Dziś rano udało mi się wysłać pocztą prawie wszystkie brakujące dokumenty do urzędu imigracyjnego. Wczoraj dostaliśmy podpisane imieniem i nazwiskiem Prezesa załączniki, które stanowiły główny brak formalny. Uff. Bez niego wniosek nie zacząłby się w ogóle procesować. Dodatkowo przesłałam 2 oryginalne brakujące dokumenty [któych nie wzięłam na spotkanie 6 maja…] i prawidłową umowę najmu [bo jak się okazało umowa użyczenia może być podpisana jedynie pomiędzy osobami spokrewnionymi…]. Wezwą nas pewnie do doręczenia [z 2 tyg terminem od dnia otrzymania wezwania] do dosłania RMUA za kwiecień, ale to pikuś. Najważniejszej już wysłane, bo oboje się denerwowaliśmy!

I ostatnio news tej notki – w poniedziałek 16 maja zaczynam kolejny remont, a właściwie 2, jeden po drugim – kuchni i salonu. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej jak pomyślę o tym syfie i pyle… Chcę, żeby już było po wszystkim! Kuchnia jest w opłakanym stanie, ostatni remont robiliśmy chyba 16 lat temu, pokój był malowany 3 lata temu, ale podłoga jest do wymiany, i ściany do malowania, bo znudził mi się już piaskowy i czekoladowy. Meble w salonie są z przypadku, „na chwilę”. Gdy mama wyprowadziła się do mieszkania, które wcześniej wynajmowała, zabrała swoje meble, a do mojego salonu wstawiliśmy te z kawalerki. Mam już jeden fajny zestaw na oku. W końcu będę miała gdzie zapraszać gości! 😀 Mam nadzieję, że przetrwam ten rozgardiasz. W weekend czeka mnie i J pakowanie kuchni i przygotowywanie wszystkiego do remontu. Na szczęście nie będziemy musieli się wyprowadzać, bo łazienka jest, woda bieżąca też. Obiady będziemy zamawiać, a inne posiłki można zrobić w mikrofali, tosterze, a herbatę ugotować w czajniku elektrycznym 😛

A i jeszcze ostatni news! J w końcu zaczyna dziś pracę 🙂

Uff. Dużo tego się nazbierało!

 

 

Urząd Imigracyjny

Byłam raz w urzędzie imigracyjnym, gdy załatwiałam pozwolenie o pracę w Grecji. Było dziwnie, pamiętam, że kazali mi się ustawić w kolejce z innymi ludźmi, w większości albsnczykami i czarnymi, u przechodzić do innych budynków a potem czekało się na swoją kolej.

W Polsce jest chyba bardziej cywilizowanie. Wysyłasz email, że chcesz złożyć aplikację. Urząd do Ciebie oddzwania i umawia na konkretny dzień i godzinę. Nasz dzień był dzisiaj o 14.40. Pojechaliśmy  na miejsce już wczoraj,  żeby się zorientować gdzie to jest, żeby nie szukać i nie tracić czasu. Dziś byliśmy na miejscu po 14.00. Zajęło mi chwilę żeby zorientować się co i jak,  czy brać numerek czy po prostu znaleźć pokój,  o którym mówiła mi Pani umawiajaca spotkanie. Na szczęście żadnych numerów,  byliśmy na liście. Usiedlismy i czekaliśmy na swoją kolej.

Udało nam się wejść wcześniej bo Pani,  która była umówiona przed nami przyszła z nie wypełnionym wnioskiem.

Na początku wszystko szło jak po maśle aż do momentu kiedy okazało się,  że załącznik do aplikacji jest błędnie podpisany,  pan Prezes firmy zatrudniające Jamesa podpisał się parafką zamiast imieniem i nazwiskiem. No po prostu bosko. Niestety bez tego dokumentu nie można zacząć procedowac wniosku. Ale jest to brak formalny, który musimy dostarczyć lub wysłać pocztą w ciągu 7 dni. Dodatkowo okazało się,  że zamiast oryginału jednego z dokumentów wzięłam kopie, i zapomniałam,  że James ma podpisane 2 kontrakty a nie jeden. Jak nie trudno się domyślić wzięłam tylko jeden. J był trochę zły,  ale powinien był sprawdzić. Ja zajęłam się wszystkim, więc on nie powinien mieć do mnie pretensji. Mylić się jest rzeczą ludzką. Na szczęście nie potrzebujemy tych  wszystkich dokumentów w ciągu 7 dni,  jak w przypadku załącznika, tylko możemy je dosłać później  oczywiście będziemy się starać wysłać wszystko ASAP. Już skontaktowalismy się z firmą i możliwe,  że będziemy mieli właściwy podpis już w poniedziałek.

Uff,  z problemami ale do przodu. Właśnie wróciłam z morele firmy,  bo potrzebowałam zrobić szybko xero kilku dokumentów, chwilę odpocznę i o 19.30 długo wyczekiwany Kapitan Ameryka :Civil War!

Zapisani!

Od kilku tygodni mówiłam Jamesowi żeby napisał do Urzędu ds. Cudzoziemców i umówił się na spotkanie w sprawie złożenia dokumentów. Po otrzymaniu maila urząd oddzwania i podaje wolny termin z uwzględnieniem daty upływu legalnego pobytu w Polsce. Oczywiście odkładał to w czasie jak tylko mógł, ale w końcu wysłał wczoraj. Podaliśmy również mój numer telefonu, na wypadek jakby osoba dzwoniąca nie mówiła po angielsku [w ogóle to chore jak ktoś, kto nie mówi po angielsku może pracować w takim miejscu jak Urząd ds. Cudzoziemców, gdzie na ogół przychodzą, jak sama nazwa wskazuje, CUDZOZIEMCY, raczej nie mówiący w naszym ojczystym języku…].  I dobrze, że o tym pomyślałam, bo by się nie dodzwonili…

Chwilę temu zadzwoniła do mnie pani, która powiedziała, że otrzymała maila z prośbą o umówienie spotkania, ale że Pan James nie odbiera telefonu, więc dzwoni do mnie. Powiedziała, że zapisuje obecne na czerwiec [a James może legalnie tu przebywać do 25 maja…], ale ma jeden wolny termin na 6 maja! Uff, całe szczęście, bo aż mi się słabo zrobiło, jak usłyszałam, że zapisy są dopiero na następny miesiąc!

Także wszystko do przodu 🙂 I tak planowałam wziąć kilka dni wolnego, żeby sobie przedłużyć Majówkę, więc super! Pojadę z nim, żeby mieć pewność, że wszystko gra, bo znając życie na pewno byłby jakiś problem. Dokumenty wszystkie mamy skompletowane, więc wszystko powinno pójść gładko 🙂

P.S. Nadal chora, zdycham i chcę do domu!

Zwolnienie

Ja to chyba jestem pierdolnięta, że dziś, mimo zwolnienia, pojechałam na chwilę [czyli prawie na 3 h…] do pracy. Powinnam mieć wyje..ne na wszystko jak co poniektórzy i po prostu pojechać do domu. Ale od początku.

Obudziłam się o 4 z powodu kaszlu. Przeziębienie trzymało mnie od zeszłego poniedziałku. Zaczęło się łagodnie, małym katarkiem. Brałam te wszystkie cuda na przeziębienie, niby przechodziło, aż tu w końcu w niedzielę mnie dopadło. Ledwo mogłam wstać z łóżka. W poniedziałek nadal czułam się marnie, ale na tyle dobrze, że wstałam i pojechałam do pracy. Szefowa coś mówiła, że powinnam iść na zwolnienie jak usłyszała mój głos, ale nie zajarzyła wtedy, że A od dziś na urlopie. Powiedziała, że coś pomyślimy, ale oczywiście przez cały dzień zajęta, i chyba zapomniała o mojej chorobie.

No i dziś nad ranem ten kaszel. Od razu zaczęłam myśleć, najpierw, że dziś to na pewno muszę iść do lekarza. Potem natłok myśli o wszystkich rzeczach, które muszę zrobić, a ponieważ pójdę na zwolnienie, to o tym, komu je przekazać. do 6.30 nie spałam, wstałam, ogarnęłam się i po 7.15 wyszłam. Do lecznicy, gdzie czasami chodzę miałam niedaleko. Mama mówiła mi, że jest dyżur lekarza internisty od 8, więc dobrze być przed 8. Pytam na recepcji. Pani zdziwiona, że u nich tylko na zapisy, że nie ma żadnego lekarza dyżurnego. Zdziwiona zapisałam się na pierwszy wolny termin, czyli na dziś na 11.30. Zadzwoniłam do mamy, i okazało się, że to nie ta lecznica. Obok jest jeszcze jedna. Byłam już na przystanku w drodze do pracy, ale stwierdziłam, że jest przed 8, połowy ludzi jeszcze nie będzie w biurze, a nie chce mi się czekać aż do 11.30. Zaryzykowałam i podeszłam to tej przychodni. Zapisałam się tam do lekarza rodzinnego i stanęłam w kolejce. Nie było źle, 7 osób przede mną, wyrobiłam się w godzinę. Na szczęście antybiotyk nie będzie potrzebny, dostałam jakieś leki na wirusa i zwolnienie do końca tygodnia.

Potem, jak już wspominałam, padło mi na mózg, i pojechałam do pracy. Powód był taki, że wiedziałam, że i tak będę musiała to wszystko tłumaczyć ludziom, więc szybciej będzie osobiście. Nie da się, aby zastępowała mnie jedna osoba. To właśni źle jest wina mojej szefowej – że nie ma wypracowanego modelu na to, kto może mnie zastąpić w nagłych sytuacjach. Szefowa powiedziała mi dziś „no jak to, przecież jak byłaś na wakacjach, to jakoś sekretariat działał”. Jasne, dział bo była J a potem A.Teraz A jest na urlopie, a poza nią nie ma nikogo, kto to ogarnia. Mogłaby teoretycznie dziewczyna z dz. Prawnego, ale no przecie nie tak z dnia na dzień, musiałoby to być ustalone z jej przełożoną.

Myślicie, że ktoś to docenił, że przyjechałam, mimo, że nie musiałam?? NIE. Nawet słowa podziękowania. Jeszcze usłyszałam, że trzeba było iść w zeszłym tygodniu na zwolnienie, jak była w pracy A. No pewnie, bo przecież teraz zrobiłam to specjalnie i poszłam na złość. Wtedy nie czułam się jeszcze na tyle źle, i mi przechodziło, więc chodziłam do pracy. W sumie zastąpi mnie z 4-5 osób w rożnych czynnościach. Może to będzie nauczką dla Marty, że musi być awaryjny plan B, bo ja nie jestem cyborgiem, mimo, że często staram się być. Szkoda tylko, że ciągle tylko pretensje i wymagania, i zero docenienia tego, co robię. J by olała sprawę [tak jak już nie raz było] i poszła na L4, a ja miałam takie poczucie obowiązku, żeby jeszcze przyjechać do pracy, spędzić tam 3h, zamiast mieć w d…ie.

James mi teraz pisze, że się źle czuje od kilku, i może przebookuje lot na weekend. Z tego co opisuje, to wygląda na somatyczną reakcję na stres. Od kilku dni ciągle mówił, że jest zestresowany. Nie wiem do końca czym, chyba całą tą przeprowadzką i lotem, i tym, jak to będzie. Może czuje, że to finalne, że to nie wyjazd na kilka dni, tylko „na zawsze”. Eh, musi się nauczyć walczyć ze stresem, bo jak tak dalej pójdzie, to będzie mu ciężko w życiu.

Idę chorować.

 

 

To był długi dzień

Za przebookowanie biletu zażyczyli sobie,  uwaga, 8000 zł. Rozważaliśmy więc zakup nowego biletu. Na szczęście mój [mam nadzieję,  że przyszły] teść zadzwonił do linii lotniczych, powiedział,  że to „visa issues” I załatwił przebookowanie biletu za free na dzisiaj na 13.15.
Wczoraj po pracy wróciłam do domu, musiałam spakować swoje rzeczy i zawieźliśmy walizkę do mojego remontowanego mieszkania. Zostawiliśmy ubrania, on z pustą walizką wrócił do mieszkania mamy,  a ja pojechałam do A wziąć jej komplet kluczy. Wszystko po to żeby mógł pojechać taksówką do domu, na wypadek gdybym była w pracy i nie mogła go odegrać z lotniska za 2 tyg,  gdy będzie wracał do Polski.

Na lotnisku byliśmy prawie 3 godziny przed odlotem, nawet jeszcze nie było podanych stanowisk do odprawy. Potem, prawie bez kolejki, odprawiliśmy się w automacie, a potem oddaliśmy bagaż. Gdy usiedliśmy, zaczęłam szukać na kartach pokładowych gate’u i czasu boardingu. Wtedy ze zdziwieniem zauważyłam, że wszystkie 3 boarding pass’y są identyczne. Poszliśmy się upewnić do stanowiska, gdzie odprawiali nasz lot, i faktycznie – Pan się pomylił i wydrukował 3 takie same karty, zamiast każdą na inny odcinek podróży. Całe szczęście, że to zauważyłam, bo mógłby mieć potem problem! Kontrola bezpieczeństwa też nie przeszła bez problemów, bo wyselekcjonowali go na robienie testów chemicznych. Podobno wybiórczo biorą próbki z ubrania i czasami bagażu podręcznego, i sprawdzają jakimś testem. Oczywiście niczego nie wykryli, ale ludzie w kolejce się niecierpliwili.

Napisał z Amsterdamu, że miał mały problem z datami pobytu i na kontroli paszportów się do tego przyczepili. Zapewnił funkcjonariusza, że wiedział o regulacjach Schengen i o 90 dniach pobytu bez wizy. Ton służbisty od razu złagodniał po tym, jak James powiedział, że dostał pracę w Polsce. Dowiedzieliśmy się za to, że przez kolejne 90 dni nie może nawet podróżować przez strefę Schengen. Okazuje się, że w Polsce to nie obowiązuje z uwagi na międzynarodowe umowy pomiędzy USA a Polską, i do naszego kraju może wjechać nawet po 24h spędzonych poza strefą Schengen. Oznacza to, że w drodze powrotnej będzie musiał lecieć przez UK [Londyn] lub inne państwo nienależące do strefy Schengen. W każdym kraju strefy Schengen obowiązuje inne prawo, więc przekraczając granicę innych państw niż Polska wcześniej niż po upływie kolejnych 3 miesięcy, byłby skazany na łaskę tychże państw, i najprawdopodobniej wysłany do najbliższego państwa spoza strefy Schengen, skąd mógłby podróżować do Polski.

Jestem wdzięczna losowi, że James sprawdził ponownie moje obliczenia, bo gdyby leciał jutro, tak jak planował, nie wiadomo, czy wypuściliby go z Polski, albo z Holandii… Bóg widocznie nad nami czuwa… Teraz jest w drodze do Atlanty, a potem do Philadelphii. Wyląduje ok 6 rano mojego czasu. Oby się wszystko udało. Mam nadzieję, że nie będzie problemów w drodze powrotnej, ale sądząc po informacji z urzędu imigracyjnego, jeśli poleci przez kraj spoza Schengen, to wpuszczą go do Polski.

Po tym, jak odwiozłam Jamesa na lotnisko, pojechałam do pracy. Nie, nie oszalałam. Wiem, że mam urlop, ale miałam w tym swój cel. Po pierwsze – zjeść pączka w Tłusty Czwartek, a po drugie zabrać rzeczy, które zamówiłam do pracy – toster, opiekacz i żelazko 😛 Dotarłam do mieszkania po 13.00 i przywiozłam Panom Robotnikom pączki. Łazienka już zaczyna wyglądać. Dziś kładli fugi, jutro montują sprzęty. Syf jest niesamowity, nie chcę nawet myśleć o sprzątaniu jutro i w weekend. W sobotę przyjeżdża rano ukrainka do sprzątania, bo ja sama jedna tego nie odgruzuję. Jutro już będę spała w domu, we własnym łóżku, ale niestety sama. Dziwnie tak, jak już się człowiek przyzwyczai, że ktoś leży obok..

Zawsze coś. Zawsze k… coś!

Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu – remont prawie skończony [planują skończyć w piątek], James leci do USA w piątek po rzeczy, i żeby przedłużyć legalny pobyt o kolejne 90 dni.. A tu się okazuje, że znowu coś… Zawsze kurwa coś!

Otóż wczoraj, jak poszłam już spać, nie wiedzieć czemu, James postanowił sprawdzić jeszcze raz kiedy upływa 90ty dzień jego pobytu w Polsce. No i nie chciało wyjść inaczej, jak to, że 90ty dzień upływa jutro, 4 lutego, a nie, jak obliczyliśmy, 5 lutego. Napisał do urzędu ds cudzoziemców, ale nie sądzę, żeby odpisali nam coś, co nam pomoże. Będzie trzeba przebookować bilet na jutro. Nosz k.. mać. Okazało się, że ja, liczac ilość dni, nie wliczyłam w tą liczbę dnia, w którym przyleciał. Nawet użyłam aplikacji dla pewności, ale zapewne była to apka do obliczania ilości dni administracyjnych, czyli np. odpowiedzi na pismo [wtedy zawsze zaczyna się liczyć od dnia następnego i nie wlicza się dnia, w którym otrzymano pismo].

James nie spał do 4, bo się denerwował.Obudziłam się o 3, ale nie chciał mi nic powiedzieć. Nie chciał mnie denerwować, i w sumie słusznie, bo pewnie nie mogłabym spać do rana. Napisał mi maila, którego przeczytałam o 7. Nadal nic nie wiadomo. James ma sprawdzać ceny. Jest jeszcze opcja, żeby leciał do UK albo do innego kraju poza strefą Schengen, ale chyba cena biletu będzie porównywalna do przebookowania, więc lepiej, żeby jednak poleciał do USA. Weźmie rzeczy, co wyjdzie taniej, niż wysyłanie pocztą/kurierem.

Trzymacie kciuki!