Tak tu sobie pracuję :)

Pracuję tu sobie już chwilkę, więc coś tam mogę Wam już opowiedzieć.

Biuro tymczasowe nie jest takie złe, jak wszyscy przypuszczali. Siedzimy sobie w sąsiednim budynku na powierzchni, którą kiedyś zajmował bank. Moje biurko jest w pobliżu recepcji, drzwi wejściowych i przeszklonego gabinetu Dyrektora Generalnego. Ze mną siedzą 2 dziewczyny, ale nie odzywają się za bardzo, chyba, że do siebie. Trudno. Nie muszę się zaprzyjaźniać za wszelką cenę. W pobliżu mnie siedzi Ł, z którym studiowałam i pracowałam, więc smutno nie jest. Recepcjonistka K taż bardzo fajna i kontaktowa.

Nadal nie umiem się przyzwyczaić do tego spokoju pracy. Nie oznacza to, że siedzę i się nudzę – wręcz przeciwnie. Czas upływa mi szybciej niż niejednokrotnie w poprzedniej firmie. Różnica polega na tym, że tutaj mogę się skupić na tym, co mam do zrobienia, a nie latam jak głupia po lunche i kawę dla szefa. Nic z tych rzeczy! Czasami ktoś przyjdzie z jakimś dokumentem, bądź sprawą do załatwienia, ale jest to sporadyczne i nie przeszkadza w pracy. Czasami zadzwoni przedstawiciel z jakimś pytaniem lub prośbą, ale zawsze są to miłe telefony 🙂

Ostatnio dzień upływa mi na kontaktach z drukarniami albo agencjami reklamowymi, wysyłaniem materiałów na konferencje z naszego magazynu, opisywanie faktur, przygotowywaniu zamówień, zamawianiu prenumerat dla lekarzy itp itd

Na prawdę fajna robota. Każdy dzień jest inny, mimo, że czynności się powtarzają, ale nie codziennie te same w takiej samej sekwencji. Często łapię się na tym, że patrzę na zegarek, i uświadamiam sobie, że niedługo czas do domu! Małą zmianą jest to, że pracujemy od 9.00 do 17.15 z powodu 30 min przerwy na lunch – 15 min jest płatne, a 15 min nie. Na początku nie byłam tego świadoma i pod koniec zeszłego tyg wychodziłam o 17.00 ale szybko mnie uświadomiono 🙂 Trochę szkoda, ale 15min mnie nie zbawi, i tak mam blisko do domu! 🙂

Ostatnia…

…  podróż autobusem
ostatnie odbicie się kartą na bramkach
ostatnie parzenie kawy
ostatnie rozmowy w kuchni
ostatnie uściski i uśmiechy
ostatnie kwiaty
ostatnie sprawy do załatwienia
ostatnie maile
ostatnie parzenie kawy dla Szefowej
ostatnie kupowanie jej lunchu.

Za niektórymi będę tęsknić, za niektórymi wcale.
Dotychczasowych obowiązków nie będzie mi na pewno brakowało.

Miało nie być pożegnania, ale jednak było. Dostałam zegarek i bukiet kwiatów. Było ciasto. Były uściski, życzenia powodzenia, a nawet łzy.

Rano wysłałam maila pożegnalnego. Bardzo miłe były niektóre odpowiedzi – że będzie im mnie brakowało, że jestem ogarnięta, inteligentna, że dobrze się ze mną współpracuje. Fajnie taki feedback dostać, szczególnie, jak słyszało się od Szefowej, że „ludzie mają złe zdanie o naszym dziale z mojej winy!”.

Koniec Korpo Szczura!

Tłusty czwartek pełen niespodzianek

Dziś wyjątkowo dużo się działo, ale zacznijmy od początku.

Rano miałam pierwszą część badań medycyny pracy – cholesterol na czczo. Nadal nie wiem w jakim celu badają mi cholesterol na stanowisko asystenckie, no ale. Potem kolejna partia badań od 15.15.

Tuż przed moim wyjściem przed 15.00 podeszła do mnie D z grobową miną i powiedziała, że dziewczyna, która miała przyjść na moje miejsce już jutro – nie przyjdzie. Okazało się, że jak odchodziła z mojej firmy 4 lata temu, to wzięła odprawę, co skutkuje zakazem pracy kiedykolwiek w tejże firmie. Widocznie teraz myślano, że sprawa się przedawniła, i zatrudnienie na outsource nie będzie problemem. Jednak okazało się, że kadry są przeciwne. Słabo, bo dziewczyna podpisała już umowę, a tu się okazuje, że nie można jej zatrudnić.

Pytam więc: „Co dalej? Komu mam przekazać obowiązki”?
Odpowiedziała, że Szefowa zadecydowała, że zaczynamy od nowa rekrutacje, że muszą znaleźć kogoś dobrego i obrotnego, więc będą szukać aż do skutku.. Potem zadała mi takie pytanie, że myślałam, że padnę. Otóż powiedziała, że skoro ja brałam dni wolne, żeby się wdrażać w nowej formie, to może oni by mi dali dni wolne, żebym wdrożyła osobę, którą wybiorą. Że co? Serio? To oni mi łachę robili, że dali mi urlop, który mi się należy?! Pfff! Powiedziałam od razu, że nie ma takiej opcji! Na co D, że no w sumie jak ja przyszłam do pracy, to też mnie nikt nie wdrożył. Otóż to! A ja jeszcze zostawiam opis obowiązków, którego ja nie miałam jak przyszłam!

Ale największe pytanie brzmi kto będzie na moim miejscu, do czasu znalezienia nowej asystentki? Przyszły tydzień będzie ciekawy. Ja w środę zaczynam już w nowej firmie, a P ma wtedy cały dzień zajęcia na uczelni, więc de facto nie będzie tu nikogo. W czwartek P jest tylko między 10 a 14. Zawsze powtarzałam, że to błąd, że nikt poza mną nie wie nic o moich obowiązkach. Powinno być tak, że kilka osób ma wiedzę na temat tego co robię i w razie czego zastąpić. Ale nie! Ja, kurka wodna, jestem niezastąpiona, i jak mnie nie ma nawet 1 dzień w pracy to wszyscy biegają w popłochu! Są wybredni bi mieli miesiąc i tydzień, żeby kogoś wybrać. No nic, not my problem!

Po tych wszystkich rewelacjach poszłam na dalszą część badań medycyny pracy – okulista, EKG i lekarz orzecznik. Lekarze byli bardzo spoko, szybko poszło, dostałam orzeczenie o zdolności do pracy i luzik. W międzyczasie dostałam info, że asystentka z naszego wydziału, który mieści się w innym mieście niż Warszawa, z którą się kumpluję, dostałą wymarzoną pracę i też odchodzi 😀 Jeśli złoży wypowiedzenie do końca miesiąca, to odejdzie z końcem marca 😀 Ale się ucieszyłam! Bo też ze swoją dyrektorką nie miała łatwo! Także w krótkim czasie mój dział pozbędzie się dwóch asystentek 😉

Po tych wszystkich nieprzyjemnościach i stresach, które spowodowała moja Szefowa mam na prawdę gdzieś czy sobie poradzą czy nie. To jej wina, że nie pomyślała o tym, żeby ktoś był w stanie zastąpić jej asystentkę. Spisałam co mogłam,ale niestety nie mam daru przewidywania przyszłości [a przydałby się!]. Szkoda mi tylko moich dziewczyn, które tu zostaną, a najbardziej P. I szkoda mi szczerze tej osoby, która tu kiedyś przyjdzie.

A tymczasem czekam na wtorek godzina 17.00 by opuścić te mury raz na zawsze!

 

Czerwona Kapusta

Stało się. Mam fioletowe włosy. Ciemno-fioletowe, w odcieniu czerwonej kapusty 😉 Miałam już dość rudego, chciałam coś zmienić, więc padło na kolor, który chciałam zrobić kilka miesięcy temu, ale się nie odważyłam.

Tym razem stwierdziłam „a co mi tam, raz się żyje”. Wszystkim się podoba, po za OCZYWIŚCIE moją mamą. Ona akceptuje tylko blond, i najlepiej, żebym miała znów włosy do pasa. Nie szczędziła mi komentarzy, że upadłam na głowę, czy nie mam w domu lustra, czemu się świadomie oszpecam i postarzam, i żebym się opamiętała… Lovely.

A mi się tam podoba, o! 🙂

15241289_10209900362722519_2165087578389294010_n

 

That was fun!

Mimo, że moja poprzednia firma postanowiła się mnie pozbyć w trakcie zwolnień grupowych, nie zerwałam całkowicie wszystkich kontaktów. Od czasu do czasu [a chcielibyśmy częściej] spotykamy sie z moją byłą menadżerką D [która przyjmowała mnie do pracy], i z M, z którym studiowałam, i dzięki któremu dostałam moją pierszą pracę w tejże firmie, na recepcji, a potem udało się jako asystentka. Dodatkowo zaszczycił nas swoją obecnością jeden z dyrektorów, S, z którym zawsze mieliśmy dobry kontakt.

Jak to zwykle bywa w tym gronie śmiechu było co niemiara. W domu byłam o 23.00, i mimo, że bardzo zmęczona, chętnie zostałabym dłużej.

Tak sobie ostatnio myślałam o dawnych czasach. Na studiach z M byliśmy prawie nierozłączni, a potem nasze drogi się rozeszły. Nawet jak pracowaliśmy razem, to nie było już to co kiedyś, a teraz, jak wszyscy jesteśmy zaganiani i zajęci, to tym bardziej ciężko się spotkać. Ale wczoraj oboje stwierdziliśmy, że czas to zmienić, i będziemy się starć widywać częściej!

That was fun! 🙂

Walę-tynki

Mówią, że Walentynek nie obchodzą osoby nieszczęśliwie zakochane, leniwe, albo samotne. Mnie nie tyczy się żadne z powyższych [no może poza leniwym, ale na pewno nie jeśli chodzi o sprawianie przyjemności ukochanej osobie]. Nie jestem fanką tego święta, które, nie ukrywajmy, jest wymyślone, by zapełnić dziurę w budżetach po Bożym Narodzeniu, i zmusić nas do kupowania kwiatów i serduszek. Ale powiedzmy sobie szczerze, nikt nie lubi być sam w ten dzień, i nie pogardziłby kwiatkiem albo innym wyrazem uczucia.

Niestety byłam tego dnia sama, a było mi dodatkowo przykro, że J nie ma ze mną, bo obchodzi tego dnia urodziny. Od zawsze mówił mi, że nienawidzi tego dnia podwójnie. Ja natomiast będę się starać to nastawienie zmienić. Nie musimy robić nic szczególnego, wystarczy wspólne wyjście, kolacja w domu, którą razem ugotujemy, albo obejrzenie wspólnie filmu.

Ale nie myślcie, że narzekam, bo ja się nigdy sama ze sobą nie nudzę, nawet jeśli byłoby miło mieć kogoś obok. Skończyłam przynajmniej grać w Dragon Age: Inquisition, i zaczęłam Wieśka [Wiedźmina III – Dziki Gon]. Ciekawa gra, jak na razie. Muszę się przyzwyczaić do zupełnie odmiennego sterowania, ale uczę się [umarłam już chyba z 10 razy :P].

Także reasumując, mimo, że bez ukochanego przy boku, nie rozpaczałam, co nie znaczy, że nie tęsknię. Wczoraj kupił bilet powrotny, ląduje w piątek 26 lutego! 🙂

Ziaja Deadpool :D

Mimo, że nie mieszkamy już z A. pod jednym dachem, nasza tradycja wspólnych wyjść do kina nadal jest podtrzymywana. Dziś długo oczekiwany Deadpool! Jak przystało na fanki Marvela bilety kupiłyśmy już wcześniej, i całe szczęście, bo tłumów do kasy nie da się opisać słowami.

Film zajebisty [nie da się go opisać innym słowem, niż właśnie „zajebisty”! 🙂 ] Klną co chwila, głowy latają po ekranie, krew się leje strumieniami, ale co tam 🙂 Warto było! Czeka mnie ponowna wycieczka do kina z Jamesem, jeśli nie uda mu się zobaczyć Deadpoola w USA.

Po kinie poszłyśmy zjeść. Mój lekarz złapałby się za głowę widząc, że wcinam  Whoopera z Burger Kinga, ale co tam, nie musi o niczym wiedzieć 😛

W podziemiach Centralnego otworzyli sklep Ziaja, mojej ukochanej firmy z kosmetykami, już od dawien dawna! Tanie i dobre. Mózg nam stanął, bo nie przypuszczałyśmy, że ta firma ma aż taką gamę produktów i tyle linii, o których nawet nam się nie śniło! Niestety w Rossamie albo Hebe [czy innym sklepie tego typu] można znaleźć tylko nieliczne, wybrane, produkty. Wydałam 50 zł na spory zapas kremów i innych peelingów, i dostałam mały zimowy żel pod prysznic za free [z okazji jutrzejszych Walentynek] 🙂

Dzień zaliczam do zdecydowanie udanych! 🙂

Black Friday

Świętuję Black Friday z moją nową konsolą Playstation 4 i z grami: Star Wars Battlefront [ w zestawie z konsolą], Dragon Age: Inquisition i Wiedźminem 3 [obie gry kosztowały mnie 210 zł!!, czyli więcej niż Fallout 4, którego też chcę kupić, ale jak stanieje, bo na razie kosztuje 249 zł..

Doszłam dziś do wniosku, że jestem dziwną kobietą. Inne kupują sobie kosmetyki i kochają kupować ciuchy. Ja swoje pieniądze wydaję na: Konsole, gry, i subskrybcje. No i e-booki jeszcze… 😛

Ale wiecie co? Dobrze mi z tym! 😀

Moja mama ciągle kieruje się stereotypami, że gry są dla dzieci, albo, że grają tylko mężczyźni. Nie prawda. Nie muszę się tłumaczyć z tego co lubię, bo niby mi nie wolno, bo jestem „dziewczyną”! 🙂

 

Święto Niepodległości

Ponieważ J kilka dni po przyjeździe nadal nie uporał się z jet lagiem i zmianą czasu, w niedzielę nie pojechaliśmy do rodziców na obiad. Dlatego zaprosili nas w Święto Niepodległości. A upiekła gęś, którą w dawnych czasach jadało się w Polsce właśnie w dzień 11 listopada. Chyba nigdy wcześniej nie jadłam gęsi, nawet nie wiem do czego ją porównać, chyba jedynie do kaczki. Gdy zjedliśmy siedzieliśmy oglądając Marsz Niepodległości, a ja tłumaczyłam J jak to się u nas świętuje Independence Day – idzie się w pochodzie z transparentami „Polska dla Polaków” ramię w ramię z narodowcami w kominiarkach, palącymi race…

Na TVN leciały Listy do M, a ponieważ nie było napisów, to robiłam za tłumacza 🙂

Orzeł wylądował!

Dzisiejszy dzień upłynął mi na sprzątaniu, zakupach i przygotowaniach do przylotu mojego ukochanego zza oceanu. Dzięki dniu wolnemu w czwartek mogłam wypucować łazienkę, więc został mi tylko mój pokój. Potem kupiłam bekon [duh!] i jego ukochane piwo Okocim Mocne 😛 Miałam dość czasu aby zrobić makijaż i umyć włosy. Moja rodzinka [siostra, tata i jego żona] mieli przyjechać po mnie samochodem i zawieźć na lotnisko, ale w ostatniej chwili A zaniemogła, i moja siostra została z nią w domu, więc pojechałam jedynie z tatą.

Zadzwonił do mnie, gdy właśnie zabierałam się za makijaż, że sprawdzał na aplikacji, że J będzie lądował 15.47 a nie 16.10. Więc w ekspresowym tempie się umalowałam, i byłam gotowa do wyjścia. Samolot wylądował 15.50, prawie w momencie jak weszliśmy na lotnisko. Nie czekaliśmy długo, ale tak się zagadaliśmy, że nie zauważyliśmy J, który wyszedł zupełnie innymi drzwiami na terminal. Ale on nas od razu zauważył. Pojechaliśmy do domu, pogadaliśmy chwilę, po czym zasnął, a ja w tym czasie nadrabiałam zaległości w swoich serialach.

Dobrze mieć go już przy sobie 🙂