Pieprzone Mikołaje

Dzisiaj miała się odbyć ta znienawidzona przeze mnie pracowa Wigilia, którą, jak co roku, musiałam zorganizować. Wczoraj Szefowa oznajmiła, że nie o 15 ma wigilię u swojego dziecka w szkole, więc nie będzie jej na naszym spotkaniu o 16. Dlatego poprosiła aby zebrać wszystkich 15 min przed jej wyjściem, aby mogła złożyć życzenia. Potem powiedziała, jeszcze żeby w Wedlu może kupić „coś czekoladowego” [nie ma to jak być konkretnym!]. Stanęło na tym, że miała najprawdopodobniej załatwić to dziś po pracy, a jeśli nie, to poprosi mnie w czwartek.

Czwartek, godzina 12.55, robimy sobie z dziewczynami herbatę. D pyta mnie i co z tym Wedlem. Mówię, że chyba nic, bo Szefowa nic nie wspominała więc pewnie sama kupiła. W tym momencie dostałam SMS:

„Słuchaj, w pobliskim centrum handlowym jest Wedel, to kup pls jakąś czekoladową figurkę, dam Ci kasę”. Już jej odpisywałam, gdy wpadła do kuchni ze swoją kartą. Ja na to zdziwiona, że przecież spotkanie jest za 30 min, a ona „no i co? Zdążysz!” i wyszła.

Zaczęłam się ubierać, i dostałam kolejnego SMS od Szefowej, żebym pojechała z jednym z menadżerów samochodem. Zgarnęłam M i pojechaliśmy.

Mimo, że centrum handlowe jest blisko, to dojazd i znalezienie miejsca parkingowego zajęło nam trochę czasu – na pewno więcej, niż byśmy chcieli. Potem dojście do centrum z parkingu, znalezienie Wedla. Następnie, po obejrzeniu asortymentu, próbowaliśmy [tracąc cenny czas] dowiedzieć się od szefowej co konkretnie mamy kupić. Padło na Czekoladowe Mikołaje, których zakupiliśmy aż 9, po jednym dla każdego zespołu. Równo o 13.30 siedzieliśmy w samochodzie, i zadzwonił telefon. To menadżerka, pytała gdzie jesteśmy i kiedy będziemy. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że wyruszamy, i będziemy za 5, max 10 minut. Szefowa stała obok menadżerki i słyszałam jej niezadowolenie. Jasna cholera. Nie umiem się jeszcze teleportować, a gdyby nie pomoc M i jego auta, to zajęłoby mi to pewnie z 45 minut najmarniej, a miałam mniej niż 30. M jechał jak wariat, ja potem z tym biegłam na górę, szefowa to ode mnie odebrała w biegu. Ani be ani me, ani dziękuję – nic. Nie mogła mi rano wysłać SMS, tylko powiedziała mi 30 minut przed wydarzeniem… No comments.

Wieczorem poszłam do kina z A na Star Wars: Rogue One. Film fajny, z sensem, miło się oglądało. Uważam, że ep VII był lepszy, ale Rogue One bardzo dobrze łączy starą trylogię z nową i dobrze oddaje klimat uniwersum SW.

 

Wyjście „Pomarńczek” na miasto

Wczoraj było fajnie. Po pracy pojechałyśmy z dziewczynami [Aka Pomarańczkami :D] [D i P, A miała do nas dojechać] do Drink Baru na Kruczej, jadąc niczym sardynki w SKM jadącej do Centrum z Mordoru. Drink Bar to bardzo fajne miejsce, możesz zamówić sobie tam znanego drinka, typu Mojito, ale możesz rónież zdać się na barmana, mówiąc jedynie jakie owoce lubisz, czy ma być mocny, słaby, słodki czy kwaśny. Ja rozpoczęłam od Margarity truskawkowej, a potem mango z marakują. Mniam. A dojechała do nas późno, bo przed 20.00 Wypiła drinka i postanowiłyśmy iść na miasto coś zjeść no i A musiała wypić „karniaczki” za spóźnienie 🙂

Było ciepło, ale niestety momentami strasznie wiało. Po drodze, na Nowym Świecie zatrzymałyśmy się na szoty za 4zł, i udałyśmy się do Mac’a [classy :P] Potem dalej na Starówkę. D wpadła na pomysł, że kupimy sobie smakowe piersiówki Soplicy: D wzięła Malinową [na przeziębienie :D], ja orzech włoski, A coś z miodem [też na przeziębienie], a P cytrynówkę. Szłyśmy sobie więc, popijając ukradkiem, szukając ukrywających się w mrokach policjantów. Oczywiście moja piersiówka postanowiła się nie zakręcać, więc włożyłam ją w rękawiczkę, do kieszeni i starałam się, żeby się nie wylała.. Fun 🙂

20161208_213919-effects

Wróciłam do domu około 22.40. Panicz już spał.

Dziś rano wstał, poszedł się szykować do pracy. Wstaję, widzę, że leży w salonie, pytam, czy wszystko w porządku. Ponoć przewrócił się wchodząc pod prysznic i stłukł sobie kolano i nie może chodzić… Boszz, ja się zastrzelę. Dałam mu okład, żel, który przepisał mi lekarz jak miałam stłuczone biodro, i poszłam do pracy. Nie ma co iść do lekarza chyba, bo to na pewno nie złamanie, a stłuczenie musi się po prostu wyleczyć. Eh..

Telewizor

I kolejna wyprawa do Złotych Tarasów, głównie po etui do telefonu, ale z centrum handlowego wyjechaliśmy z telewizorem! Remont zakończyliśmy w czerwcu, a do tej pory stolik TV ział pustką. Z miesiąc temu oglądaliśmy telewizory w Saturnie i szczególnie jeden przykuł naszą uwagę, 50 calowy Samsung. Dziś rozważaliśmy nawet kupno innego modelu, ale nasz faworyt jednak wygrał. Dobre parametry, rozdzielczość i opcja usb nas przekonała. Telewizor miał nawet 9% rabatu, więc zaoszczędziliśmy ponad 200 zł.

Wypróbowałam, i jest boski! Playstation 4 wygląda świetnie. Oglądanie filmów jest teraz takie proste – zamiast streamowania ich przez WiFi za pomocą PlayStation, po prostu podłączam USB! W końcu mamy własne kino domowe 😀

Jeszcze tylko czekam na kablówkę, usługa multiroom, płatna 10 zł miesięcznie, i wszystkie moje kanały z sypialni będą na nowym cudeńku w jakości HD 🙂 Ach!

Warcraft

Po nerwowym tygodniu przyszedł weekend i czas na kino. Wybraliśmy się w końcu na Warcraft’a. Jako nerd i fan gier Blizzarda był to dla nas tytuł obowiązkowy. Grałam jedynie w Warctaft III daaawno temu, ale wiedziałam co nieco. Nie wiem jak oceniają film laicy [pewnie jako bajeczka fantazy] ale dla fana jest to świetne przeżycie!

Doskonałe CGI [szczególnie oczy, bardzo ludzkie]. Świetna obsada, lubiłam dosłownie każdego bohatera. Poczucie humoru jest, ale bez przesady, ale to dobrze. Historia bardzo mnie wciągnęła  – do tego stopnia, że od momentu wyjścia z kina przegadaliśmy co najmniej godzinę z J, który wyjaśniał mi to wszystko, co było w grach, a nie znalazło się w filmie. Mam nadzieję, że będą kręcić dalsze części i nie rozumiem czemu film w USA spotkał się z tak wielką krytyką..

Generalnie polecam! 🙂

Karisiowo-Aniołkowy Dzień :)

Dni mogą być albo złe albo dobre. Ostatnio większość z nich jest niestety zła, ale dzisiejszy dzień zdecydowanie mogę zaliczyć do udanych.

Żeby zapomnieć o troskach spotkałam się z moją najdroższą Kari. Zapominanie o problemach zaczęłyśmy od Łazienek Królewskich. Ponieważ wydawało mi się, że wiem, jak tam dojechać, wybrałam autobus i pokierowałam ekspedycją. Wysiadłyśmy na „Pl. Na Rozdrożu” ale nie do końca tam, gdzie chciałam – na kładce, ale wylądowałyśmy koło stadionu Legii. Ale nic to! Kari odpaliła GPS i dotarłyśmy do parku.
W parku była jakaś impreza chyba, bo ruch był jak na Marszałkowskiej – samochód za samochodem, wszystkie z ambasad krajów przeróżnych. Obeszłyśmy park dookoła, znalazłyśmy chińskie lampiony, Oranżerię, aż wylądowałyśmy przy pomniku Chopina

Dzień jeszcze młody, więc złapałyśmy autobus i pojechałyśmy na Stare Miasto. Tam wpadłam do przyjaciółki do sklepu, bo od jakiegoś czasu pomaga mamie, zjadłyśmy lody, roztapiające się w oszałamiającym tempie w 30 stopniowym upale. Chciałyśmy iść do Zapiecka na obiad, ale przy starówce nie było wolnych miejsc, a na początku Nowego Światu stwierdziłyśmy, że 9 pierogów na porcję to jednak za dużo. Wpadłam na pomysł aby zjeść dobrego burgera,a to niedaleko i mają burgery vegge [nie dla mnie notabene, o nie, ja mięso jem i wielbię!]. Zjadłyśmy, popiłyśmy lemoniadą miętową [ja] i truskawkową [Kari] i poszłyśmy do Złotych Szałasów [zwanych Złotymi Tarasami]. Zmusiłam się do wejścia do kilku sklepów z ciuchami, przymierzyłam, i kupiłam spódnicę i koszulę.

Po tak miło spędzonym dniu czas było wracać do domu i paść ze zmęczenia. Ale było super 🙂

Apokalipsa, i to nie tylko w kinie

Ponieważ wczorajsza misja „Kanapa Narożna” zakończyła się niepowodzeniem, dziś podejście numer 2. Ponieważ dla Jamesa ważne jest, by kanapa była wygodna, zaproponowałam, żeby pojechał ze mną i mamą i pomógł nam wybrać. Mówiłam, żeby nie siedział długo, oczywiście położył się spać po 5… Rano jakoś go obudziłam, ale był nie w sosie cały dzień, no ale pojechał z nami.

Ja nie spałam już od 7.30, bo obudziło mnie wiercenie. Na wpół śpiąca na wpół przytomna zaczęłam się zastanawiać czy już jestem tak przejęta remontem, że nawet śnię o wiertłach? Po chwili usłyszałam głosy w kuchni, a zaraz potem ściana zaczęła się trząść od wiercenia. Okazało się, że moi robotnicy przyszli do pracy w sobotę… Chwali się, chwali, ale szkoda, że o tym nie wiedziałam, bo wtedy poszłabym spać dużo wcześniej.. No ale wracając:

Najpierw Mama zarządziła aby pojechać na Łopuszańską do Mega Meble. Sklep mieści się w starym piętrowym budynku. Zaraz po wejściu przywitały nas meble rodem z epoki Henryka XVI. Nie wiem kto w dzisiejszych czasach kupuje narożnik obity atłasem i wyglądający jak z muzeum. Na szczęście normalne meble były za rogiem, ale nic specjalnego. Albo nieładne, albo podobne do tych z wczoraj, a 2 razy droższe [ i i tak za duże!]. Jadąc do Mega Meble przystanek wcześniej widziałam wielki sklep BRW, więc zdecydowaliśmy się tam przejść [było na tyle blisko, że nie opłacało się brać autobusu].

Na parterze stało kilka kanap, spodobała nam się jedna z nich, ale postanowiliśmy pojechać na górę, zobaczyć resztę i najwyżej wrócić. Kupowanie kanapy jest męczące, głownie dlatego, że na każdej trzeba usiąść potem wstać i znów usiąść i tak w kółko. W końcu znaleźliśmy brązową kanapę, która była i dobrej wielkości i była wygodna. Oczywiście chcieliśmy zmienić obicie, ale najpierw postanowiliśmy wrócić na dół i pomyśleć nad kanapą numer 1. Okazało się, że to ten sam model 😀 Jamesowi nie podobał się szary kolor więc wróciliśmy na górę, żeby zamówić obicie. Wybraliśmy jasno turkusowe, żeby pasowało do turkusowej ściany. Mama próbowała przez 20 min przewalczyć ciemniejszy odcień, ale przegrała. Na dole były lampy, i nareszcie udało mi się znaleźć fajną wiszącą w kolorze limonki, więc idealną, bo w tym kolorze będzie większość dodatków.

Obok BRW była Castorama.Na szczęście w tej było więcej paneli do wyboru, więc w końcu zamówiłyśmy podłogę. Mission more then accomplished! WRóciliśmy do domu przed 16.00, przebraliśmy się i na 17.00 do Złotych Tarasów do kina na X-Men Apokalipsa. Mimo zmęczenia nie zasnęliśmy, bo film był bardzo fajny 🙂

Cieszę się, że tyle udało nam się dziś załatwić, jutro nareszcie mogę się wyspać!

Urząd Imigracyjny

Byłam raz w urzędzie imigracyjnym, gdy załatwiałam pozwolenie o pracę w Grecji. Było dziwnie, pamiętam, że kazali mi się ustawić w kolejce z innymi ludźmi, w większości albsnczykami i czarnymi, u przechodzić do innych budynków a potem czekało się na swoją kolej.

W Polsce jest chyba bardziej cywilizowanie. Wysyłasz email, że chcesz złożyć aplikację. Urząd do Ciebie oddzwania i umawia na konkretny dzień i godzinę. Nasz dzień był dzisiaj o 14.40. Pojechaliśmy  na miejsce już wczoraj,  żeby się zorientować gdzie to jest, żeby nie szukać i nie tracić czasu. Dziś byliśmy na miejscu po 14.00. Zajęło mi chwilę żeby zorientować się co i jak,  czy brać numerek czy po prostu znaleźć pokój,  o którym mówiła mi Pani umawiajaca spotkanie. Na szczęście żadnych numerów,  byliśmy na liście. Usiedlismy i czekaliśmy na swoją kolej.

Udało nam się wejść wcześniej bo Pani,  która była umówiona przed nami przyszła z nie wypełnionym wnioskiem.

Na początku wszystko szło jak po maśle aż do momentu kiedy okazało się,  że załącznik do aplikacji jest błędnie podpisany,  pan Prezes firmy zatrudniające Jamesa podpisał się parafką zamiast imieniem i nazwiskiem. No po prostu bosko. Niestety bez tego dokumentu nie można zacząć procedowac wniosku. Ale jest to brak formalny, który musimy dostarczyć lub wysłać pocztą w ciągu 7 dni. Dodatkowo okazało się,  że zamiast oryginału jednego z dokumentów wzięłam kopie, i zapomniałam,  że James ma podpisane 2 kontrakty a nie jeden. Jak nie trudno się domyślić wzięłam tylko jeden. J był trochę zły,  ale powinien był sprawdzić. Ja zajęłam się wszystkim, więc on nie powinien mieć do mnie pretensji. Mylić się jest rzeczą ludzką. Na szczęście nie potrzebujemy tych  wszystkich dokumentów w ciągu 7 dni,  jak w przypadku załącznika, tylko możemy je dosłać później  oczywiście będziemy się starać wysłać wszystko ASAP. Już skontaktowalismy się z firmą i możliwe,  że będziemy mieli właściwy podpis już w poniedziałek.

Uff,  z problemami ale do przodu. Właśnie wróciłam z morele firmy,  bo potrzebowałam zrobić szybko xero kilku dokumentów, chwilę odpocznę i o 19.30 długo wyczekiwany Kapitan Ameryka :Civil War!

Burgery, ale nie z Food Trucka

Od wczoraj pod Pałacem Kultury w Warszawie odbywa się Zlot Food Trucków. Planowaliśmy tam zajść już od momentu pojawienia się na FB informacji o tym wydarzeniu. Stwierdziłam, że jest to dobra okazja do zaaranżowania jakiegoś spotkania ze znajomymi. Planowaliśmy spotkać się z moim dobrym przyjacielem ze studiów, M, ale napisał, że nie da jednak rady. Zapytałam kolejnego znajomego, miał dać znać, czy się uda. Nie odezwał się. Nie wiedzieliśmy zatem, czy chcemy iść na Food Trucki dziś czy jutro, a tu wtem SMS od M, że jednak się uda! No to ogarnęliśmy się szybko, i o 15 byliśmy pod Pałacem.

Zajęło nam chwilę, żeby się odnaleźć w tłumie głodnych warszawiaków. Po oględzinach stanęliśmy w długiej kolejce do Tacos, podczas gdy M, T, O i D – po burgery. Po chwili telefon od M, że ich burgery będą za 40 min, a T jest głodny, więc zmiana planów i idziemy na burgery gdzie indziej. D zaprowadziła nas do „Między Bułkami” gdzie zjadłam pysznego burgera na orkiszowej bułce i domowe frytki z domowymi sosami [nawet ketchup był home made!] Było bardzo przyjemnie! Wszyscy bez żadnego problemu przeszliśmy na angielski, co bardzo ucieszyło Jamesa. Na ogól niestety moi znajomi, mimo, że znają angielski, to boją się mówić. Pogoda w międzyczasie ze słonecznej zrobiła się pochmurna i wietrzna. Dziewczyny chciały zjeść banana w czekoladzie, więc wróciliśmy się do Food Trucków w ich poszukiwaniu. Niestety były tylko gofry i lody. Skierowaliśmy się do Krakowskiej Manufaktury czekolady, która, jak się okazało, od końca września 2015 jest zamknięta i [chyba] przeniesiona w inne miejsce. Zrezygnowane dziewczyny poszły szukać bananów gdzie indziej, a My z Jamesem, M i T wylądowaliśmy na kawie w pobliskiej Costa Coffee.

Gdy przed 19 zorientowaliśmy się jak jest już późno, rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. To był bardzo miły i udany dzień. Byliśmy po nim bardzo pozytywnie zmęczeni, chyba od długich rozmów i szczerego śmiechu 🙂

Zdecydowanie musimy to powtórzyć, na przykład u Nas na wieczorze Tacos, ale to dopiero po remoncie salonu i kuchni 🙂

Moje Wielkie Greckie.. przemyślenia

Dziś w końcu obejrzałam „My Big Fat Greek Wedding 2” [MBFGW2]. Zawsze miałam ogromny sentyment do pierwszej części, która zdecydowanie zyskuje na wartości przy znajomości greckich zwyczajów i kultury, co sprawia, że wyśmiewane, często wyolbrzymiane, przywary na prawdę nas bawią.

Na początku miałam wrażenie, że film mocno nawiązuje do MBFGW1. Stara się podkreślić upływ czasu, pokazać co w życiu bohaterów się zmieniło, a co pozostało jak dawniej. Były momenty, że oglądałam go bez przekonania, ot, dla zabicia czasu, ale słysząc grecki język i będąc w stanie jeszcze go trochę zrozumieć, w końcu wyruszyłam w sentymentalną podróż.

Wiem, że Grecja nie była mi pisana. Cieszę się z tego gdzie teraz jestem i jak moje życie się potoczyło. Jednak jakiś skrawek mojej duszy jest nadal grecki. Brak mi muzyki, jedzenia, atmosfery. Nigdy nie byłam „imprezowa”, ale tam moje życie towarzyskie kwitło. Może dlatego, że nie pracowałam, bo teraz po pracy nie marzę o niczym innym jak powrót do domu.

Do tej pory mam tak, że dziwnie mi używać perfum, które kiedyś uważałam za „mój zapach” ponieważ ich zapach kojarzy mi się z Grecją. Szczególnie latem czuję, jakbym tam była. Na szczęście mam też takie, które kojarzą mi się z pobytem w USA.

Dodatkowo do moich sentymentalnych, greckich podróży dochodzi 6 rocznica katastrofy w Smoleńsku, bo właśnie tam byłam, gdy to się stało.
Pamiętam jak dziś, gdy kolega zapytał mnie rano czy wiem, co się stało. Gdy odpowiedziałam, że nie bo niedawno się obudziłam [różnica czasu względem Warszawy +1h] polecił mi wejść na TVN24, jeśli się dostanę, bo serwery padają, tyle ludzi próbuje się tam zalogować.
Pamiętam szok jaki przeżyłam, gdy przeczytałam pierwsze, jeszcze nieoficjalne i niepotwierdzone informacje o katastrofie. Z dwóch braci Kaczyńskich akurat Lecha tolerowałam, o Marii Kaczyńskiej nie mogłam powiedzieć złego słowa, no i w końcu to Para Prezydencka. Szok był o tyle duży, że nikt nie mógł w to uwierzyć. Na początku myślałam, że to głupi żart, albo, że coś źle zrozumiałam – że to nie polski samolot z polskim Prezydentem, tylko jakiś inny. Ciągle siedziałam na stronach informacyjnych, bo od polskiej telewizji byłam odcięta. Widziałam tych wszystkich ludzi, solidarnych w obliczu tego, co się stało i to było budujące.

Ale nie trwało to długo

Niedługo potem  zaczęły przepychanki i wojny polityczne. PiS walczy Smoleńskiem do dziś, doszukując się teorii spiskowych i mówi o „męczeńskiej śmierci”. Serio?

A już rozwaliło mnie to, że Lech Kaczyński dostał w Warszawie 3 tablice, a na których jest napisane, że POLEGŁ w służbie ojczyzny. To ja nie wiedziałam, że on walczył na froncie za ojczyznę..

Słowo „poległ” jest jednoznacznie przynależne osobie, która zginęła w walce – tłumaczył „Gazecie Wyborczej” sekretarz Rady profesor Andrzej Krzysztof Kunert. ROPWiM rekomendowała, by słowo „poległ” zostało zmienione na zginął.

– Nie powiemy wprawdzie, że ktoś „poległ” w Katyniu, bo polscy oficerowie zostali tam pomordowani, ale ich śmierć mieści się w definicji „walki i męczeństwa”. Natomiast nie ofiary katastrofy. Chyba że zginęli w niej żołnierze w czasie działań wojennych – tłumaczył „Wyborczej” Kunert.

To tyle refleksji na dziś.