Merry Christmas! 

Reklamy

Nowa Praco,  przebywam! 

Stało się. Zadzwonili. Mam „job interview” we wtorek.

Trzymajcie kciuki, bardzo Was proszę, bo muszę dostać tą pracę, inaczej oszaleję, i będę pisać do Was z Tworek albo innego Psychiatryka, jeśli w ogóle mają tam Internet!

Zaaplikowałam na to stanowisko w lipcu i od tego czasu cisza. Przed przyjazdem rodziców J, za jego namową, napisałam tam maila z zapytaniem, czy rekrutacja jest nadal prowadzona, i że ja nadal jestem zainteresowana! Ku mojemu zaskoczeniu odpisali, że tak, oferta nadal jest aktualna, i że wpiszą mnie na listę kandydatów. Radość mieszała się ze zdziwieniem – to jak to, wcześniej nie wpisali mnie na listę kandydatów? Czy może mieli aż tak mało szczęścia do obsadzenia tego stanowiska, że teraz biorą ludzi, których wcześniej odrzucili?

Mniejsza z tym! Napisałam im, że oczywiście jestem nadal zainteresowana, i nadmieniłam, kiedy nie ma mnie w Warszawie [z przyczyn odwiedzin „teściów” of course!]. Odezwali się dopiero dzisiaj. 

Cieszę się ale również i boję. Czasami miałam tak, że z jednej strony chciałam,  żeby zadzwonili w odp na zgłoszenie, bo chcę ta prace,  a z drugiej doznawalam uczucia ulgi jeśli tel milczał,  bo to znaczyło, że nie będę musiała jeszcze się Konfrontować z tym co nieuniknione, czyli jechać na rozmowę kwalifikacyjną. Chyba nikt tego nie lubi. Musisz umieć siebie sprzedać.. 

Teraz jasne że się denerwuję,  ale równocześnie cieszę, bo zależy mi na tej pracy jak jeszcze nigdy wcześniej nie zależało na żadnej innej!  

PS. A tak w ogóle happy Thanksgiving Day! 

Karisiowo-Aniołkowy Dzień :)

Dni mogą być albo złe albo dobre. Ostatnio większość z nich jest niestety zła, ale dzisiejszy dzień zdecydowanie mogę zaliczyć do udanych.

Żeby zapomnieć o troskach spotkałam się z moją najdroższą Kari. Zapominanie o problemach zaczęłyśmy od Łazienek Królewskich. Ponieważ wydawało mi się, że wiem, jak tam dojechać, wybrałam autobus i pokierowałam ekspedycją. Wysiadłyśmy na „Pl. Na Rozdrożu” ale nie do końca tam, gdzie chciałam – na kładce, ale wylądowałyśmy koło stadionu Legii. Ale nic to! Kari odpaliła GPS i dotarłyśmy do parku.
W parku była jakaś impreza chyba, bo ruch był jak na Marszałkowskiej – samochód za samochodem, wszystkie z ambasad krajów przeróżnych. Obeszłyśmy park dookoła, znalazłyśmy chińskie lampiony, Oranżerię, aż wylądowałyśmy przy pomniku Chopina

Dzień jeszcze młody, więc złapałyśmy autobus i pojechałyśmy na Stare Miasto. Tam wpadłam do przyjaciółki do sklepu, bo od jakiegoś czasu pomaga mamie, zjadłyśmy lody, roztapiające się w oszałamiającym tempie w 30 stopniowym upale. Chciałyśmy iść do Zapiecka na obiad, ale przy starówce nie było wolnych miejsc, a na początku Nowego Światu stwierdziłyśmy, że 9 pierogów na porcję to jednak za dużo. Wpadłam na pomysł aby zjeść dobrego burgera,a to niedaleko i mają burgery vegge [nie dla mnie notabene, o nie, ja mięso jem i wielbię!]. Zjadłyśmy, popiłyśmy lemoniadą miętową [ja] i truskawkową [Kari] i poszłyśmy do Złotych Szałasów [zwanych Złotymi Tarasami]. Zmusiłam się do wejścia do kilku sklepów z ciuchami, przymierzyłam, i kupiłam spódnicę i koszulę.

Po tak miło spędzonym dniu czas było wracać do domu i paść ze zmęczenia. Ale było super 🙂

That was fun!

Mimo, że moja poprzednia firma postanowiła się mnie pozbyć w trakcie zwolnień grupowych, nie zerwałam całkowicie wszystkich kontaktów. Od czasu do czasu [a chcielibyśmy częściej] spotykamy sie z moją byłą menadżerką D [która przyjmowała mnie do pracy], i z M, z którym studiowałam, i dzięki któremu dostałam moją pierszą pracę w tejże firmie, na recepcji, a potem udało się jako asystentka. Dodatkowo zaszczycił nas swoją obecnością jeden z dyrektorów, S, z którym zawsze mieliśmy dobry kontakt.

Jak to zwykle bywa w tym gronie śmiechu było co niemiara. W domu byłam o 23.00, i mimo, że bardzo zmęczona, chętnie zostałabym dłużej.

Tak sobie ostatnio myślałam o dawnych czasach. Na studiach z M byliśmy prawie nierozłączni, a potem nasze drogi się rozeszły. Nawet jak pracowaliśmy razem, to nie było już to co kiedyś, a teraz, jak wszyscy jesteśmy zaganiani i zajęci, to tym bardziej ciężko się spotkać. Ale wczoraj oboje stwierdziliśmy, że czas to zmienić, i będziemy się starć widywać częściej!

That was fun! 🙂

Walę-tynki

Mówią, że Walentynek nie obchodzą osoby nieszczęśliwie zakochane, leniwe, albo samotne. Mnie nie tyczy się żadne z powyższych [no może poza leniwym, ale na pewno nie jeśli chodzi o sprawianie przyjemności ukochanej osobie]. Nie jestem fanką tego święta, które, nie ukrywajmy, jest wymyślone, by zapełnić dziurę w budżetach po Bożym Narodzeniu, i zmusić nas do kupowania kwiatów i serduszek. Ale powiedzmy sobie szczerze, nikt nie lubi być sam w ten dzień, i nie pogardziłby kwiatkiem albo innym wyrazem uczucia.

Niestety byłam tego dnia sama, a było mi dodatkowo przykro, że J nie ma ze mną, bo obchodzi tego dnia urodziny. Od zawsze mówił mi, że nienawidzi tego dnia podwójnie. Ja natomiast będę się starać to nastawienie zmienić. Nie musimy robić nic szczególnego, wystarczy wspólne wyjście, kolacja w domu, którą razem ugotujemy, albo obejrzenie wspólnie filmu.

Ale nie myślcie, że narzekam, bo ja się nigdy sama ze sobą nie nudzę, nawet jeśli byłoby miło mieć kogoś obok. Skończyłam przynajmniej grać w Dragon Age: Inquisition, i zaczęłam Wieśka [Wiedźmina III – Dziki Gon]. Ciekawa gra, jak na razie. Muszę się przyzwyczaić do zupełnie odmiennego sterowania, ale uczę się [umarłam już chyba z 10 razy :P].

Także reasumując, mimo, że bez ukochanego przy boku, nie rozpaczałam, co nie znaczy, że nie tęsknię. Wczoraj kupił bilet powrotny, ląduje w piątek 26 lutego! 🙂

Ziaja Deadpool :D

Mimo, że nie mieszkamy już z A. pod jednym dachem, nasza tradycja wspólnych wyjść do kina nadal jest podtrzymywana. Dziś długo oczekiwany Deadpool! Jak przystało na fanki Marvela bilety kupiłyśmy już wcześniej, i całe szczęście, bo tłumów do kasy nie da się opisać słowami.

Film zajebisty [nie da się go opisać innym słowem, niż właśnie „zajebisty”! 🙂 ] Klną co chwila, głowy latają po ekranie, krew się leje strumieniami, ale co tam 🙂 Warto było! Czeka mnie ponowna wycieczka do kina z Jamesem, jeśli nie uda mu się zobaczyć Deadpoola w USA.

Po kinie poszłyśmy zjeść. Mój lekarz złapałby się za głowę widząc, że wcinam  Whoopera z Burger Kinga, ale co tam, nie musi o niczym wiedzieć 😛

W podziemiach Centralnego otworzyli sklep Ziaja, mojej ukochanej firmy z kosmetykami, już od dawien dawna! Tanie i dobre. Mózg nam stanął, bo nie przypuszczałyśmy, że ta firma ma aż taką gamę produktów i tyle linii, o których nawet nam się nie śniło! Niestety w Rossamie albo Hebe [czy innym sklepie tego typu] można znaleźć tylko nieliczne, wybrane, produkty. Wydałam 50 zł na spory zapas kremów i innych peelingów, i dostałam mały zimowy żel pod prysznic za free [z okazji jutrzejszych Walentynek] 🙂

Dzień zaliczam do zdecydowanie udanych! 🙂

Birthday Dinner Party

Wczoraj moja „mała siostrzyczka” skończyła 18 lat. Z tej okazji Tata zorganizował imprezę w jednej z polskich restauracji na starówce i zaprosił gości na 16:00 na obiad. Pogoda nie była najpiękniejsza, bo szaro, buro, no i wiało, ale podjechaliśmy z J na Nowy Świat, i przeszliśmy całą drogę na piechotę, aż do ul. Freta. Szkoda, że jeszcze nie ma świątecznych dekoracji, ale w sumie dopiero połowa listopada.

Tego samego dnia swoje urodziny świętuje również moja przyrodnia siostra [córka żony mojego taty z pierwszego małżeństwa]. Jako niespodzianka przyleciała niespodziewanie z Londynu, bo tam teraz mieszka. Bardzo się z P różnimy i pod względem osobowości i temperamentu jak i światopoglądu. Przysiadła się do mnie i do J, i jak zaczęła gadać, to nie mogła skończyć 😀 J przygryzał tylko wargę, żeby przypadkiem czegoś nie odpowiedzieć i nie wdać się z nią w dyskusję. Było ciężko, ale wino pomagało przetrwać 😛

W domu byliśmy ok. 21.00, zmęczeni jak nie wiem co, więc w miarę szybko zasnęliśmy. Dzień mogę zaliczyć do udanych 🙂

We’ve done a lot today!

Na 14.00 zapisałam J do Marlenki, mojej fryzjerki, do której chodzę już od 12 lat! Był już u niej wcześniej, więc  chciał znowu, bo dobrze strzyże. Potem udaliśmy się do pobliskiego Blue City, bo mieliśmy do załatwienia kilka spraw.

Pierwsza to telefon. W iPhonie J bardzo szybko rozładowuje się bateria. Przed przyjazdem do Polski zamówił w internecie nową, ale przyszła dzień po jego wylocie, a okazało się, że pocztą nie można jej wysłać z powodu obostrzeń, a kurier kosztowałby więcej niż sama bateria. Postanowiliśmy poszukać innych rozwiązań. Ojciec J wysłał zatem pocztą tylko zestaw narzędzi potrzebnych do rozkręcenia telefonu, a My rozważaliśmy kupno baterii w Polsce. W iSpot nie sprzedają baterii, ale możliwa jest usługa za 349zł, gdzie trzeba czekać ok 6 dni [iSpot wysyła telefon do serwisu]. Ale wpadłam na genialny pomysł, i w Saturnie kupiliśmy baterię przenośną, która ładuje się w domu i w dowolnej chwili podłącza do padającego telefonu 🙂 Kosztowało nas to ok 50 zł, więc to dobry deal!

Potem poszliśmy do mojej rodzimej firmy kupić polską kartę SIM, aby mógł się ze mną komunikować i korzystać z internetu. Musieliśmy jednak poczekać na zdjęcie SIM lock z jego telefonu. W sieci AT&T jest tak, że jeśli telefon jest starszy niż 2 lata, to jest teoretycznie już spłacony i należy do J, więc bez problemu można zdjąć SIM Lock’a. Sieć daje specnalny kod, ale potrzebowaliśmy jeszcze jakiś dodatkowych numerków, które ma jego ojciec. Pewnie weekend uda się coś z tym zrobić.

Następnie poszliśmy na lunch do Streeta, a potem ok 17.00 do domu. Byliśmy padnięci, a mnie chyba zawiało, bo strasznie bolała mnie głowa od tego wiatru.

Święto Niepodległości

Ponieważ J kilka dni po przyjeździe nadal nie uporał się z jet lagiem i zmianą czasu, w niedzielę nie pojechaliśmy do rodziców na obiad. Dlatego zaprosili nas w Święto Niepodległości. A upiekła gęś, którą w dawnych czasach jadało się w Polsce właśnie w dzień 11 listopada. Chyba nigdy wcześniej nie jadłam gęsi, nawet nie wiem do czego ją porównać, chyba jedynie do kaczki. Gdy zjedliśmy siedzieliśmy oglądając Marsz Niepodległości, a ja tłumaczyłam J jak to się u nas świętuje Independence Day – idzie się w pochodzie z transparentami „Polska dla Polaków” ramię w ramię z narodowcami w kominiarkach, palącymi race…

Na TVN leciały Listy do M, a ponieważ nie było napisów, to robiłam za tłumacza 🙂

Bond

Czasami nasza firma potrafi być fajna, nie tylko frustrująca, bo na przykład dziś zabrała Nas do kina na premierę nowego Bonda – Spectre do Multikina [którego jesteśmy partnerem biznesowym]. 🙂

Wyszliśmy dlatego z pracy po 13.00, bo na 14.00 był seans. Zamiast reklam dostaliśmy „Korporacyjną indoktrynację” czyli kilka filmików i prezentacji dot. naszej firmy. Miałam przed filmem jeszcze stresujący tel od Szefowej [dzień jak codzień], ale starałam się nie przejmować.

Film fajny, chociaż nigdy jakąś specjalną fanką Bonda nie byłam, ba wręcz mogę powiedzieć, że moja wiedza o Bondzie zaczyna się i kończy na serii z Danielem Cragiem 🙂

Fajne zakończenie męczącego tygodnia. Jutro sprzątanie, przygotowania no i J! 🙂