Kurtka

Idzie zima więc trzeba kupić nową kurtkę, bo stara się już wysłużyła. Już od listopada się rozglądam. Jedną nawet upatrzyłam w House, ale nie kpiłam [niestety]. Dziś i tak musiałam wstąpić do galerii handlowej do Carrefour’a więc przy okazji stwierdziłam, że popatrzę dookoła, czy jakaś fajna kurtka gdzieś nie wisi. Znalazłam jedną niezłą całkiem, ale głupia ja stwierdziłam, że sobie zadzwonię do matuli się poradzić, bo mi się te wszystkie kurtki wydają tak samo ciepłe jak ta, którą obecnie noszę. No więc mama stwierdziła, że ważne, żeby była dłuższa niż obecna i żeby można było coś pod spód założyć. I ok.

Myślę sobie szybko, że w takim razie pojadę do Złotych Tarasów po tą upatrzoną moją kurtkę, bo mi się najbardziej podoba. Mama na to że ona od babci będzie wracać, to się możę tam o 19 spotkamy. O ja głupia się zgodziłam…

Lecę z zakupami z Carrefour’a , mało się nie poślizgnę, do mojego autobusu 158, który stoi na przystanku, ale gdy jestem 3m od niego zamyka drzwi, rusza i odjeżdża… Nosz kurwa mać ja pierdolę – klnę sobie pod nosem, całkiem głośno. 18.20, następny autobus za 10min. No to drałuję na kolejny przystanek, bo może coś szybciej podjedzie. Oczywiście same nie moje, a o 18.29 przyjechalo 127 – czyli wyszłoby na to samo jeśli poczekałabym na 158… No ale nic, jadę. Wpadam do domu, zostawiam rzeczy, biegnę na tramwaj.

Matka do mnie dzwoni, że już jest, to mówię, że idę po nią, bo w podziemiach to się nigdy nie znajdziemy. Witamy się, na co ona mówi, że w podziemiach tu niedaleko jest taki sklep z kurtami, to może się przejdziemy. Jak niedaleko, to czemu nie, myślę sobie. Idziemy, matka chce iść dookoła Złotych bo tam ponoć jest to zejście do podziemi do tego sklepu. Mówię jej, że to nie tam, ale ta idzie. Dochodzimy do ślepej uliczki, a ta zdziwiona, i mówi aaa bo ja to tam szłam, na skos, jakbyśmy tam poszły, to już byśmy były. Nosz przecież ona prowadziła i nie słuchała moich sugestii… ok, zagryzam zęby, idziemy dalej. Mowie, chodź, możemy przejść przez halę dworca, będzie szybciej, ona, że nie, że ona nie chce, że jest na peronie i że ona już nie wie gdzie jest.. Boże jasny, przecież perony są pod nami, poza tym dojdziemy zaraz tam, gdzie mówiłaś, że jest to zejście. Idziemy. Ta zmienia kierunek, chodzimy w kółko, mnie już szlag trafia. Pytam: jesteś pewna, że to te podziemia, a nie te przy Metrze Centrum? Ona na to, no tak, przy metrze. No to jej 20 min tłumaczę, że to w takim razie nie te podziemia, bo one się nie łączą, i trzeba albo przejechać przystanek albo przejść przez Dworzec Śródmieście i na piechotę. To ta się upiera, że ona wie, że to tutaj, a potem znów słyszę, że to było jak „wysiadała z metra”…

Moja cierpliwość się wyczerpała. Mówię, że nie idę z nią na żadne zakupy do podziemi,  tylko, że była mowa, że ja jadę do sklepu, wchodzę, kupuję kurtkę i jadę do domu. Koniec. Ta do mnie co ze mnie za kobieta która nie lubi robić zakupów. A taka właśnie. Nienawidzę szukać, chodzić po sklepach, przymierzać. Nieeeee. Wchodzimy do House. Widzę, że nie ma mojej kurtki, ale szukam, może przewiesili. Ale widzę kilka modeli, które zmierzyłam z ciekawości, bo wiadomo, że jak się nie założy, to się nie wie jak będzie leżało. I pokazuję jej jeden z modeli, na co ona „tą szmatę mierzyłaś?? Nie szkoda Ci czasu było?” i stoi i nawija jakie tu są szmaty i brzydkie rzeczy, że wszystko takie samo w tych sieciówkach. Pytam skąd wie, skoro nawet nie widziała modelu, który mierzyłam? Jakby był taki sam jak reszta, to chyba nie jechałabym zrąbana po całym dniu pracy, i po zakupach, po taką samą jak wszędzie kurtkę. Jakby tak było, to kupiłabym dziś tą, którą widziałam i nie zawracała głowy… Wyszłyśmy. Próbowała mnie przekonać żebyśmy weszły do kilku sklepów, ale ja miałam dość. Najpierw tracenie czasu w podziemiach, potem jej komentarze w sklepie. Byłam zła, zmęczona i było mi gorąco. Pożegnałam się i pojechałam do domu.

Kurtki nadal brak…

Zagubiony bagaż

W południe „teściu” szczęśliwie i bezpiecznie wylądował na lotnisku Chopina. Bezpiecznie, lecz jak się okazało – bez bagażu. Gdy dotarłam do hotelu po pracy, udało nam się jedynie ustalić za pomocą aplikacji Delta, gdzie można śledzić bagaż, że jego walizki… są nadal w Atlancie! Czyli z tego wniosek, że z jakiegoś powodu nie załadowano ich do samolotu do Europy. Bosko. Hotel na szczęście jest bardzo pomocny, i jest w stałym kontakcie z lotniskiem, i jak tylko walizki będą do odbioru, dostarczą je na miejsce.

Pieprzone Mikołaje

Dzisiaj miała się odbyć ta znienawidzona przeze mnie pracowa Wigilia, którą, jak co roku, musiałam zorganizować. Wczoraj Szefowa oznajmiła, że nie o 15 ma wigilię u swojego dziecka w szkole, więc nie będzie jej na naszym spotkaniu o 16. Dlatego poprosiła aby zebrać wszystkich 15 min przed jej wyjściem, aby mogła złożyć życzenia. Potem powiedziała, jeszcze żeby w Wedlu może kupić „coś czekoladowego” [nie ma to jak być konkretnym!]. Stanęło na tym, że miała najprawdopodobniej załatwić to dziś po pracy, a jeśli nie, to poprosi mnie w czwartek.

Czwartek, godzina 12.55, robimy sobie z dziewczynami herbatę. D pyta mnie i co z tym Wedlem. Mówię, że chyba nic, bo Szefowa nic nie wspominała więc pewnie sama kupiła. W tym momencie dostałam SMS:

„Słuchaj, w pobliskim centrum handlowym jest Wedel, to kup pls jakąś czekoladową figurkę, dam Ci kasę”. Już jej odpisywałam, gdy wpadła do kuchni ze swoją kartą. Ja na to zdziwiona, że przecież spotkanie jest za 30 min, a ona „no i co? Zdążysz!” i wyszła.

Zaczęłam się ubierać, i dostałam kolejnego SMS od Szefowej, żebym pojechała z jednym z menadżerów samochodem. Zgarnęłam M i pojechaliśmy.

Mimo, że centrum handlowe jest blisko, to dojazd i znalezienie miejsca parkingowego zajęło nam trochę czasu – na pewno więcej, niż byśmy chcieli. Potem dojście do centrum z parkingu, znalezienie Wedla. Następnie, po obejrzeniu asortymentu, próbowaliśmy [tracąc cenny czas] dowiedzieć się od szefowej co konkretnie mamy kupić. Padło na Czekoladowe Mikołaje, których zakupiliśmy aż 9, po jednym dla każdego zespołu. Równo o 13.30 siedzieliśmy w samochodzie, i zadzwonił telefon. To menadżerka, pytała gdzie jesteśmy i kiedy będziemy. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że wyruszamy, i będziemy za 5, max 10 minut. Szefowa stała obok menadżerki i słyszałam jej niezadowolenie. Jasna cholera. Nie umiem się jeszcze teleportować, a gdyby nie pomoc M i jego auta, to zajęłoby mi to pewnie z 45 minut najmarniej, a miałam mniej niż 30. M jechał jak wariat, ja potem z tym biegłam na górę, szefowa to ode mnie odebrała w biegu. Ani be ani me, ani dziękuję – nic. Nie mogła mi rano wysłać SMS, tylko powiedziała mi 30 minut przed wydarzeniem… No comments.

Wieczorem poszłam do kina z A na Star Wars: Rogue One. Film fajny, z sensem, miło się oglądało. Uważam, że ep VII był lepszy, ale Rogue One bardzo dobrze łączy starą trylogię z nową i dobrze oddaje klimat uniwersum SW.

 

Ach te środy

Środy są ciężkie. W Środy nie ma P, bo ma zajęcia na studiach, przez co wszystko spada na moją głowę. Dodatkowo środy przed świętami są tym trudniejsze, że są przed świętami, a co za tym idzie jest o wiele więcej do zrobienia.

Praca w corpo mnie powoli wykańcza. Po 8 godzinach pisania maili, dzwonienia, grzebania w systemach i spełnianiu zachcianek szefowej czuję jakbym przerzuciła tonę węgla. W domu nadal bez zmian. Moje gadanie spełzło na niczym, ale przynajmniej poszedł spać przed 21 więc mam co najmniej 3 godziny spokoju przed snem.

I wróciła mi nadzieja w ludzkość troszeczkę. W internecie na prawdę można trafić na inteligentnych facetów, z którymi dobrze się rozmawia 🙂

Foch Panicza

Panicz [będę J nazywać Panicz, bo serio ostatnio tak właśnie się zachowuje!]..

Tak więc Panicz się znów o coś focha, a ja nie mam już do niego siły. Zmienność jego nastrojów jest nie do zniesienia. Łapię się na tym, że czasami na serio nie wiem co mogę powiedzieć, a co nie, żeby się nie obraził albo nie poczuł urażony. Oczywiście moje próby dowiedzenia się o co mu tak na prawdę chodzi, spełzły na niczym, bo on albo się nie odzywa, albo burknie jedno zdanie, które niczego nie wyjaśnia, i tyle. Ani prośbą ani groźbą. Czasami łaskawie odpisze, jak do niego wyślę wiadomość na Messangerze.

Strasznie mnie to irytuje, że on nie potrafi rozmawiać o sytuacjach trudnych Face to Face, tylko ja muszę czytać i odpisywać, zamiast iść do drugiego pokoju i pogadać. Nie da się. Pomijam już fakt, że (jak zawsze) odwraca kota ogonem – i to JA się kłócę, i JA jestem wszystkiemu winna, a nie on! Nigdy! Tylko problem polega na tym, że on  wymaga ode mnie, żebym szanowała jego potrzeby [w tym przypadku potrzebę, że musi być sam], podczas gdy on nie szanuje moich potrzeb – czyli chciałabym po prostu wiedzieć, o co poszło! A tak on zostawia mnie w środku czegoś, czego nie rozumiem, i czego sama się nie domyślę. On trzyma w ręku wszystkie karty i steruje sytuacją, a ja jestem zdana na jego łaskę – albo mnie oświeci, albo nie – a jeśli nie, to oczywiście ja próbuję sama do tego dojść, ale jak się nietrudno domyśleć, bezskutecznie! Czy to jest sprawiedliwe?! NIE.

Idę po pracy z dziewczynami na drinka. Z jednej strony mi się nie chce, z drugiej, jeśli J nie pamięta, że idę dziś po pracy do drink baru, to może się pomartwi czemu mnie tak długo nie ma.

Przynajmniej dostałam mały prezent od losu – Szefowa chora i jej dziś nie ma. Rano była trochę aktywna, ale na szczęście potem umilkła. Jeszcze telefon z dobrymi wiadomościami w sprawie pracy by się przydał.. No nic, może zadzwonią jutro..

Bad Independance Day…

Uwaga, będę się wyładować…

Nikt nie działa mi na nerwy tak jak moja matka. Od wtorku są u Nas rodzice Jamesa, a Moja matka chce po pierwsze, żebym codziennie zdawała jej relacje co robiliśmy, a po drugie oczekuje, że mam zaplanowaną każdą minutę ich pobytu. Otóż nie mam, i nie raz jej już to mówiłam. Jedyne co musiałam zaplanować dokładnie to nasz pobyt w Krakowie, z którego wróciliśmy wczoraj, padnięci jak muchy. Podczas naszego pobytu albo męczyła mnie o zdjęcia, które chciała dostać natychmiast, albo zadawała tony pytań, na które nie miałam ani czasu ani ochoty odpowiadać. Czy ona nie może zrozumieć, że ja czasami nie chcę rozmawiać? Nie tylko z nią, ale tak w ogóle? Po prostu nie? Ona oczekuje ode mnie, że będę się zachowywać tak, jak ona sobie tego życzy, albo tak, jak ona by się zachowała w danej sytuacji. Myślę, że tu tkwi problem. Jestem introwertykiem, ona, moim zdaniem, ekstrawertykiem, i tu właśnie do siebie nie pasujemy.

Dzisiaj w ogóle jest jakiś pechowy dzień dla matek, bo najpierw mama Jamesa zostawiła w taksówce torebkę z telefonem jak jechali do nas na kolację, a potem powiedziała coś, co zdenerwowało Jamesa, że ten aż wyszedł. Ona się popłakała i pojechali z ojcem do hotelu.

No i na dokładkę tego wszystkiego jeszcze moja mama mi dołożyła swoim fochem na koniec…

Kraków

Wróciliśmy z Krakowa ledwo żywi, mimo, że mój pierwotny plan został nieco zmodyfikowany i złagodzony.

Rodzice przylecieli we wtorek o 13, a w środę o 7.50 byliśmy już w Pendolino do Krakowa. Pierwsza w planie była Wieliczka, ale ponieważ Mama Jamesa ma klaustrofobię, zdecydowaliśmy się wykreślić ten punkt z agendy. Nawet lepiej się stało, bo mieliśmy więcej czasu na Wawel – inaczej nie dalibyśmy rady.

Po zameldowaniu się w hotelu pojechaliśmy na Rynek Starego Miasta. Na szczęście nie padało, ale było zimno i mgliście. Kościół Mariacki, Sukiennice, a potem Wawel. Bilety, podobnie jak w Warszawie, w listopadzie – za darmo. Musieliśmy poczekać ok 40min na naszą kolej. Zamek się podobał, chociaż ja osobiście bardziej lubię Nasz, w Warszawie.
Na obiad poszliśmy do Miód Malina. Tata zjadł placki ziemniaczane, J jagnięcinę a mama smażony oscypek, bo nie była głodna [!!!]. Smakowało.

Powłóczyliśmy się trochę po sklepach, żeby nie zamarznąć, w oczekiwaniu na mojego dobrego kolegę, z którym mieliśmy się spotkać. Dojechał przed 18.00, znaleźliśmy lokum i przy herbacie i gorącej czekoladzie miło spędziliśmy czas. Zmęczenie jednak dało nam się we znaki, i o 20.00 byliśmy już w hotelu.

Następnego dnia po śniadaniu szybko na dworzec autobusowy i wyprawa do Auschwitz. Mieliśmy świetnego przewodnika. Było zabawnie, bo mama Jamesa ciągle była tuż obok niego [przynajmniej nie musieliśmy się martwić, że j ą zgubimy w tłumie 😀 ] i zadawała przeróżne pytania. Zapowiadali deszcz, ale znów mieliśmy szczęście i nie padało.

Droga powrotna niestety zajęła nam prawie 2,5h, po pierwsze dlatego, że autobus którym wracaliśmy tym razem kluczył po Krakowie, i zanim przebiliśmy się przez korki, spowodowane długim weekendem 11 listopada, to trochę potrwało.

Potem mieliśmy jeszcze tylko czas na złapanie taksówki do hotelu, zabranie bagaży, powrót na dworzec, zjedzenie pizzy i w końcu wsiedliśmy do pociągu do Warszawy.

Jutro będziemy odpoczywać!

Warcraft

Po nerwowym tygodniu przyszedł weekend i czas na kino. Wybraliśmy się w końcu na Warcraft’a. Jako nerd i fan gier Blizzarda był to dla nas tytuł obowiązkowy. Grałam jedynie w Warctaft III daaawno temu, ale wiedziałam co nieco. Nie wiem jak oceniają film laicy [pewnie jako bajeczka fantazy] ale dla fana jest to świetne przeżycie!

Doskonałe CGI [szczególnie oczy, bardzo ludzkie]. Świetna obsada, lubiłam dosłownie każdego bohatera. Poczucie humoru jest, ale bez przesady, ale to dobrze. Historia bardzo mnie wciągnęła  – do tego stopnia, że od momentu wyjścia z kina przegadaliśmy co najmniej godzinę z J, który wyjaśniał mi to wszystko, co było w grach, a nie znalazło się w filmie. Mam nadzieję, że będą kręcić dalsze części i nie rozumiem czemu film w USA spotkał się z tak wielką krytyką..

Generalnie polecam! 🙂

Apokalipsa, i to nie tylko w kinie

Ponieważ wczorajsza misja „Kanapa Narożna” zakończyła się niepowodzeniem, dziś podejście numer 2. Ponieważ dla Jamesa ważne jest, by kanapa była wygodna, zaproponowałam, żeby pojechał ze mną i mamą i pomógł nam wybrać. Mówiłam, żeby nie siedział długo, oczywiście położył się spać po 5… Rano jakoś go obudziłam, ale był nie w sosie cały dzień, no ale pojechał z nami.

Ja nie spałam już od 7.30, bo obudziło mnie wiercenie. Na wpół śpiąca na wpół przytomna zaczęłam się zastanawiać czy już jestem tak przejęta remontem, że nawet śnię o wiertłach? Po chwili usłyszałam głosy w kuchni, a zaraz potem ściana zaczęła się trząść od wiercenia. Okazało się, że moi robotnicy przyszli do pracy w sobotę… Chwali się, chwali, ale szkoda, że o tym nie wiedziałam, bo wtedy poszłabym spać dużo wcześniej.. No ale wracając:

Najpierw Mama zarządziła aby pojechać na Łopuszańską do Mega Meble. Sklep mieści się w starym piętrowym budynku. Zaraz po wejściu przywitały nas meble rodem z epoki Henryka XVI. Nie wiem kto w dzisiejszych czasach kupuje narożnik obity atłasem i wyglądający jak z muzeum. Na szczęście normalne meble były za rogiem, ale nic specjalnego. Albo nieładne, albo podobne do tych z wczoraj, a 2 razy droższe [ i i tak za duże!]. Jadąc do Mega Meble przystanek wcześniej widziałam wielki sklep BRW, więc zdecydowaliśmy się tam przejść [było na tyle blisko, że nie opłacało się brać autobusu].

Na parterze stało kilka kanap, spodobała nam się jedna z nich, ale postanowiliśmy pojechać na górę, zobaczyć resztę i najwyżej wrócić. Kupowanie kanapy jest męczące, głownie dlatego, że na każdej trzeba usiąść potem wstać i znów usiąść i tak w kółko. W końcu znaleźliśmy brązową kanapę, która była i dobrej wielkości i była wygodna. Oczywiście chcieliśmy zmienić obicie, ale najpierw postanowiliśmy wrócić na dół i pomyśleć nad kanapą numer 1. Okazało się, że to ten sam model 😀 Jamesowi nie podobał się szary kolor więc wróciliśmy na górę, żeby zamówić obicie. Wybraliśmy jasno turkusowe, żeby pasowało do turkusowej ściany. Mama próbowała przez 20 min przewalczyć ciemniejszy odcień, ale przegrała. Na dole były lampy, i nareszcie udało mi się znaleźć fajną wiszącą w kolorze limonki, więc idealną, bo w tym kolorze będzie większość dodatków.

Obok BRW była Castorama.Na szczęście w tej było więcej paneli do wyboru, więc w końcu zamówiłyśmy podłogę. Mission more then accomplished! WRóciliśmy do domu przed 16.00, przebraliśmy się i na 17.00 do Złotych Tarasów do kina na X-Men Apokalipsa. Mimo zmęczenia nie zasnęliśmy, bo film był bardzo fajny 🙂

Cieszę się, że tyle udało nam się dziś załatwić, jutro nareszcie mogę się wyspać!

Zmęczona jak koń po Westernie.

Wczorajszy dzień był bardzo absorbujący.

Po pracy udałam się do OBI, gdzie miałam spotkać się z mamą. Ledwo dogoniłam pociąg. Słońce, upał i ciężka torba nie ułatwiły sprawy. Na miejscu byłam około 17.30. W sklepie spędziłyśmy 2 godziny, ale przynajmniej owocnie: zdecydowałyśmy ostatecznie, że pomiędzy szafkami, a blatem w kuchni będą turkusowe płytki, bo żadne się do nich nie umywały, poza tym rozweselą trochę białe szafki i szare ściany. Wybrałyśmy też odpowiedni kolor blatów i podłogi. Potem farby, mamy kilka na oku, ale z tym nie będzie problemu. Jedyny zakup to 15m tektury do zabezpieczenia przedpokoju, które musiałam przytachać do domu. Mama dodatkowo dała mi jeszcze reklamówkę z ciuchami, które dla mnie kupiła.

Dotarłam ledwo żywa do domu, zaczęłam zmywać makijaż, a tu dzwonek do drzwi. Otwieram drzwi [z jednym zmytym okiem…] a tu N z synkiem. Dziś rano polecieli całą rodziną do Francji do siostry w odwiedziny, więc nocowali u mamy N na górze. Posiedziała z 30 min, a ja wróciłam do zmywania make upu, umyłam głowę, zrobiłam jedzenie. Potem zmyłam naczynia, rozpakowałam ciuchy od mamy, wysuszyłąm głowę, i… w końcu usiadłam!

O 23.30 J wrócił z pracy. Pogadaliśmy trochę, bo byłam bardzo ciekawa. Jest wiele rzeczy, o których nie może ze mną rozmawiać, bo zabrania mu tego umowa o poufności, ale wiem, że w teamie ma samych obcokrajowców: 3 Włochów, 1 Francuza, 1 Niemca, i ponoć będą jeszcze 2 osoby mówiące po angielsku. Ponieważ zasady są tam tak restrykcyjne, telefony i cała elektronika musi być zostawiona przed wejściem, i tylko w czasie przerw w social roomie można z nich korzystać. Wczoraj James w ogóle nie skorzystał z tego przywileju, więc siedziałam jak na szpilkach, bo nie wiedziałam, czy jest tak fajnie, że się nie odzywa, czy tak beznadziejnie. Ale generalnie pierwsze wrażenie miał pozytywne.

Mimo, że dziś piątek, nie zapowiada mi się weekend, w trakcie którego odpocznę. Jutro muszę jechać do IKEI zamówić meble. Miałam jechać w niedzielę, ale okazuje się, że są Zielone Świątki [wtf…], i IKEA będzie na pewno nieczynna. W tym czasie J będzie miał zadanie bojowe opróżnienia salonu i przeniesienia swoich rzeczy do naszego pokoju, bo w niedzielę przyjeżdża znajomy zabrać meble. W niedzielę czeka nas opróżnianie kuchni [a ja nadal nie mam kartonów, poza jednym jedynym, który udało mi się znaleźć  w pracy…] i zabezpieczanie fiolą drzwi i przedpokoju. Fun…