I już u Dyrektora Generalnego…

W piątek, gdy już zakładałam kurtkę z zamiarem udania się do domu, nasz CEO wyjrzał ze swojego przeszklonego tymczasowego gabinetu i poprosił, żebym na chwilę do niego weszła. Zdziwiłam się. Myślę sobie – czyżbym coś przeskrobała? Zdjęłam kurtkę i weszłam do pokoju.

CEO powiedział, że wie, że nie ma czasu ostatnio nawet ze mną pogadać, a przecież jestem już tutaj 3 tygodnie. I dlatego poprosił, żebym z jego asystentką ustaliła jakieś 30 min w przyszłym tyg na spotkanie ze mną, bo chciałby się dowiedzieć jak mi się pracuje i że mój feedback jest dla niego bardzo ważny..

Tak więc własnie 10 min temu wyszłam z jego gabinetu. Pytał jakie są moje wrażenia, czy mi się dobrze pracuje, jakie są różnice pomiędzy pracą tutaj a pracą w corpo. Potem zeszliśmy na temat nowych technologii, gier komputerowych i Netflixa…

What can I say?! Świetny człowiek. W życiu nie pomyślałabym, że spotkanie u Generalnego może być czymś innym niż opierdolem [zważywszy na moje doświadczenia z poprzednią Szefową]. Mało tego! On każdego dnia po przyjściu do pracy robi rundkę po biurze, i z uśmiechem z każdym się wita! Wygląda na to, że w końcu trafiłam do firmy z ludzkim podejściem do pracownika. 🙂

Launch

Jak już pisałam w zeszłym tygodniu, dzisiaj i jutro mamy Launch nowego leku kardiologicznego.

Zgodnie z wytycznymi od W, mojego szefa, stawiłam się rano o 9.00 w hotelu [który jest 2 kroki od mojego domu :)]. Na razie nie mogę jeszcze za dużo powiedzieć o firmie i ludziach, bo dopiero wszystkich poznaję, ale mogę już powiedzieć, że lubię W. Sympatyczny Product Manager 🙂

Tak więc stawiłam się o 9.00. Jedyne, co musiałam zrobić to dopilnować wydrukowania agendy. Załatwiłam to w 5 min, i do 10.00 w sumie siedziałam bezczynnie, bo W dojechał dopiero po 10.00. Chwilę przed tym przyjechała ścianka i roll upy, więc zajęłam się jeszcze znajdowaniem ludzi, którzy to poskładają 😀

O 11.00 wszystko się rozpoczęło. Nasz Generalny rozpoczął, i przedstawił mnie wszystkim zebranym kierownikom regionalnym i przedstawicielom. Wstałam, pouśmiechałam się, dostałam gromkie brawa. Potem rozpoczął się wykład medyczny a następnie marketingowy. Plus posiadania dostępu do poczty służbowej na telefonie jest taki, że jesteś na bieżąco, a minus – że widzisz ile rzeczy musisz zrobić, a nie możesz ogarnąć tego na telefonie. Dlatego podjęłam decyzję, aby po przerwie na lunch pojechać do biura po laptopa. I to była doskonała decyzja, bo ogarnęłam sporo tematów leżących u mnie na mailu od zeszłego tygodnia.

Po skończonym spotkaniu miały odbyć się wykłady z profesorami, o zgrozo, do 19.00. Na szczęście W się zlitował i puścił mnie do domu. Jakaś zmęczona się czułam więc całe szczęście. Tym bardziej, że niestety musiałam się pojawić na wieczornej kolacji. No przecież w końcu na tą okazję kupiłam kieckę!

W hotelu byłam o 20.00, a tam nikogo nie ma – nadal przygotowywali salę. Okazało się, że kolacja się przesunęła na 20.30, no ale nic, posiedziałam sobie przed salą i pogrzebałam w telefonie. Powoli ludzie zaczęli się schodzić. Niektórych przedstawicieli już znałam, niektórych nie. Gdy już weszliśmy do sali, kilka osób zaczęło ze mną rozmawiać, poznałam kilku kierowników. Przed 21 usiedliśmy do stołu, no i wiadomo, na początku trochę sztywno było. Ja nikogo nie znałam, bo D się źle poczuła i została w domu.  Ale na szczęście po kolacji było fajnie. Każdy zespół [ja zostałam dołączona do grupy „biurowej”] dostawał plik sztucznej kasy i mieliśmy za zadanie pomnożyć tą kasę w… Kasynie! 😀

Ponieważ w Pokera za bardzo grać nie umiem, to głównie stałam przy ruletce, na zmianę z kimś z mojego zespołu. Raz wygrywaliśmy, raz przegrywaliśmy. Ale było na prawdę fajnie, i wyszłam do domu po 23.00. Przynajmniej będę spać jak zabita!

Ostatnia…

…  podróż autobusem
ostatnie odbicie się kartą na bramkach
ostatnie parzenie kawy
ostatnie rozmowy w kuchni
ostatnie uściski i uśmiechy
ostatnie kwiaty
ostatnie sprawy do załatwienia
ostatnie maile
ostatnie parzenie kawy dla Szefowej
ostatnie kupowanie jej lunchu.

Za niektórymi będę tęsknić, za niektórymi wcale.
Dotychczasowych obowiązków nie będzie mi na pewno brakowało.

Miało nie być pożegnania, ale jednak było. Dostałam zegarek i bukiet kwiatów. Było ciasto. Były uściski, życzenia powodzenia, a nawet łzy.

Rano wysłałam maila pożegnalnego. Bardzo miłe były niektóre odpowiedzi – że będzie im mnie brakowało, że jestem ogarnięta, inteligentna, że dobrze się ze mną współpracuje. Fajnie taki feedback dostać, szczególnie, jak słyszało się od Szefowej, że „ludzie mają złe zdanie o naszym dziale z mojej winy!”.

Koniec Korpo Szczura!

Kurtka

Idzie zima więc trzeba kupić nową kurtkę, bo stara się już wysłużyła. Już od listopada się rozglądam. Jedną nawet upatrzyłam w House, ale nie kpiłam [niestety]. Dziś i tak musiałam wstąpić do galerii handlowej do Carrefour’a więc przy okazji stwierdziłam, że popatrzę dookoła, czy jakaś fajna kurtka gdzieś nie wisi. Znalazłam jedną niezłą całkiem, ale głupia ja stwierdziłam, że sobie zadzwonię do matuli się poradzić, bo mi się te wszystkie kurtki wydają tak samo ciepłe jak ta, którą obecnie noszę. No więc mama stwierdziła, że ważne, żeby była dłuższa niż obecna i żeby można było coś pod spód założyć. I ok.

Myślę sobie szybko, że w takim razie pojadę do Złotych Tarasów po tą upatrzoną moją kurtkę, bo mi się najbardziej podoba. Mama na to że ona od babci będzie wracać, to się możę tam o 19 spotkamy. O ja głupia się zgodziłam…

Lecę z zakupami z Carrefour’a , mało się nie poślizgnę, do mojego autobusu 158, który stoi na przystanku, ale gdy jestem 3m od niego zamyka drzwi, rusza i odjeżdża… Nosz kurwa mać ja pierdolę – klnę sobie pod nosem, całkiem głośno. 18.20, następny autobus za 10min. No to drałuję na kolejny przystanek, bo może coś szybciej podjedzie. Oczywiście same nie moje, a o 18.29 przyjechalo 127 – czyli wyszłoby na to samo jeśli poczekałabym na 158… No ale nic, jadę. Wpadam do domu, zostawiam rzeczy, biegnę na tramwaj.

Matka do mnie dzwoni, że już jest, to mówię, że idę po nią, bo w podziemiach to się nigdy nie znajdziemy. Witamy się, na co ona mówi, że w podziemiach tu niedaleko jest taki sklep z kurtami, to może się przejdziemy. Jak niedaleko, to czemu nie, myślę sobie. Idziemy, matka chce iść dookoła Złotych bo tam ponoć jest to zejście do podziemi do tego sklepu. Mówię jej, że to nie tam, ale ta idzie. Dochodzimy do ślepej uliczki, a ta zdziwiona, i mówi aaa bo ja to tam szłam, na skos, jakbyśmy tam poszły, to już byśmy były. Nosz przecież ona prowadziła i nie słuchała moich sugestii… ok, zagryzam zęby, idziemy dalej. Mowie, chodź, możemy przejść przez halę dworca, będzie szybciej, ona, że nie, że ona nie chce, że jest na peronie i że ona już nie wie gdzie jest.. Boże jasny, przecież perony są pod nami, poza tym dojdziemy zaraz tam, gdzie mówiłaś, że jest to zejście. Idziemy. Ta zmienia kierunek, chodzimy w kółko, mnie już szlag trafia. Pytam: jesteś pewna, że to te podziemia, a nie te przy Metrze Centrum? Ona na to, no tak, przy metrze. No to jej 20 min tłumaczę, że to w takim razie nie te podziemia, bo one się nie łączą, i trzeba albo przejechać przystanek albo przejść przez Dworzec Śródmieście i na piechotę. To ta się upiera, że ona wie, że to tutaj, a potem znów słyszę, że to było jak „wysiadała z metra”…

Moja cierpliwość się wyczerpała. Mówię, że nie idę z nią na żadne zakupy do podziemi,  tylko, że była mowa, że ja jadę do sklepu, wchodzę, kupuję kurtkę i jadę do domu. Koniec. Ta do mnie co ze mnie za kobieta która nie lubi robić zakupów. A taka właśnie. Nienawidzę szukać, chodzić po sklepach, przymierzać. Nieeeee. Wchodzimy do House. Widzę, że nie ma mojej kurtki, ale szukam, może przewiesili. Ale widzę kilka modeli, które zmierzyłam z ciekawości, bo wiadomo, że jak się nie założy, to się nie wie jak będzie leżało. I pokazuję jej jeden z modeli, na co ona „tą szmatę mierzyłaś?? Nie szkoda Ci czasu było?” i stoi i nawija jakie tu są szmaty i brzydkie rzeczy, że wszystko takie samo w tych sieciówkach. Pytam skąd wie, skoro nawet nie widziała modelu, który mierzyłam? Jakby był taki sam jak reszta, to chyba nie jechałabym zrąbana po całym dniu pracy, i po zakupach, po taką samą jak wszędzie kurtkę. Jakby tak było, to kupiłabym dziś tą, którą widziałam i nie zawracała głowy… Wyszłyśmy. Próbowała mnie przekonać żebyśmy weszły do kilku sklepów, ale ja miałam dość. Najpierw tracenie czasu w podziemiach, potem jej komentarze w sklepie. Byłam zła, zmęczona i było mi gorąco. Pożegnałam się i pojechałam do domu.

Kurtki nadal brak…

Zagubiony bagaż

W południe „teściu” szczęśliwie i bezpiecznie wylądował na lotnisku Chopina. Bezpiecznie, lecz jak się okazało – bez bagażu. Gdy dotarłam do hotelu po pracy, udało nam się jedynie ustalić za pomocą aplikacji Delta, gdzie można śledzić bagaż, że jego walizki… są nadal w Atlancie! Czyli z tego wniosek, że z jakiegoś powodu nie załadowano ich do samolotu do Europy. Bosko. Hotel na szczęście jest bardzo pomocny, i jest w stałym kontakcie z lotniskiem, i jak tylko walizki będą do odbioru, dostarczą je na miejsce.

Pieprzone Mikołaje

Dzisiaj miała się odbyć ta znienawidzona przeze mnie pracowa Wigilia, którą, jak co roku, musiałam zorganizować. Wczoraj Szefowa oznajmiła, że nie o 15 ma wigilię u swojego dziecka w szkole, więc nie będzie jej na naszym spotkaniu o 16. Dlatego poprosiła aby zebrać wszystkich 15 min przed jej wyjściem, aby mogła złożyć życzenia. Potem powiedziała, jeszcze żeby w Wedlu może kupić „coś czekoladowego” [nie ma to jak być konkretnym!]. Stanęło na tym, że miała najprawdopodobniej załatwić to dziś po pracy, a jeśli nie, to poprosi mnie w czwartek.

Czwartek, godzina 12.55, robimy sobie z dziewczynami herbatę. D pyta mnie i co z tym Wedlem. Mówię, że chyba nic, bo Szefowa nic nie wspominała więc pewnie sama kupiła. W tym momencie dostałam SMS:

„Słuchaj, w pobliskim centrum handlowym jest Wedel, to kup pls jakąś czekoladową figurkę, dam Ci kasę”. Już jej odpisywałam, gdy wpadła do kuchni ze swoją kartą. Ja na to zdziwiona, że przecież spotkanie jest za 30 min, a ona „no i co? Zdążysz!” i wyszła.

Zaczęłam się ubierać, i dostałam kolejnego SMS od Szefowej, żebym pojechała z jednym z menadżerów samochodem. Zgarnęłam M i pojechaliśmy.

Mimo, że centrum handlowe jest blisko, to dojazd i znalezienie miejsca parkingowego zajęło nam trochę czasu – na pewno więcej, niż byśmy chcieli. Potem dojście do centrum z parkingu, znalezienie Wedla. Następnie, po obejrzeniu asortymentu, próbowaliśmy [tracąc cenny czas] dowiedzieć się od szefowej co konkretnie mamy kupić. Padło na Czekoladowe Mikołaje, których zakupiliśmy aż 9, po jednym dla każdego zespołu. Równo o 13.30 siedzieliśmy w samochodzie, i zadzwonił telefon. To menadżerka, pytała gdzie jesteśmy i kiedy będziemy. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że wyruszamy, i będziemy za 5, max 10 minut. Szefowa stała obok menadżerki i słyszałam jej niezadowolenie. Jasna cholera. Nie umiem się jeszcze teleportować, a gdyby nie pomoc M i jego auta, to zajęłoby mi to pewnie z 45 minut najmarniej, a miałam mniej niż 30. M jechał jak wariat, ja potem z tym biegłam na górę, szefowa to ode mnie odebrała w biegu. Ani be ani me, ani dziękuję – nic. Nie mogła mi rano wysłać SMS, tylko powiedziała mi 30 minut przed wydarzeniem… No comments.

Wieczorem poszłam do kina z A na Star Wars: Rogue One. Film fajny, z sensem, miło się oglądało. Uważam, że ep VII był lepszy, ale Rogue One bardzo dobrze łączy starą trylogię z nową i dobrze oddaje klimat uniwersum SW.

 

Ach te środy

Środy są ciężkie. W Środy nie ma P, bo ma zajęcia na studiach, przez co wszystko spada na moją głowę. Dodatkowo środy przed świętami są tym trudniejsze, że są przed świętami, a co za tym idzie jest o wiele więcej do zrobienia.

Praca w corpo mnie powoli wykańcza. Po 8 godzinach pisania maili, dzwonienia, grzebania w systemach i spełnianiu zachcianek szefowej czuję jakbym przerzuciła tonę węgla. W domu nadal bez zmian. Moje gadanie spełzło na niczym, ale przynajmniej poszedł spać przed 21 więc mam co najmniej 3 godziny spokoju przed snem.

I wróciła mi nadzieja w ludzkość troszeczkę. W internecie na prawdę można trafić na inteligentnych facetów, z którymi dobrze się rozmawia 🙂

Foch Panicza

Panicz [będę J nazywać Panicz, bo serio ostatnio tak właśnie się zachowuje!]..

Tak więc Panicz się znów o coś focha, a ja nie mam już do niego siły. Zmienność jego nastrojów jest nie do zniesienia. Łapię się na tym, że czasami na serio nie wiem co mogę powiedzieć, a co nie, żeby się nie obraził albo nie poczuł urażony. Oczywiście moje próby dowiedzenia się o co mu tak na prawdę chodzi, spełzły na niczym, bo on albo się nie odzywa, albo burknie jedno zdanie, które niczego nie wyjaśnia, i tyle. Ani prośbą ani groźbą. Czasami łaskawie odpisze, jak do niego wyślę wiadomość na Messangerze.

Strasznie mnie to irytuje, że on nie potrafi rozmawiać o sytuacjach trudnych Face to Face, tylko ja muszę czytać i odpisywać, zamiast iść do drugiego pokoju i pogadać. Nie da się. Pomijam już fakt, że (jak zawsze) odwraca kota ogonem – i to JA się kłócę, i JA jestem wszystkiemu winna, a nie on! Nigdy! Tylko problem polega na tym, że on  wymaga ode mnie, żebym szanowała jego potrzeby [w tym przypadku potrzebę, że musi być sam], podczas gdy on nie szanuje moich potrzeb – czyli chciałabym po prostu wiedzieć, o co poszło! A tak on zostawia mnie w środku czegoś, czego nie rozumiem, i czego sama się nie domyślę. On trzyma w ręku wszystkie karty i steruje sytuacją, a ja jestem zdana na jego łaskę – albo mnie oświeci, albo nie – a jeśli nie, to oczywiście ja próbuję sama do tego dojść, ale jak się nietrudno domyśleć, bezskutecznie! Czy to jest sprawiedliwe?! NIE.

Idę po pracy z dziewczynami na drinka. Z jednej strony mi się nie chce, z drugiej, jeśli J nie pamięta, że idę dziś po pracy do drink baru, to może się pomartwi czemu mnie tak długo nie ma.

Przynajmniej dostałam mały prezent od losu – Szefowa chora i jej dziś nie ma. Rano była trochę aktywna, ale na szczęście potem umilkła. Jeszcze telefon z dobrymi wiadomościami w sprawie pracy by się przydał.. No nic, może zadzwonią jutro..

Bad Independance Day…

Uwaga, będę się wyładować…

Nikt nie działa mi na nerwy tak jak moja matka. Od wtorku są u Nas rodzice Jamesa, a Moja matka chce po pierwsze, żebym codziennie zdawała jej relacje co robiliśmy, a po drugie oczekuje, że mam zaplanowaną każdą minutę ich pobytu. Otóż nie mam, i nie raz jej już to mówiłam. Jedyne co musiałam zaplanować dokładnie to nasz pobyt w Krakowie, z którego wróciliśmy wczoraj, padnięci jak muchy. Podczas naszego pobytu albo męczyła mnie o zdjęcia, które chciała dostać natychmiast, albo zadawała tony pytań, na które nie miałam ani czasu ani ochoty odpowiadać. Czy ona nie może zrozumieć, że ja czasami nie chcę rozmawiać? Nie tylko z nią, ale tak w ogóle? Po prostu nie? Ona oczekuje ode mnie, że będę się zachowywać tak, jak ona sobie tego życzy, albo tak, jak ona by się zachowała w danej sytuacji. Myślę, że tu tkwi problem. Jestem introwertykiem, ona, moim zdaniem, ekstrawertykiem, i tu właśnie do siebie nie pasujemy.

Dzisiaj w ogóle jest jakiś pechowy dzień dla matek, bo najpierw mama Jamesa zostawiła w taksówce torebkę z telefonem jak jechali do nas na kolację, a potem powiedziała coś, co zdenerwowało Jamesa, że ten aż wyszedł. Ona się popłakała i pojechali z ojcem do hotelu.

No i na dokładkę tego wszystkiego jeszcze moja mama mi dołożyła swoim fochem na koniec…

Kraków

Wróciliśmy z Krakowa ledwo żywi, mimo, że mój pierwotny plan został nieco zmodyfikowany i złagodzony.

Rodzice przylecieli we wtorek o 13, a w środę o 7.50 byliśmy już w Pendolino do Krakowa. Pierwsza w planie była Wieliczka, ale ponieważ Mama Jamesa ma klaustrofobię, zdecydowaliśmy się wykreślić ten punkt z agendy. Nawet lepiej się stało, bo mieliśmy więcej czasu na Wawel – inaczej nie dalibyśmy rady.

Po zameldowaniu się w hotelu pojechaliśmy na Rynek Starego Miasta. Na szczęście nie padało, ale było zimno i mgliście. Kościół Mariacki, Sukiennice, a potem Wawel. Bilety, podobnie jak w Warszawie, w listopadzie – za darmo. Musieliśmy poczekać ok 40min na naszą kolej. Zamek się podobał, chociaż ja osobiście bardziej lubię Nasz, w Warszawie.
Na obiad poszliśmy do Miód Malina. Tata zjadł placki ziemniaczane, J jagnięcinę a mama smażony oscypek, bo nie była głodna [!!!]. Smakowało.

Powłóczyliśmy się trochę po sklepach, żeby nie zamarznąć, w oczekiwaniu na mojego dobrego kolegę, z którym mieliśmy się spotkać. Dojechał przed 18.00, znaleźliśmy lokum i przy herbacie i gorącej czekoladzie miło spędziliśmy czas. Zmęczenie jednak dało nam się we znaki, i o 20.00 byliśmy już w hotelu.

Następnego dnia po śniadaniu szybko na dworzec autobusowy i wyprawa do Auschwitz. Mieliśmy świetnego przewodnika. Było zabawnie, bo mama Jamesa ciągle była tuż obok niego [przynajmniej nie musieliśmy się martwić, że j ą zgubimy w tłumie 😀 ] i zadawała przeróżne pytania. Zapowiadali deszcz, ale znów mieliśmy szczęście i nie padało.

Droga powrotna niestety zajęła nam prawie 2,5h, po pierwsze dlatego, że autobus którym wracaliśmy tym razem kluczył po Krakowie, i zanim przebiliśmy się przez korki, spowodowane długim weekendem 11 listopada, to trochę potrwało.

Potem mieliśmy jeszcze tylko czas na złapanie taksówki do hotelu, zabranie bagaży, powrót na dworzec, zjedzenie pizzy i w końcu wsiedliśmy do pociągu do Warszawy.

Jutro będziemy odpoczywać!