Wiem od moich dziewczyn z corpo, że dziś ma przyjść moja następczyni. Podobno Szefowa kogoś łaskawie wybrała w zeszłym tygodniu. Bardzo jestem ciekawa ile wytrzyma xD
Żal mi moich dziewczyn, na które wszystko spadło po moim odejściu, ale tak musi być.
Mamy się spotkać w tym albo przyszłym tyg, to opowiedzą mi wszystko!

Dziś urodziny mojej mamy. Własnie sobie uświadomiłam, że to już 60te urodziny! Ale ten czas leci. Wow. Umówiłam się z nią na mieście na jakieś jedzonko o 18.00, bo wcześniej muszę podjechać do mojego lekarza, bo OCZYWIŚCIE jest błąd na recepcie i nie mogę wykupić insuliny…

Launch

Jak już pisałam w zeszłym tygodniu, dzisiaj i jutro mamy Launch nowego leku kardiologicznego.

Zgodnie z wytycznymi od W, mojego szefa, stawiłam się rano o 9.00 w hotelu [który jest 2 kroki od mojego domu :)]. Na razie nie mogę jeszcze za dużo powiedzieć o firmie i ludziach, bo dopiero wszystkich poznaję, ale mogę już powiedzieć, że lubię W. Sympatyczny Product Manager 🙂

Tak więc stawiłam się o 9.00. Jedyne, co musiałam zrobić to dopilnować wydrukowania agendy. Załatwiłam to w 5 min, i do 10.00 w sumie siedziałam bezczynnie, bo W dojechał dopiero po 10.00. Chwilę przed tym przyjechała ścianka i roll upy, więc zajęłam się jeszcze znajdowaniem ludzi, którzy to poskładają 😀

O 11.00 wszystko się rozpoczęło. Nasz Generalny rozpoczął, i przedstawił mnie wszystkim zebranym kierownikom regionalnym i przedstawicielom. Wstałam, pouśmiechałam się, dostałam gromkie brawa. Potem rozpoczął się wykład medyczny a następnie marketingowy. Plus posiadania dostępu do poczty służbowej na telefonie jest taki, że jesteś na bieżąco, a minus – że widzisz ile rzeczy musisz zrobić, a nie możesz ogarnąć tego na telefonie. Dlatego podjęłam decyzję, aby po przerwie na lunch pojechać do biura po laptopa. I to była doskonała decyzja, bo ogarnęłam sporo tematów leżących u mnie na mailu od zeszłego tygodnia.

Po skończonym spotkaniu miały odbyć się wykłady z profesorami, o zgrozo, do 19.00. Na szczęście W się zlitował i puścił mnie do domu. Jakaś zmęczona się czułam więc całe szczęście. Tym bardziej, że niestety musiałam się pojawić na wieczornej kolacji. No przecież w końcu na tą okazję kupiłam kieckę!

W hotelu byłam o 20.00, a tam nikogo nie ma – nadal przygotowywali salę. Okazało się, że kolacja się przesunęła na 20.30, no ale nic, posiedziałam sobie przed salą i pogrzebałam w telefonie. Powoli ludzie zaczęli się schodzić. Niektórych przedstawicieli już znałam, niektórych nie. Gdy już weszliśmy do sali, kilka osób zaczęło ze mną rozmawiać, poznałam kilku kierowników. Przed 21 usiedliśmy do stołu, no i wiadomo, na początku trochę sztywno było. Ja nikogo nie znałam, bo D się źle poczuła i została w domu.  Ale na szczęście po kolacji było fajnie. Każdy zespół [ja zostałam dołączona do grupy „biurowej”] dostawał plik sztucznej kasy i mieliśmy za zadanie pomnożyć tą kasę w… Kasynie! 😀

Ponieważ w Pokera za bardzo grać nie umiem, to głównie stałam przy ruletce, na zmianę z kimś z mojego zespołu. Raz wygrywaliśmy, raz przegrywaliśmy. Ale było na prawdę fajnie, i wyszłam do domu po 23.00. Przynajmniej będę spać jak zabita!

Pieprzone Mikołaje

Dzisiaj miała się odbyć ta znienawidzona przeze mnie pracowa Wigilia, którą, jak co roku, musiałam zorganizować. Wczoraj Szefowa oznajmiła, że nie o 15 ma wigilię u swojego dziecka w szkole, więc nie będzie jej na naszym spotkaniu o 16. Dlatego poprosiła aby zebrać wszystkich 15 min przed jej wyjściem, aby mogła złożyć życzenia. Potem powiedziała, jeszcze żeby w Wedlu może kupić „coś czekoladowego” [nie ma to jak być konkretnym!]. Stanęło na tym, że miała najprawdopodobniej załatwić to dziś po pracy, a jeśli nie, to poprosi mnie w czwartek.

Czwartek, godzina 12.55, robimy sobie z dziewczynami herbatę. D pyta mnie i co z tym Wedlem. Mówię, że chyba nic, bo Szefowa nic nie wspominała więc pewnie sama kupiła. W tym momencie dostałam SMS:

„Słuchaj, w pobliskim centrum handlowym jest Wedel, to kup pls jakąś czekoladową figurkę, dam Ci kasę”. Już jej odpisywałam, gdy wpadła do kuchni ze swoją kartą. Ja na to zdziwiona, że przecież spotkanie jest za 30 min, a ona „no i co? Zdążysz!” i wyszła.

Zaczęłam się ubierać, i dostałam kolejnego SMS od Szefowej, żebym pojechała z jednym z menadżerów samochodem. Zgarnęłam M i pojechaliśmy.

Mimo, że centrum handlowe jest blisko, to dojazd i znalezienie miejsca parkingowego zajęło nam trochę czasu – na pewno więcej, niż byśmy chcieli. Potem dojście do centrum z parkingu, znalezienie Wedla. Następnie, po obejrzeniu asortymentu, próbowaliśmy [tracąc cenny czas] dowiedzieć się od szefowej co konkretnie mamy kupić. Padło na Czekoladowe Mikołaje, których zakupiliśmy aż 9, po jednym dla każdego zespołu. Równo o 13.30 siedzieliśmy w samochodzie, i zadzwonił telefon. To menadżerka, pytała gdzie jesteśmy i kiedy będziemy. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że wyruszamy, i będziemy za 5, max 10 minut. Szefowa stała obok menadżerki i słyszałam jej niezadowolenie. Jasna cholera. Nie umiem się jeszcze teleportować, a gdyby nie pomoc M i jego auta, to zajęłoby mi to pewnie z 45 minut najmarniej, a miałam mniej niż 30. M jechał jak wariat, ja potem z tym biegłam na górę, szefowa to ode mnie odebrała w biegu. Ani be ani me, ani dziękuję – nic. Nie mogła mi rano wysłać SMS, tylko powiedziała mi 30 minut przed wydarzeniem… No comments.

Wieczorem poszłam do kina z A na Star Wars: Rogue One. Film fajny, z sensem, miło się oglądało. Uważam, że ep VII był lepszy, ale Rogue One bardzo dobrze łączy starą trylogię z nową i dobrze oddaje klimat uniwersum SW.

 

Wyjście „Pomarńczek” na miasto

Wczoraj było fajnie. Po pracy pojechałyśmy z dziewczynami [Aka Pomarańczkami :D] [D i P, A miała do nas dojechać] do Drink Baru na Kruczej, jadąc niczym sardynki w SKM jadącej do Centrum z Mordoru. Drink Bar to bardzo fajne miejsce, możesz zamówić sobie tam znanego drinka, typu Mojito, ale możesz rónież zdać się na barmana, mówiąc jedynie jakie owoce lubisz, czy ma być mocny, słaby, słodki czy kwaśny. Ja rozpoczęłam od Margarity truskawkowej, a potem mango z marakują. Mniam. A dojechała do nas późno, bo przed 20.00 Wypiła drinka i postanowiłyśmy iść na miasto coś zjeść no i A musiała wypić „karniaczki” za spóźnienie 🙂

Było ciepło, ale niestety momentami strasznie wiało. Po drodze, na Nowym Świecie zatrzymałyśmy się na szoty za 4zł, i udałyśmy się do Mac’a [classy :P] Potem dalej na Starówkę. D wpadła na pomysł, że kupimy sobie smakowe piersiówki Soplicy: D wzięła Malinową [na przeziębienie :D], ja orzech włoski, A coś z miodem [też na przeziębienie], a P cytrynówkę. Szłyśmy sobie więc, popijając ukradkiem, szukając ukrywających się w mrokach policjantów. Oczywiście moja piersiówka postanowiła się nie zakręcać, więc włożyłam ją w rękawiczkę, do kieszeni i starałam się, żeby się nie wylała.. Fun 🙂

20161208_213919-effects

Wróciłam do domu około 22.40. Panicz już spał.

Dziś rano wstał, poszedł się szykować do pracy. Wstaję, widzę, że leży w salonie, pytam, czy wszystko w porządku. Ponoć przewrócił się wchodząc pod prysznic i stłukł sobie kolano i nie może chodzić… Boszz, ja się zastrzelę. Dałam mu okład, żel, który przepisał mi lekarz jak miałam stłuczone biodro, i poszłam do pracy. Nie ma co iść do lekarza chyba, bo to na pewno nie złamanie, a stłuczenie musi się po prostu wyleczyć. Eh..

Foch Panicza

Panicz [będę J nazywać Panicz, bo serio ostatnio tak właśnie się zachowuje!]..

Tak więc Panicz się znów o coś focha, a ja nie mam już do niego siły. Zmienność jego nastrojów jest nie do zniesienia. Łapię się na tym, że czasami na serio nie wiem co mogę powiedzieć, a co nie, żeby się nie obraził albo nie poczuł urażony. Oczywiście moje próby dowiedzenia się o co mu tak na prawdę chodzi, spełzły na niczym, bo on albo się nie odzywa, albo burknie jedno zdanie, które niczego nie wyjaśnia, i tyle. Ani prośbą ani groźbą. Czasami łaskawie odpisze, jak do niego wyślę wiadomość na Messangerze.

Strasznie mnie to irytuje, że on nie potrafi rozmawiać o sytuacjach trudnych Face to Face, tylko ja muszę czytać i odpisywać, zamiast iść do drugiego pokoju i pogadać. Nie da się. Pomijam już fakt, że (jak zawsze) odwraca kota ogonem – i to JA się kłócę, i JA jestem wszystkiemu winna, a nie on! Nigdy! Tylko problem polega na tym, że on  wymaga ode mnie, żebym szanowała jego potrzeby [w tym przypadku potrzebę, że musi być sam], podczas gdy on nie szanuje moich potrzeb – czyli chciałabym po prostu wiedzieć, o co poszło! A tak on zostawia mnie w środku czegoś, czego nie rozumiem, i czego sama się nie domyślę. On trzyma w ręku wszystkie karty i steruje sytuacją, a ja jestem zdana na jego łaskę – albo mnie oświeci, albo nie – a jeśli nie, to oczywiście ja próbuję sama do tego dojść, ale jak się nietrudno domyśleć, bezskutecznie! Czy to jest sprawiedliwe?! NIE.

Idę po pracy z dziewczynami na drinka. Z jednej strony mi się nie chce, z drugiej, jeśli J nie pamięta, że idę dziś po pracy do drink baru, to może się pomartwi czemu mnie tak długo nie ma.

Przynajmniej dostałam mały prezent od losu – Szefowa chora i jej dziś nie ma. Rano była trochę aktywna, ale na szczęście potem umilkła. Jeszcze telefon z dobrymi wiadomościami w sprawie pracy by się przydał.. No nic, może zadzwonią jutro..

Kraków

Wróciliśmy z Krakowa ledwo żywi, mimo, że mój pierwotny plan został nieco zmodyfikowany i złagodzony.

Rodzice przylecieli we wtorek o 13, a w środę o 7.50 byliśmy już w Pendolino do Krakowa. Pierwsza w planie była Wieliczka, ale ponieważ Mama Jamesa ma klaustrofobię, zdecydowaliśmy się wykreślić ten punkt z agendy. Nawet lepiej się stało, bo mieliśmy więcej czasu na Wawel – inaczej nie dalibyśmy rady.

Po zameldowaniu się w hotelu pojechaliśmy na Rynek Starego Miasta. Na szczęście nie padało, ale było zimno i mgliście. Kościół Mariacki, Sukiennice, a potem Wawel. Bilety, podobnie jak w Warszawie, w listopadzie – za darmo. Musieliśmy poczekać ok 40min na naszą kolej. Zamek się podobał, chociaż ja osobiście bardziej lubię Nasz, w Warszawie.
Na obiad poszliśmy do Miód Malina. Tata zjadł placki ziemniaczane, J jagnięcinę a mama smażony oscypek, bo nie była głodna [!!!]. Smakowało.

Powłóczyliśmy się trochę po sklepach, żeby nie zamarznąć, w oczekiwaniu na mojego dobrego kolegę, z którym mieliśmy się spotkać. Dojechał przed 18.00, znaleźliśmy lokum i przy herbacie i gorącej czekoladzie miło spędziliśmy czas. Zmęczenie jednak dało nam się we znaki, i o 20.00 byliśmy już w hotelu.

Następnego dnia po śniadaniu szybko na dworzec autobusowy i wyprawa do Auschwitz. Mieliśmy świetnego przewodnika. Było zabawnie, bo mama Jamesa ciągle była tuż obok niego [przynajmniej nie musieliśmy się martwić, że j ą zgubimy w tłumie 😀 ] i zadawała przeróżne pytania. Zapowiadali deszcz, ale znów mieliśmy szczęście i nie padało.

Droga powrotna niestety zajęła nam prawie 2,5h, po pierwsze dlatego, że autobus którym wracaliśmy tym razem kluczył po Krakowie, i zanim przebiliśmy się przez korki, spowodowane długim weekendem 11 listopada, to trochę potrwało.

Potem mieliśmy jeszcze tylko czas na złapanie taksówki do hotelu, zabranie bagaży, powrót na dworzec, zjedzenie pizzy i w końcu wsiedliśmy do pociągu do Warszawy.

Jutro będziemy odpoczywać!

Iluminacja

Dobra rada, nie idźcie nigdy na iluminację w dzień jej premiery. Nowym Światem i Krakowskim przedmieściem płynęła rzeka ludzi. Niestety organizatorzy pokrzyżowali moje plany, bo zamiast o 17.00, gdy zaczęliśmy iść w stronę Starówki, zapalili lampki o 17.30, gdy byliśmy na wysokości hotelu Bristol. Do choinki nawet nie udało nam się dotrzeć, bo tłum zatrzymał się kilkaset metrów przed Pl. Zamkowym… Ale trochę zdjęć jest 😛