Merry Christmas! 

Reklamy

Problem z kwietnia powrócił

Ponieważ idą święta, moja spółdzielnia musiała coś odpierniczyć…

Pamiętacie sprawę z kwietnia odnośnie faktury za przeniesienie? Nie? To przypominam tutaj . Sprawa wróciła!

Otóż otrzymałam wezwanie do zapłaty na 995,82 zł, z załączoną rzeczoną fakturą na 1080 zł [która była błędna, bo powinna opiewać na 1000zł brutto] i notami obciążeniowymi na 400 i 680 zł. WTF, myślę sobie. Przecież spraw została załatwiona. Wysłałam pismo wyjaśniające ich błąd, po czym otrzymałam notę na 400zł, którą opłacim 17 czerwca br. [sprawdziłam, mam dowód przelewu!]. 600 zł, które Spółdzielnia była mi winna za wymianę pionu zgodziliśmy się odliczyć od kwoty 1000zł [dlatego zapłaciłam brakujące 400zł].

Ale skąd im się wzięła kwota 995,82zł to nadal nie wiem, bo z załączonych dokumentów nic takiego nie wynika… Tylko się kuźwa zdenerwowałam. Będę musiała to wyjaśnić, bo z tego wynika, że mają tam niezły burdel! I mnie jeszcze straszą sądem i odsetkami. O nie, nie ze mną te numery!

A tak poza tym, to miałam dziś dzień wolny. J wyszedł wcześniej z pracy [My też kończyliśmy dziś wcześniej, o 13]. Pojechaliśmy do Arkadii na zakupy, po nic konkretnego niby. Kupiłam 4 DVD za 39.9zł w Saturnie, lampki choinkowe i stojak do choinki [na przyszły rok] i kilka brakujących rzeczy do sernika, który właśnie w piekarniku. Uff. Tough day!

 

Kraków

Wróciliśmy z Krakowa ledwo żywi, mimo, że mój pierwotny plan został nieco zmodyfikowany i złagodzony.

Rodzice przylecieli we wtorek o 13, a w środę o 7.50 byliśmy już w Pendolino do Krakowa. Pierwsza w planie była Wieliczka, ale ponieważ Mama Jamesa ma klaustrofobię, zdecydowaliśmy się wykreślić ten punkt z agendy. Nawet lepiej się stało, bo mieliśmy więcej czasu na Wawel – inaczej nie dalibyśmy rady.

Po zameldowaniu się w hotelu pojechaliśmy na Rynek Starego Miasta. Na szczęście nie padało, ale było zimno i mgliście. Kościół Mariacki, Sukiennice, a potem Wawel. Bilety, podobnie jak w Warszawie, w listopadzie – za darmo. Musieliśmy poczekać ok 40min na naszą kolej. Zamek się podobał, chociaż ja osobiście bardziej lubię Nasz, w Warszawie.
Na obiad poszliśmy do Miód Malina. Tata zjadł placki ziemniaczane, J jagnięcinę a mama smażony oscypek, bo nie była głodna [!!!]. Smakowało.

Powłóczyliśmy się trochę po sklepach, żeby nie zamarznąć, w oczekiwaniu na mojego dobrego kolegę, z którym mieliśmy się spotkać. Dojechał przed 18.00, znaleźliśmy lokum i przy herbacie i gorącej czekoladzie miło spędziliśmy czas. Zmęczenie jednak dało nam się we znaki, i o 20.00 byliśmy już w hotelu.

Następnego dnia po śniadaniu szybko na dworzec autobusowy i wyprawa do Auschwitz. Mieliśmy świetnego przewodnika. Było zabawnie, bo mama Jamesa ciągle była tuż obok niego [przynajmniej nie musieliśmy się martwić, że j ą zgubimy w tłumie 😀 ] i zadawała przeróżne pytania. Zapowiadali deszcz, ale znów mieliśmy szczęście i nie padało.

Droga powrotna niestety zajęła nam prawie 2,5h, po pierwsze dlatego, że autobus którym wracaliśmy tym razem kluczył po Krakowie, i zanim przebiliśmy się przez korki, spowodowane długim weekendem 11 listopada, to trochę potrwało.

Potem mieliśmy jeszcze tylko czas na złapanie taksówki do hotelu, zabranie bagaży, powrót na dworzec, zjedzenie pizzy i w końcu wsiedliśmy do pociągu do Warszawy.

Jutro będziemy odpoczywać!

Odkopuję się po urlopie 

Nie umiem opisać słowami jak bardzo nie chciało mi się wracać do pracy.  I nie mam tu na myśli,  że nie chciało mi się pracować, o nie. Po prostu mam tak dość tej firmy i pracy ze aż mnie odrzuca. 

Po ogarnięciu poczty i spraw,  które na mnie czekały, włożyłam całą moją niechęć w przygotowania do rozmowy kwalifikacyjnej. Przypuszczam,  że najwcześniej zadzwonią po 22 sierpnia, więc nadal mam trochę czasu, a już sporo zrobiłam. Muszę dostać tę pracę, i czuję, że dostanę! Po prostu musi się udać, albo oszaleję! 

Urlop upłynął na grze w Neverwinter online i overwatch. Pogoda nie dopisała więc byliśmy tylko raz na piwie że znajomymi i w kinie na suicide squad. Trochę lenistwa też się przyda! 

Residence Permit

Mały sukces! Właśnie dostaliśmy pozytywną decyzję odnośnie legalnego pobytu Jamesa w Polsce! Zajęło nam to tylko 8 miesięcy [walczymy z biurokracją od stycznia, ale zaaplikować udało nam się dopiero w maju].

25 sierpnia musi stawić się osobiście po odbiór karty. 🙂

A oprócz tego – urlop. Pada, ale to nic, staram się zrelaksować, trochę sprzątam. Wczoraj był fryzjer [jestem znów ruda – kolor miedziany blond] 🙂

Karisiowo-Aniołkowy Dzień :)

Dni mogą być albo złe albo dobre. Ostatnio większość z nich jest niestety zła, ale dzisiejszy dzień zdecydowanie mogę zaliczyć do udanych.

Żeby zapomnieć o troskach spotkałam się z moją najdroższą Kari. Zapominanie o problemach zaczęłyśmy od Łazienek Królewskich. Ponieważ wydawało mi się, że wiem, jak tam dojechać, wybrałam autobus i pokierowałam ekspedycją. Wysiadłyśmy na „Pl. Na Rozdrożu” ale nie do końca tam, gdzie chciałam – na kładce, ale wylądowałyśmy koło stadionu Legii. Ale nic to! Kari odpaliła GPS i dotarłyśmy do parku.
W parku była jakaś impreza chyba, bo ruch był jak na Marszałkowskiej – samochód za samochodem, wszystkie z ambasad krajów przeróżnych. Obeszłyśmy park dookoła, znalazłyśmy chińskie lampiony, Oranżerię, aż wylądowałyśmy przy pomniku Chopina

Dzień jeszcze młody, więc złapałyśmy autobus i pojechałyśmy na Stare Miasto. Tam wpadłam do przyjaciółki do sklepu, bo od jakiegoś czasu pomaga mamie, zjadłyśmy lody, roztapiające się w oszałamiającym tempie w 30 stopniowym upale. Chciałyśmy iść do Zapiecka na obiad, ale przy starówce nie było wolnych miejsc, a na początku Nowego Światu stwierdziłyśmy, że 9 pierogów na porcję to jednak za dużo. Wpadłam na pomysł aby zjeść dobrego burgera,a to niedaleko i mają burgery vegge [nie dla mnie notabene, o nie, ja mięso jem i wielbię!]. Zjadłyśmy, popiłyśmy lemoniadą miętową [ja] i truskawkową [Kari] i poszłyśmy do Złotych Szałasów [zwanych Złotymi Tarasami]. Zmusiłam się do wejścia do kilku sklepów z ciuchami, przymierzyłam, i kupiłam spódnicę i koszulę.

Po tak miło spędzonym dniu czas było wracać do domu i paść ze zmęczenia. Ale było super 🙂

Niby wolne, a w ogóle nie miałam czasu odpocząć

Jak już pisałam w sobotę, z powodu rur musiałam wziąć dzień wolny. Panowie przyszli punktualnie o 8.30. Ja już na nogach od 7, więc szybko się ogarnęłam i poleciałam do Urzędu Dzielnicy złożyć wniosek o nowy dowód, bo za miesiąc kończy się ważność mojego dokumentu. Od zawsze wszyscy narzekali na urzędy. Pamiętam jak składałam podanie o mój pierwszy dowód. Wchodziło się do pokoju, przed Tobą drewniana ściana a okienkami i naburmuszonymi biurwami. Jakież było moje zdziwienie, gdy po pobraniu numerka zaraz przy wejściu przeszłam raptem kilka kroków, a tam otwarta przestrzeń, sporo okienek i zero osób przy moim! Od wzięcia numerka, wraz z wypełnieniem wniosku na miejscu, i poczekaniu aż pani wszystko wprowadzi do systemu nie minęło więcej jak 10 min!

Zaraz obok urzędu jest Rossmann. Wstąpiłam głównie po tabletki do zmywarki, bo przecież trzeba będzie teraz używać! Potem do mięsnego, bo lodówka świeci pustkami, i do domu.

Zamówiłam 2 krzesła do stolika, który przyszedł dziś o 11:00 – całe szczęście, że byłam w domu.. Po wysłaniu przelewu zorientowałam się, że z automatu wskoczył mi adres do pracy. Zadzwoniłam czym prędzej do firmy z prośbą o zmianę adresu na domowy. Pan zapewnił mnie, że nie ma sprawy, bo zamówienie i tak zostanie do mnie wysłane jutro.

Panowie skończyli ok 14.00. Wszystko pięknie, tylko muszę znaleźć kogoś do przycięcia i przyklejenia tych 2 płytek pod okapem, bo chwilowo zieje tam straszna, obdrapana ściana. Zabrałam się za sprzątanie. Telefon. Dzwoni Pan od krzeseł i mnie najmocniej przeprasza, że nie udało się zmienić adresu, bo okazało się, że „chłopaki” już dziś wysłali zamówienie… Nosz k.. mać, to po to dzwonię od razu po zakupie, żeby zmienili, żeby potem tachać krzesła z pracy? Pan zapewnił mnie, że spokojnie wejdzie do samochodu. Wszystko ładnie pięknie, tylko, że ja nie mam ani prawa jazdy ani samochodu, a nawet jakbym miała, to nie jeździłabym do pracy, bo mi się nie opłaca, poza tym nie mam gdzie zaparkować. No ale nic. Skoro nie da się nic zrobić, to będę musiała coś wymyślić.

Ogarniałam powoli kuchnię wycierając szafki z pyłu, zrobiłam pierwsze pranie „na pusto”. Chciałam to samo zrobić ze zmywarką, ale okazało się, że do pierwszego uruchomienia potrzebuję 1kg soli do zmywarek… No to poszłam do Rossmanna znów, uruchomiłam zmywarę, i okazało się, że program ECO trwa ponad 4h. Spróbowałam się trochę zrelaksować, i przed snem załadowałam zmywarkę i zaprogramowałam,żeby na rano było gotowe.

Padam na twarz, a jutro do pracy i po pracy kolejne stopniowe ogarnianie i planowanie kuchni, bo muszę pomyśleć gdzie co powkładać.

Odwiedziny

Dziś odwiedziła mnie mama z babcią, która chciała zobaczyć łazienkę po remoncie. Ponieważ moja babcia nie mówi po angielsku, nie licząc pojedynczych słów, mówiła do Jamesa po polsku. Ryłyśmy z mamą ze śmiechu jak próbowała mu coś wyjaśnić po polsku, mówiąc wolno, głośno i akcentując każde słowo, tak jakby to miało pomóc w lepszym zrozumieniu obcego dla Jamesa języka. Mama kilka razy patrzyła na nich ze zmartwieniem i kazała mi Jamesa ratować z opresji 😛 Mówiła, żeby babcia już przestała, bo on i tak niczego nie rozumie, na co babcia, że oni sobie tu rozmawiają, i że James doskonale wie o co jej chodzi, haha! Wyglądało to komicznie, chociaż nauczyła Jamesa kilku nowych słów.

W ogóle nauka polskiego idzie Jamesowi coraz lepiej. Ostatnio przerabiamy liczebniki. Myli mu się do prawda „naście” z „dzieści” ale na prawdę jestem pod wrażeniem 😀 Oczywiście najbardziej pamięta przekleństwa i słowa, których nie powinien używać publicznie… 😛

Ale wracając do wizyty – łazienka się podobała. Moje włosy mniej, bo jak zwykle się nasłuchałam, że za ciemne [bo dla mojej mamy i babci liczy się tylko blond!] i że za krótkie [bo powinnam mieć do pasa, albo chociaż do ramion]. Nie chcę nawet myśleć co by powiedziały, gdybym zrealizowała swój pomysł ciemnofioletowych włosów z różowymi końcami 😛  Chyba padłyby na zawał!

 

Urząd Imigracyjny

Byłam raz w urzędzie imigracyjnym, gdy załatwiałam pozwolenie o pracę w Grecji. Było dziwnie, pamiętam, że kazali mi się ustawić w kolejce z innymi ludźmi, w większości albsnczykami i czarnymi, u przechodzić do innych budynków a potem czekało się na swoją kolej.

W Polsce jest chyba bardziej cywilizowanie. Wysyłasz email, że chcesz złożyć aplikację. Urząd do Ciebie oddzwania i umawia na konkretny dzień i godzinę. Nasz dzień był dzisiaj o 14.40. Pojechaliśmy  na miejsce już wczoraj,  żeby się zorientować gdzie to jest, żeby nie szukać i nie tracić czasu. Dziś byliśmy na miejscu po 14.00. Zajęło mi chwilę żeby zorientować się co i jak,  czy brać numerek czy po prostu znaleźć pokój,  o którym mówiła mi Pani umawiajaca spotkanie. Na szczęście żadnych numerów,  byliśmy na liście. Usiedlismy i czekaliśmy na swoją kolej.

Udało nam się wejść wcześniej bo Pani,  która była umówiona przed nami przyszła z nie wypełnionym wnioskiem.

Na początku wszystko szło jak po maśle aż do momentu kiedy okazało się,  że załącznik do aplikacji jest błędnie podpisany,  pan Prezes firmy zatrudniające Jamesa podpisał się parafką zamiast imieniem i nazwiskiem. No po prostu bosko. Niestety bez tego dokumentu nie można zacząć procedowac wniosku. Ale jest to brak formalny, który musimy dostarczyć lub wysłać pocztą w ciągu 7 dni. Dodatkowo okazało się,  że zamiast oryginału jednego z dokumentów wzięłam kopie, i zapomniałam,  że James ma podpisane 2 kontrakty a nie jeden. Jak nie trudno się domyślić wzięłam tylko jeden. J był trochę zły,  ale powinien był sprawdzić. Ja zajęłam się wszystkim, więc on nie powinien mieć do mnie pretensji. Mylić się jest rzeczą ludzką. Na szczęście nie potrzebujemy tych  wszystkich dokumentów w ciągu 7 dni,  jak w przypadku załącznika, tylko możemy je dosłać później  oczywiście będziemy się starać wysłać wszystko ASAP. Już skontaktowalismy się z firmą i możliwe,  że będziemy mieli właściwy podpis już w poniedziałek.

Uff,  z problemami ale do przodu. Właśnie wróciłam z morele firmy,  bo potrzebowałam zrobić szybko xero kilku dokumentów, chwilę odpocznę i o 19.30 długo wyczekiwany Kapitan Ameryka :Civil War!