Trochę pod górę, ale damy radę!

Miałam plan. Układałam w głowie jak oświadczę Szefowej, że odchodzę, zastanawiałam się jak zareaguje.

Napisałam rano do mojej agencji pracy tymczasowej, która wg prawa jest moim pracodawcą, z pytaniem czy można mailem dostarczyć wypowiedzenie i wysłać pocztą, czy muszę mieć je dziś w oryginale. No i cały mój misterny plan wpisdu, bo okazało się, że już nie mam 2 tygodni wypowiedzenia. Zaje-kurwa-biście. No to dzwonię do D i mówię jaka sytuacja. Ona daje mi do telefonu koleżankę z HR, i ta dyktuje mi treść rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Do szefowej mogę wejść dopiero o 12.00, siedzę jak na szpilkach. Nadal nie wiem jak jej to powiem – bo teraz jestem niestety skazana na jej łaskę. Wpisałam się jej do kalendarza ze spotkaniem o tytule „Ważna sprawa”. Za chwilę dostałam od niej sms z pytaniem co to za ważna sprawa. Odpisałam, że to nie na telefon.

O 12.00 weszłam do niej z przygotowanym papierem do podpisu. Powiedziałam, że dostałam od byłej szefowej ofertę pracy, którą przyjęłam. Przyjęła to spokojnie, powiedziała, że fajnie, zapytała w jakim charakterze. Powiedziałam o profilu firmy, zapytała, czy bardziej rozwojowe zadania, powiedziałam, że tak, i że warunki pracy lepsze itp. No i powiedziałam, że problem polega na okresie wypowiedzenia, i czy zgodziłaby się puścić mnie po 2 tyg. Oczywiście powiedziała, że absolutnie nie, bo przecież ona musi znaleźć kogoś na moje miejsce, a ja tą osobę muszę przeszkolić. Byłam prawie pewna, że taka będzie jej odpowiedź. Po wyjściu od niej zadzwoniłam do D, którą zasugerowała mi jeszcze wzięcie co najmniej 1 tygodnia urlopu, bo ona sobie nie wyobraża, żebym przyszłą 1 marca nic nie wiedząc. Poszłam jeszcze do Szefowej na chwilę i zapytałam o taką możliwość, ale ona się najeżyła, żebym jej nie nachodziła, że byłam u niej przed chwilą a teraz żądam urlopu [??] i że ona nie wie dzisiaj i nic mi dziś nie podpisze. Acha, zajebiście.

Wiem, że pod koniec dnia zleciła szukanie nowej asystentki koleżance, bo ta do mnie w tej sprawie dzwoniła. W poniedziałek musimy zacząć działać. Jeszcze jest jedna opcja, czyli wzięcie 4 dni na żądanie – chociaż ponoć pracodawca może się nie zgodzić, ale musi to udowodnić. Zobaczymy w przyszłym tygodniu. Muszę zacząć spisywać obowiązki, żeby było mi łatwiej je przekazać, a trochę tego jest.. głównie pierdoły…

Przez to wszystko byłam w takim stresie, że nic nie jadłam przez cały dzień, dopiero o 19.00 w domu zjadłam spagetti. J ma focha, więc jeszcze dodatkowo mam zajebistą atmosferę w domu… Bosko. Mam nadzieję, że się chociaż jutro wyśpię…

Reklamy

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Kurtka

Idzie zima więc trzeba kupić nową kurtkę, bo stara się już wysłużyła. Już od listopada się rozglądam. Jedną nawet upatrzyłam w House, ale nie kpiłam [niestety]. Dziś i tak musiałam wstąpić do galerii handlowej do Carrefour’a więc przy okazji stwierdziłam, że popatrzę dookoła, czy jakaś fajna kurtka gdzieś nie wisi. Znalazłam jedną niezłą całkiem, ale głupia ja stwierdziłam, że sobie zadzwonię do matuli się poradzić, bo mi się te wszystkie kurtki wydają tak samo ciepłe jak ta, którą obecnie noszę. No więc mama stwierdziła, że ważne, żeby była dłuższa niż obecna i żeby można było coś pod spód założyć. I ok.

Myślę sobie szybko, że w takim razie pojadę do Złotych Tarasów po tą upatrzoną moją kurtkę, bo mi się najbardziej podoba. Mama na to że ona od babci będzie wracać, to się możę tam o 19 spotkamy. O ja głupia się zgodziłam…

Lecę z zakupami z Carrefour’a , mało się nie poślizgnę, do mojego autobusu 158, który stoi na przystanku, ale gdy jestem 3m od niego zamyka drzwi, rusza i odjeżdża… Nosz kurwa mać ja pierdolę – klnę sobie pod nosem, całkiem głośno. 18.20, następny autobus za 10min. No to drałuję na kolejny przystanek, bo może coś szybciej podjedzie. Oczywiście same nie moje, a o 18.29 przyjechalo 127 – czyli wyszłoby na to samo jeśli poczekałabym na 158… No ale nic, jadę. Wpadam do domu, zostawiam rzeczy, biegnę na tramwaj.

Matka do mnie dzwoni, że już jest, to mówię, że idę po nią, bo w podziemiach to się nigdy nie znajdziemy. Witamy się, na co ona mówi, że w podziemiach tu niedaleko jest taki sklep z kurtami, to może się przejdziemy. Jak niedaleko, to czemu nie, myślę sobie. Idziemy, matka chce iść dookoła Złotych bo tam ponoć jest to zejście do podziemi do tego sklepu. Mówię jej, że to nie tam, ale ta idzie. Dochodzimy do ślepej uliczki, a ta zdziwiona, i mówi aaa bo ja to tam szłam, na skos, jakbyśmy tam poszły, to już byśmy były. Nosz przecież ona prowadziła i nie słuchała moich sugestii… ok, zagryzam zęby, idziemy dalej. Mowie, chodź, możemy przejść przez halę dworca, będzie szybciej, ona, że nie, że ona nie chce, że jest na peronie i że ona już nie wie gdzie jest.. Boże jasny, przecież perony są pod nami, poza tym dojdziemy zaraz tam, gdzie mówiłaś, że jest to zejście. Idziemy. Ta zmienia kierunek, chodzimy w kółko, mnie już szlag trafia. Pytam: jesteś pewna, że to te podziemia, a nie te przy Metrze Centrum? Ona na to, no tak, przy metrze. No to jej 20 min tłumaczę, że to w takim razie nie te podziemia, bo one się nie łączą, i trzeba albo przejechać przystanek albo przejść przez Dworzec Śródmieście i na piechotę. To ta się upiera, że ona wie, że to tutaj, a potem znów słyszę, że to było jak „wysiadała z metra”…

Moja cierpliwość się wyczerpała. Mówię, że nie idę z nią na żadne zakupy do podziemi,  tylko, że była mowa, że ja jadę do sklepu, wchodzę, kupuję kurtkę i jadę do domu. Koniec. Ta do mnie co ze mnie za kobieta która nie lubi robić zakupów. A taka właśnie. Nienawidzę szukać, chodzić po sklepach, przymierzać. Nieeeee. Wchodzimy do House. Widzę, że nie ma mojej kurtki, ale szukam, może przewiesili. Ale widzę kilka modeli, które zmierzyłam z ciekawości, bo wiadomo, że jak się nie założy, to się nie wie jak będzie leżało. I pokazuję jej jeden z modeli, na co ona „tą szmatę mierzyłaś?? Nie szkoda Ci czasu było?” i stoi i nawija jakie tu są szmaty i brzydkie rzeczy, że wszystko takie samo w tych sieciówkach. Pytam skąd wie, skoro nawet nie widziała modelu, który mierzyłam? Jakby był taki sam jak reszta, to chyba nie jechałabym zrąbana po całym dniu pracy, i po zakupach, po taką samą jak wszędzie kurtkę. Jakby tak było, to kupiłabym dziś tą, którą widziałam i nie zawracała głowy… Wyszłyśmy. Próbowała mnie przekonać żebyśmy weszły do kilku sklepów, ale ja miałam dość. Najpierw tracenie czasu w podziemiach, potem jej komentarze w sklepie. Byłam zła, zmęczona i było mi gorąco. Pożegnałam się i pojechałam do domu.

Kurtki nadal brak…

Mówią, że jaki pierwszy dzień Nowego Roku,  taki cały rok.. 

No to już wiem,  że mój będzie chujowy… 

Dziś czuję się jak pracownik poczty i księgowości. Koniec miesiąca oznacza robienie zamówień, aby koszty obciążyly bieżący rok, i odebranie ich w terminie,  czyli do jutra. Ciągle w biegu w strefie dostaw a to po wino, a to stroik, albo inne ustrojstwo dla szefowej. W środy jestem sama bo P na uczelni i wszystko na mojej głowie. Jeszcze do tego opieprz  od Szefowej,  że nie zauważyłam zmiany w. Agendzie jednego spotkania. Mimo najszczerszych chęci się nie rozwoje. Jasne,  mija wina,  ale. Z. Jej strony zero zrozumienia,  nigdy. Eh. 

Jeszcze tylko jutro i biorę na żądanie! 

Kartki Świąteczne

Mówiłam już, że nienawidzę okresu przedświątecznego!?

W czwartek była akcja Mikołaj, dziś akcja „Kartki”.
Jak co roku na moich barkach spoczywa wysyłanie kartek w imieniu mojej szefowej – do blisko 60 0sób. Robimy to elektronicznie, ale i tak 60 maili trzeba wysłać..

Co roku jest to bardzo nielubiana przeze mnie czynność bo raz, że nie lubię wysyłać kartek, dwa, że nie umiem pisać życzeń, a trzy, że to nie moje kartki! W tym roku jednak staram się jak mogę, żeby tym zarządzić jak najszybciej, więc zważywszy na mnóstwo innych rzeczy [koniec roku i koniec miesiąca = sprawy budżetowe do ogarnięcia; organizacja Wigilii + prezentów i całe mnóstwo innych rzeczy…] miałam czas dopiero dzisiaj.

Wysłałam Szefowej 2 wersje kartek, po polsku i po angielsku, oraz listę osób, do których zawsze wysyłamy, z prośbą o akceptację [czy jej się życzenia podobają…], żebym mogła działać.

Korespondencja:

ona: Ponoć były papierowe w tym roku… Widziałam u W. Nic nie mówiłaś

ja: Bo nie wiedziałam, że były papierowe. Zawsze wysyłaliśmy elektronicznie.

ona: Trzeba działać z wyprzedzeniem a nie tuż przed świętami niestety. Zapytaj jego asystentkę skąd miała 😉

Nosz kurtka na wacie… Kiedy wcześniej miałam niby się tym zająć? Pomiędzy wigilią, prezentami a innymi ważnymi rzeczami? W porównaniu do zeszłych lat 19 grudnia to i tak wcześnie.. No ale nic. Zagadałam z dziewczyną z Zarządu i dostałam 27 kartek polskich i 8 angielskich. Poprosiłam o decyzję Szefowej do kogo życzy sobie kartki elektroniczne a do kogo papierowe, i czy zamierza się pod nimi podpisać czy nie. Oczywiście nie dostałam odpowiedzi..

 

Pieprzone Mikołaje

Dzisiaj miała się odbyć ta znienawidzona przeze mnie pracowa Wigilia, którą, jak co roku, musiałam zorganizować. Wczoraj Szefowa oznajmiła, że nie o 15 ma wigilię u swojego dziecka w szkole, więc nie będzie jej na naszym spotkaniu o 16. Dlatego poprosiła aby zebrać wszystkich 15 min przed jej wyjściem, aby mogła złożyć życzenia. Potem powiedziała, jeszcze żeby w Wedlu może kupić „coś czekoladowego” [nie ma to jak być konkretnym!]. Stanęło na tym, że miała najprawdopodobniej załatwić to dziś po pracy, a jeśli nie, to poprosi mnie w czwartek.

Czwartek, godzina 12.55, robimy sobie z dziewczynami herbatę. D pyta mnie i co z tym Wedlem. Mówię, że chyba nic, bo Szefowa nic nie wspominała więc pewnie sama kupiła. W tym momencie dostałam SMS:

„Słuchaj, w pobliskim centrum handlowym jest Wedel, to kup pls jakąś czekoladową figurkę, dam Ci kasę”. Już jej odpisywałam, gdy wpadła do kuchni ze swoją kartą. Ja na to zdziwiona, że przecież spotkanie jest za 30 min, a ona „no i co? Zdążysz!” i wyszła.

Zaczęłam się ubierać, i dostałam kolejnego SMS od Szefowej, żebym pojechała z jednym z menadżerów samochodem. Zgarnęłam M i pojechaliśmy.

Mimo, że centrum handlowe jest blisko, to dojazd i znalezienie miejsca parkingowego zajęło nam trochę czasu – na pewno więcej, niż byśmy chcieli. Potem dojście do centrum z parkingu, znalezienie Wedla. Następnie, po obejrzeniu asortymentu, próbowaliśmy [tracąc cenny czas] dowiedzieć się od szefowej co konkretnie mamy kupić. Padło na Czekoladowe Mikołaje, których zakupiliśmy aż 9, po jednym dla każdego zespołu. Równo o 13.30 siedzieliśmy w samochodzie, i zadzwonił telefon. To menadżerka, pytała gdzie jesteśmy i kiedy będziemy. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że wyruszamy, i będziemy za 5, max 10 minut. Szefowa stała obok menadżerki i słyszałam jej niezadowolenie. Jasna cholera. Nie umiem się jeszcze teleportować, a gdyby nie pomoc M i jego auta, to zajęłoby mi to pewnie z 45 minut najmarniej, a miałam mniej niż 30. M jechał jak wariat, ja potem z tym biegłam na górę, szefowa to ode mnie odebrała w biegu. Ani be ani me, ani dziękuję – nic. Nie mogła mi rano wysłać SMS, tylko powiedziała mi 30 minut przed wydarzeniem… No comments.

Wieczorem poszłam do kina z A na Star Wars: Rogue One. Film fajny, z sensem, miło się oglądało. Uważam, że ep VII był lepszy, ale Rogue One bardzo dobrze łączy starą trylogię z nową i dobrze oddaje klimat uniwersum SW.

 

Świąteczny czas w korpo

Nienawidzę okresu przedświątecznego w korporacji.

Co roku muszę organizować pracową wigilię, zamawiać prezenty dla wszystkich, wysyłać za Szefową kartki. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że najtrudniej mi zawsze doprosić się o decyzję Szefowej: jakie menu zamówić, jakie gażdżety, czy podobają jej się życzenia, jakie znalazłam itp itd.

Wysłałam jej zestawienie odnośnie kosztu wigilii w 2 wariantach [tańszym i droższym], oraz koszt gadżetów, które wybrałam – a oferta w tym roku jest strasznie biedna. Do tej pory się nie dowiedziałam co mam zamawiać, a czas ucieka, i potem usłyszę „czemu tak późno się za to zabrałam”. Żenada.

Ughhhh!!!!!

Dzisiejszy dzień to istny Armageddon, oczywiście wtedy, kiedy P na studiach a ja ze wszystkim sama.

Dziś do końca dnia [pewnie z powodu ostatniego dnia miesiąca?] czyli do 23.59 można wysłać wniosek o dofinansowanie z UE na szkolenia, więc oczywiście kiedy się u mnie za to zabrano? DZISIAJ! Rano przyjechała jakaś kobita, która miała pomóc w wypełnianiu wniosku. Zaczęło się od problemów z miejscem parkingowym. Dzień przed spotkaniem mówiłam wyraźnie, że miejsc wolnych nie ma, i że MOŻE coś się zwolni następnego dnia rano. Pytam rano, nadal nic. Potem Szefowa jest zaskoczona, że ona nie wiedziała, że nie ma miejsca, bo jej menadżerka, która o rezerwację prosiła, nie przekazała [bo „myślała, że przez 24h to się miejsce znajdzie”]. Super. Jasne. Się znajdzie, się załatwi. Więc dlatego powiedziała biednej kobiecie, że miejsce na nią czeka.. musiałam latać na ostatnią chwilę, bo przyjechała wcześniej, i prosić menadżera, żeby się przeparkował do pobliskiego centrum handlowego, żeby Pani mogła zaparkować, potem dzwonić po ludziach, żeby ten samochód wpuścili. No jakiś sajgon. Udało się.

Ale to początek atrakcji! Żeby podpisać owy wniosek należy złożyć podpis elektroniczny, a żeby go złożyć, to najpierw trzeba go mieć. W poniedziałek Izba, z którą współpracujemy zaczęła temat, i umówiła pana z firmy, żeby przyjechał do biura i dokonał formalności. Akurat na przyjazd Pana złożyło się to, że musiałam najpierw załatwić sprawę w kancelarii na dole, potem lecieć po sałatkę dla Szefowej i po drodze go zgarnęłam, bo miał tylko pół godziny. Gdy odprowadzałam go na dół po spotkaniu, dowiedziałam się, przypadkiem, że trzeba jeszcze na nim zainstalować jakieś certyfikaty. Bosko – przecież jestem kurwa informatykiem [nie jestem!] i wiem jak to się robi!To po cholerę on przyjechał? Tylko podpisać dokumenty i dostarczyć token? Świetnie. Spędziłam kolejne 2 godziny instalując certyfikaty, dzwoniąc do IT bo oczywiście nie można niektórych rzeczy zrobić jak się nie ma uprawnień administratora.. Potem jeszcze dzwoniłam znów do gościa, żeby się upewnić, że zrobiłam wszystko jak należy – ponoć było ok. Ale on od razu powiedział, że nie wie na jakiej platformie będzie podpisywany wniosek, więc trudno mu powiedzieć, czy nie będzie problemów, ale powinno działać. Na platformie nie można było sprawdzić, nie wysyłając przy tym wniosku – a nie był jeszcze gotowy.. więc pat. A sprawdzanie na jakimś pdf też nie byłoby sensu, bo na pdfy są inne certyfikaty, i te mogłyby działać, a na stronie gdzie jest owy wniosek – mogłoby się coś zdarzyć… Nie przewidzisz. Więc powiedziałam to wszystko Szefowej, uprzedziłam nasze IT, które działa 24h na dobę, że mogą dzwonić, na wypadek, jakby nasze systemy miały jakieś zabezpieczenia, sprawdziłam z tym kolesiem od tokena co mogłam przez telefon i poszłam do domu.

Godzina 21.00 dzwoni Szefowa, że podobno certyfikat źle zainstalowany i że co ona ma robić. Skąd mam wiedzieć?! To ten Pan miał przyjść i „wszystko dla nas zrobić”. Czy ja mam w obowiązkach znać się na jakiś podpisach elektronicznych? Czy ja mówiłam, że na 100% będzie działać? Nie. Jeśli jutro usłyszę, że to moja wina, to na pewno nie będę przytakiwać, o nie! Zrobiłam wszystko wedle mojej wiedzy i wedle mojej mocy, żeby to zadziałało. Próbowałam się zabezpieczyć na wszystkie możliwości wedle dostępnych środków. Ale winnego pewnie będzie trzeba znaleźć i nawet już wiem kto nim będzie.

Oczywiście do powyższego mogę dodać jeszcze tyle, że w ciągu dnia miałam inne swoje obowiązku, plus rzeczy, które zwykle robi P, bo jej nie ma w środy, i bez przerwy albo zadania od Szefowej ASAP, i po 100 razy kawa/herbata/ciastka i inne pierdoły.

Mam dość! DOŚĆ.

Dobranoc.

Czasami coraz częściej czuję się jak matka w tym związku…

Nie mam dzieci, a często czuję się jak matka i to mnie dobija, bo chcę mieć partnera a nie duże dziecko. J mnie dziś doprowadził do szewskiej pasji. Wczoraj wieczorem oczywiście piwko – a jak on popije to raz, że robi się mrukiem [angielskie słowo, które doskonale to oddaje to „grumpy”], dwa, że jak idzie spać, to strasznie kopie i się rzuca, i nawet III Wojna Światowa go nie obudzi. Jak nietrudno się domyślić w takich warunkach trudno mi było spać – najpierw nie mogłam zasnąć, potem ciągle się budziłam.
O 6.00 zadzwonił jego budzik, sprawdziłam, czy nie śpi, bo nie wstawał, to się zirytował, i poszedł do łazienki. Po 15 minutach poszłam sprawdzić co i jak,bo nie słyszałam ani prysznica ani nic, i pytam, czy idzie do pracy. Odpowiedział, że zamierza, ale że zaczynam go irytować. Świetnie, wróciłam więc do łóżka, ale nasłuchiwałam, czy leci woda i czy zaczął się przygotowywać. Oczywiście cisza, czas leci, a za 10 min powinien wychodzić.

Wyszedł z łazienki i wraca do łóżka! Pytam, czy idzie do pracy. Cisza. Pytam znowu – nadal mnie olewa. Po chwili odpowiada, że nie, bo jest zmęczony.

Ręce mi opadły. Zmęczony? A ja nie jestem zmęczona? Po nieprzespanej nocy, i po całym tygodniu planowania i organizowania pobytu JEGO rodziców? Ja nie jestem zmęczona? Jestem! Ale ponieważ jestem obowiązkowa, to idę, kurka wodna, do pracy! Nie wiem czy się śmiać czy płakać. Jego ojciec na przykład: wracając od nas wylądował w USA, a 12h później był już w samolocie i leciał do pracy. On nie był zmęczony? Na pewno był, ale wiedział, że jak mus to mus!

Odpowiedzi J były zdawkowe, bo starał się spać, a ja starałam się dowiedzieć o co do cholery jasnej chodzi.
Pytam, czy wg niego będą go szanować w pracy jak on nie będzie szanował ich? Że nie było go w robocie ponad miesiąc, przekonywał ich potem, że chce wrócić, a teraz sobie nie idzie, bo „jest zmęczony”?
Próbował kontratakować i zapytał jak tam szacunek w mojej firmie. Miał oczywiście na myśli stosunek mojej szefowej – ale zapomina o tym, że ona tak traktuje wszystkich.

Potem powiedział do mnie „powiedz, dziś jesteś chora i nie idziesz do pracy”. Ja na to, że nie, nie jestem chora, i muszę iść do pracy bo to mój obowiązek. On na to, że co z tego jak jestem obowiązkowa, jeśli nie umiem się postawić.

Ręce opadły mi jeszcze bardziej. Nie wiem co wg niego jest się „postawić szefowej”, bo chyba nie to, że sobie nie przyjdę do pracy, przez co obarczę moją robotą niczemu winną koleżankę, a w piątek będę miała masę roboty do nadrobienia. A Szefowa tylko będzie zła i wyżyje się na mnie w piątek w taki albo inny sposób. Świetny plan! Jest jaka jest, ale na pewno zawsze wie, że będę w pracy [nie licząc oczywiście prawdziwych problemów zdrowotnych, niezależnych ode mnie, a to nie zdarza się zbyt często]. Nie spóźniam się, prawie zawsze jestem przed czasem. U każdego pracodawcy zawsze było to uważane za moją zaletę, a nie wadę!

Dziś poczułam się znów jak matka walcząca z dzieckiem, które nie chce iść do szkoły. Czy wymaganie odpowiedzialności i obowiązkowości od, prawie, 32 letniego faceta to dużo? Zawsze oburza się, jak mówię mu, że zachowuje się jak dziecko – co mam powiedzieć, skoro na prawdę tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy?! To jest naprawdę poniżej mojej godności, żeby walczyć z nim o to, żeby chodził do pracy. Czasami na prawdę myślę, że to mi bardziej zależy na tym co ludzie o nim pomyślą, niż jemu. Nie umiem się nie przejmować, jak widzę takie zachowanie. Pomijam już fakt, że doprowadza mnie do szału.

Dziś planuję ciche dni, dopóki mnie szczerze nie przeprosi i nie porozmawia o problemie, bo to już nie pierwszy raz. Ja, jak zwykle, próbowałam rozmawiać, on – jak zwykle – milczał albo rzucał cyniczne odzywki.