L4

W nocy obudziłam się czując się jak śmierć. Od razu zmierzyłam poziom cukru: 26 ml/dl [cukier dobry dla mnie to 100-130 ml/dl]. Można się zatem łatwo domyślić, że wynik 26 jest alarmujący. Nie wiem czemu się tak stało, bo kładłam się z cukrem 176, i po dawce insuliny jaką sobie podałam cukier nie powinien spaść poniżej 130. Oh well. Nie bardzo miałam jak doczołgać się do kuchni, więc brałam co miałam pod ręką, czyli jakąś pozostałość ptasiego mleczka. Zjadłam, położyłam się spać.

Budzik zadzwonił o 6.50. Nadal czułam się jak śmierć. Cukier 245 [normalka po niedocukrzeniu], ale czułam się bardzo słaba. Zawsze gwałtowna zmiana poziomu cukru to dla organizmu szok. Wyrzut adrenaliny jest ogromny, więc czujecie się potem jak po wielkim stresie. Poszłam wziąć prysznic, cały czas rozważając, czy powinnam zostać w domu. Zdecydowałam, że jednak powinnam, bo nawet jeśli dojadę do firmy, to nie będzie ze mnie wielkiego pożytku. Napisałam do szefowej, że mnie nie będzie, odpisała, że ok, i żebym się trzymała.

Po rozmowie z mamą zdecydowałam, że napiszę do mojego diabetologa, i powinnam poprosić o zwolnienie. Bez problemu dostałam L4 do końca tygodnia. Widocznie mój organizm nadal się regeneruje, bo gdy poszłam ponownie spać po decyzji zostania w domu, spalam od 8.00 do prawie 12.00. Głowa mi pękała cały dzień, cukier utrzymywał się na poziomie 300… ale żyję i odpoczywam 😛

Nie ma wody na pustyni.. i w biurze też!

W drodze do pracy poczułam, jakbym płynęła w powietrzu. W innych okolicznościach zastanawiałabym się, czy się czegoś nie naćpałam, ale doskonale wiedziałam, że to oznaka niskiego cukru. Nie jest to przyjemny high tylko raczej stan tuż przed straceniem przytomności. Dla pewności, jeszcze na ulicy zmierzyłam sobie poziom glukozy we krwi. 52. Bardzo nisko. Zjadłam płynną glukozę [ble], którą zawsze noszę w torebce, żeby się doczłapać do biura – było już niedaleko.
W sklepie oczywiście kolejka na kilometr, więc udałam się do Costa Coffee. Chciałam kupić latte i muffinka [żeby zjeść jakiś bardziej złożony wąglowodan niż glukoza],a Pan, pokazując kartkę, której nie zauważyłam, że jest awaria i nie ma wody. No nic, wypiję kawę na górze przy biurku, pomyślałam, więc wzięłam tylko babeczkę. W drodze na górę słyszałam rozmowę 2 pracowników z ochroniarzem o braku wody, i że jak oni przez 8h bez kibla wytrzymają 😛

Na górze D przywitała mnie pytaniem po co przyszłam, bo wszyscy jesteśmy zwolnieni ze świadczenia pracy. Na początku nie zrozumiałam, szczególnie, że mój mózg nadal czekał na dostawę glukozy. Okazało się, że poszła rura przy Rondzie Zesłańców Syberyjskich i musieli wyłączyć główną magistralę więc 3 dzielnice nie mają wody – w tym nasze biuro. J ostudziła moją radość, bo Szefowa kazała na razie nam siedzieć i ogarnąć wszystkie sprawy. Więc odpisałam na kilka maili, zadzwoniłam w kilka miejsc, dowiedziałam się co z pismami na dziś i jak wszystko było już gotowe, o 11.30 poszłam do domu. Głowa mnie boli, bo po gwałtownych spadkach i wzrostach glukozy to normalne, ale poszłam po zakupy, żeby mieć z głowy. Umyłam głowę, i czas na relaks 🙂

Oby więcej takich dni!

Vector illustration of girl with shopping bags on the sales

Shopping

Wczoraj po powrocie do domu z pracy:

A [moja współlokatorka]: Jak tam, żyjesz?
Ja: Żyję, ale byłam na zakupach jeszcze, dlatego jestem późniejA: O! Udały się zakupy? Kupiłaś coś ciekawego?
Ja: Tak! Insulinę kupiłam!

To trochę smutne , że człowiek się cieszy, że w aptece „rzucili” właśnie insulinę.. Czuję się jak w PRLu normalnie.. Recepty miałam w portfelu od prawie 3 tygodni. Przyzwyczaiłam się, że jak tylko pytam w aptece o Humalog, to farmaceuci się krzywią i jęczą, że nie ma i nie będzie, więc jedyną opcją jest duża apteka całodobowa – której nienawidzę. Jest w prawdzie po drodze do pracy, ale musiałabym wysiąść kilka przystanków wcześniej, a co za tym idzie – wyjść z domu o wcześniejszej porze.. Dlatego ciągle odkładałam tą „wycieczkę”, bo jakoś mi tam nie po drodze. Po pracy też nie chciało mi się jechać, bo obecnie wymieniają tory w pobliżu, więc i do domu wracałabym dłużej, bo tramwaje nie jeżdżą.
Ponieważ obok Rossmanna, do którego się wybierałam po szampon, jest apteka, stwierdziłam, że nie zaszkodzi zapytać, a nóż – widelec będzie! Nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei, szanse powodzenia mojej misji oceniałam może na 5%, a tu proszę! Wszystko było!

W Rossmannie oprócz szamponu oczywiście kupiłam całe mnóstwo innych niezbędnych rzeczy jak na przykład 2 lakiery do paznokci, maseczki do twarzy i niezbędne cienie do powiek! No cienie na prawdę były mi potrzebne, tylko dopiero po zapłaceniu okazało się, że kosztowały ponad 38 zł.. no nic, trudno 😛

W ogóle naszła mnie ostatnio refleksja odnośnie kosmetyków. Tak, jak nienawidzę kupować ciuchów [chyba, że znajdę coś fajnego przypadkiem], tak uwielbiam kupować kosmetyki! Mam ich pełną szufladę. Jak to się dzieje, że ciągle z Rossmanna wychodzę z pełną siatką, i jednocześnie ciągle mam pełną szufladę? 😛
Wiecznym problemem są balsamy do ciała. Nigdy nie potrafię jakiegoś skończyć, bo już kupuję następny, który kusi nowym zapachem albo jakimś innym bajerem. Mimo, że dałam sobie bana na kupowanie smarowideł, ciągle ich przybywa. Mam co najmniej 2 masła do ciała, jedno w ogóle nie rozpakowane, bo dostałam, i nie mam kiedy zużyć. Krem na noc nadal w pudełku, bo o nim zapomniałam, a w między czasie kupiłam następny.. Tylko krem na dzień ładnie schodzi, bo nie wyobrażam sobie rano go nie użyć.

A już hitem była sprawa płynów micelarnych do demakijażu. Te zużywam zawsze, bo jednak jak się kobieta maluje, to nie ma wyjścia – raz dziennie trzeba tapetę z twarzy zmyć. Zawsze używałam jednej marki, ale ostatnio przeniosłam się na Ziaję – dobra, polska firma! Znałam ją od dawna, zawsze lubiłam, czasami kupowałam, ale na ostatnie święta Bożego Narodzenia Mikołaj przyniósł mi cały kosz różnych kosmetyków Ziaji i trzeba było zużyć. Przy jakiejś wizycie w Rossmannie stwierdziłam, że może spróbuję czegoś nowego i kupię płyn micelarny Ziaji, zamiast AA. Ponieważ Ziaja ma niższe ceny prawie o połowę w porównaniu do innych wiodacych marek, kupiłam 2 różne płyny – bo czemu nie!
Wracam do domu, otwieram szufladę, a tam: jeden, jeszcze nie otwarty, płyn AA [bo zawsze kupuję na zapas] i dokładnie 2 takie same jak przed chwilą kupiłam, płyny Ziaji. Okazało się, że były w tym prezencie od Mikołaja, a ja kompletnie o nich zapomniałam. Więc teraz do końca świata mam zapas i nie muszę się martwić o demakijaż!! 🙂
Kolejną moją słabością są kosmetyki do pielęgnacji włosów. Te kupuje głównie w internecie. Szampon i odżywka nie wystarczą. Oprócz tego jest profesjonalna maska nawilżająca, i jak trafię to jakieś serum albo psikadła. No i ostatnio pianka. Wczoraj nie omieszkałam kupić nowego serum „bez spłukiwania”, bo już poprzednie mi się skończyło. No co ja poradzę. Widzę, że to pomaga, to kupuję, no i te na ogół ładnie zużywam i nie zalegają.

Ale co by nie mówić – muszę się postarać najpierw zużyć to co kupiłam, zanim kupię następne, o!

Ciężkie jest życie kobiety! 🙂

Sport to zdrowie

Problem poprzednich kilku dni chwilowo zażegnany. Gadaliśmy sporo, na spokojnie już, i wiem co chciałam wiedzieć. Jestem spokojna. Jakaś namiastka poczucia kontroli jest. Oczywiście nigdy nie wiem, co się wydarzy i nie mam na to wpływu. Ale J mówi mi takie rzeczy, często bolesne [albo ja odbieram to jako bolesne i stresujące], że na prawdę mam podstawy sądzić, że jest szczery. Bo przecież wcale nie musiał mi mówić o tej dziewczynie. Nie dowiedziałam się przypadkiem, tylko sam wspomniał  w rozmowie, a ja zaczęłam drążyć. Pewnie większość moich lęków było tylko nadinterpretacją jego słów. Przypuszczam, że laska jest na niego napalona, ale na szczęście on ją skutecznie gasi. Wczoraj na snap chat [bo tam czasami gadają] napisała mu, że jest sama w domu i się boi, bo jest burza, a  rodzice wyjechali na wakacje.. Boże dziewczyno, już bardziej jasnej aluzji nie mogłaś zrobić. Wiadomo, że oczekiwała odpowiedzi „oj, biedna, to ja do przyjadę”. A figa! On pisał do niej co godzinę pytanie, czy przypadkiem już nie umarła. Ha ha. Dobrze tak dziwce, niech trzyma swoje łapy z daleka od mojego faceta, o! Muszę mu zaufać, bo nie mam wyboru. Inaczej jedyne, co pozostaje to zerwać, bo nie da się żyć  w związku, a szczególnie na odległość, bez zaufania, prawda? No a tego bym nie chciała, bo dążymy cały czas do tego, żeby on się do mnie przeprowadził.

Jeden problem z głowy, no ale pojawia się kolejny, bo jakże by inaczej. Jak słyszysz od faceta sugestie, że „mogłabyś być bardziej wysportowana” to zapala się człowiekowi czerwona lampka. Nie uważam się za osobę otyłą, czy grubą, ale oczywiście, że zawsze mogłabym ważyć parę kilo mniej. Zawsze wyglądałam tak jak teraz, poza tym okresem, gdy schudłam do 49kg przez niezdiagnozowaną cukrzycę.. To były „piękne” czasy, gdy jadłam co chciałam i nie tyłam a chudłam. Oczywiście wiem, ze 49kg to za mało i że to niedowaga przy wzroście 170cm, ale był okres, że ważyłam tak w sam raz, tyle, ile zawsze chciałam. Gdy wykryto chorobę i zaczęto podawać insulinę, mój metabolizm wrócił do normy, zaczął znów magazynować tłuszcz, i wróciłam do wagi sprzed choroby. Gdy J mnie poznał 10 lat temu wiedział jak wyglądam, chociaż dziś napisał, że mnie wtedy nie widział. No na żywo mnie nie widział, ale przecież rozmawialiśmy na skype, wysyłałam mu zdjęcia. Nigdy nie ukrywałam tego jak wyglądam, nie retuszowałam zdjęć w Photoshopie. Nawet jak byłam taka chuda, to nie podobało mu się, że nie jestem wysportowana – no bo nie byłam, błam chuda, a nie ładnie wyrzeźbiona. Nigdy nie byłam sportsmanką, nigdy nie miałam figury modelki. On twierdzi, że mnie kocha, ale że byłabym bardziej seksowna wysportowana. No i dziś powiedział, że to dla mojego zdrowia. Jasne, nie da się zaprzeczyć, że ruch jest dla mnie wskazany przy cukrzycy, wiem to. Ale siłownia to najnudniejsze co może być. Dlatego chciałam kogoś, z kim mogłabym razem trenować, ale nie ma chętnych. Koleżanka z pracy, z którą miałam takie plany, poszła na macierzyński i o. Zawsze bolały mnie takie przytyki. Kobiety są wrażliwe na tym punkcie. Zawsze się we mnie coś buntuje, gdy czuję, że ktoś chce mnie zmienić na siłę. Ale dziś zaczęłam powoli dojrzewać do tej decyzji. Na stronie siłowni obok mojego biura nie ma cennika.. więc napisałam tam z prośbą o przesłanie. Chcę zobaczyć co mają i za ile. Myślałam o trenerze personalnym, bo mógłby mnie nakierować jakie ćwiczenia powinnam wykonywać, żeby zgubić to czego chcę się pozbyć. Zobaczymy co mi przyślą. Stwierdziłam, że może to w końcu motywacja, której było mi trzeba? Zdrowie zdrowiem, ale czuję, że on w delikatny sposób chce mnie do tego przekonać, zasłaniając się moją cukrzycą, a tak naprawdę przyczyna jest czysto „męska” Nie wiem jaki będzie efekt, nie wiem na ile „wyrzeźbiona” będę, i czy będzie zadowolony, ale postanowiłam, że spróbuję.

Związki to chyba najbardziej stresujące rzeczy na świecie, no może poza pracą…

aboutdiabetes1_600x450

2 lata z cukrzycą

Właśnie uświadomiłam sobie, że wczoraj minęły mi 2 lata, odkąd wylądowałam w szpitalu w stanie zagrożenia życia, i odkąd zdiagnozowano u mnie cukrzycę typu 1. Było to szokiem dla wszystkich, bo cukrzyca tego typu, zwana cukrzyca młodzieńczą, objawia się od razu po urodzeniu, albo do 15 r.ż, a u mnie wykryto ją w wieku [prawie] 28 lat. Oznacza to, że dostałam są „w prezencie” w genach. Miałam ją od zawsze, uśpioną, aż w końcu postanowiła się obudzić. Nie mylcie tego typu cukrzycy z typem 2 – czyli nabytym, spowodowanym niezdrowym trybem życia i nadwagą.

Wiedziałam, że buntowanie się nic nie da, i jedyne co mogę zrobić to nauczyć się z nią żyć. Nie nazwałabym cukrzycy swoją przyjaciółką, bo nadal chciałabym być zdrowa, ale pogodziłam się z faktem, że już zawsze będę musiała uważać na to co jem, ograniczać węglowodany i kłuć się po kilka razy dziennie. Cukrzyca jest w mojej świadomości tak głęboko, że nawet we śnie, gdy coś jem, pierwsza moja myśl, to zmierzyć cukier i wstrzyknąć insulinę. Nigdy nie śnię, że jem tak jak normalny człowiek – co chcę i ile chcę. Zawsze patrzę na jedzenie przez pryzmat ilości gramów węglowodanów i ilości potrzebnej insuliny.

Nie taki straszny diabeł, jak go malują. Da się z tym żyć, i to w miarę normalnie. Po prostu człowiek wyrabia sobie pewne nawyki, zaczyna myśleć w inny sposób. Oczywiście, że jestem czasami zła na los, pytam czemu mnie to spotkało. Dlaczego nie mogę bezkarnie zjeść ciastka, nie myśląc przy tym o ile skoczy mi cukier. Tak, jem czasami słodycze, ale wiadomo, że nie tak często i bezstresowo, jak człowiek zdrowy.

Choroba wpływa na moje samopoczucie. Czasami ciężko jest wycyrklować odpowiednią dawkę hormonu, co skutkuje za wysokim, bądź za niskim poziomem cukru, co jest bardzo niebezpieczne, i często, nieprzyjemne. Niestety nie tylko to, co zjemy wpływa na glikemię. Wszystkie hormony [oprócz insuliny] skutkują podniesieniem poziomu cukru [także na przykład w trakcie menstruacji, albo rano, gdy wydzielają się hormony poranne, cukier zawsze skacze]. Trudno w dzisiejszych czasach się nie denerwować, a stres [np. adrenalina] również ten poziom cukru podnoszą.

Nie jest łatwo, ale inni mają gorzej. Jeśli nie mogę wygrać [bo chwilowo leku na cukrzycę nie wynaleziono, jest to choroba przewlekła, którą ma się do końca życia], to muszę ją zaakceptować jako część siebie. I nie, nie czuję się napiętnowana. Dietetyczka w szpitalu w ogóle mówiła nam, że nie powinno się stygmatyzować diabetyków, że są chorzy. Ona tłumaczyła nam to w taki sposób – wasza trzustka nie wydziela po prostu hormonu, więc musicie go wstrzykiwać. Kobiety w trakcie menopauzy też nie mają dostarczającej liczby hormonów, więc biorą tabletki. I coś w tym jest. Insulina to lek jak każdy inny, tylko wstrzykiwany pod skórę, a nie połykany. Jedyne, z czego się mogę cieszyć to to, że żyję w takich czasach, gdzie są glukometry, które pozwalają na badanie stężenia glukozy we krwi zawsze i wszędzie, w ciągu kilku sekund. Że są wstrzykiwacze, a nie jak kiedyś, strzykawki ze sterylizatorami do igieł. Technika dale idzie na przód, więc kto wie, może przed śmiercią doczekam się jakiejś innowacji i może moja trzustka będzie w stanie się zregenerować? Zobaczymy. Tymczasem ciesząc się, że przeżyłam, „świętuję” moje 2 lata z cukrzycą.

Babcia i konspiracja

Jak już wspomniałam wczoraj, byłam z wizytą u mojej babci. Należy tu wspomnieć o bardzo ważnej rzeczy, mianowicie – moja babcia nie wie, że 2 lata temu wylądowałam w szpitalu i zdiagnozowano u mnie cukrzycę 1 typu [tą genetyczną, a nie nabytą]. Mama stwierdziła, żeby babci nie denerwować, nie będziemy jej mówić. Więc wizyty oko w oko z babcią nie należą do łatwych. Raz, że wiadomo, że nie może się dowiedzieć, ani zobaczyć, że mam insulinę, czy glukometr. Dwa – muszę bardzo uważać, żeby się z czymś nie wygadać. Cukrzyca jest dla mnie sprawą tak naturalną i oczywistą, że nie ukrywam tego przed ludźmi. W pracy wszyscy wiedzą [głównie dla bezpieczeństwa, żeby wiedzieli co zrobić, jak nie daj Boże zasłabnę z powodu niedocukrzenia], znajomi i przyjaciele też są tego świadomi. Ale jak babcia mnie zapyta: „co u Ciebie?”, to muszę omijać tematy związane z brakami insuliny w aptekach, wynikami badań krwi, wizytach u lekarza, czy o miesięcznym zwolnieniu, na którym wylądowałam 2 lata temu z powodu wyżej wspomnianej choroby. Kiedyś moja mama była u niej z wizytą, i babcia [sokole ucho] usłyszała, że mówię coś o recepcie i aptece [chodziło o problem z insuliną, i mama miała zapytać w swojej aptece i wykupić receptę]. Potem męczyła moją mamę pytaniami, że co mi jest, czy jestem chora, że jaka apteka. W tym czasie moja współlokatorka miała grypę, więc mama szybko wymyśliła historyjkę, ze nie może znaleźć jakiegoś antybiotyku, i że mama obiecała pomóc.. Babcia nadal była dociekliwa, nie chciała wierzyć, bo „przecież można zamówić w aptece i będzie na 2 dzień”. Także łatwo nie jest… 😛

Jednym z objawów nieleczonej cukrzycy jest bardzo szybkie chudnięcie. Insulina jest odpowiedzialna za przekazywanie glukozy z krwi do mięśni, gdzie jest zamieniana na energię. Moja trzustka skapitulowała, więc stężenie cukru rosło we krwi, a organizm, próbując się ratować, spalał tłuszcz. Tuż przed szpitalem ważyłam poniżej 50 kg, a przy wzroście 170cm jest to niedowaga. Moja babcia zapamiętała mnie właśnie taką. Teraz wróciłam już do swojej normalnej wagi, ale od babci usłyszałam, że o Boże jak ja strasznie przytyłam! I zaczęła dochodzenie, że czemu ja aż tak schudłam wcześniej, a teraz aż tak przytyłam. Ja oczywiście nie mogłam się obronić i powiedzieć jej prawdy, że wtedy spowodowane to było chorobą, a teraz, ponieważ wstrzykuje sobie insulinę i mój organizm działa poprawnie – znów ważę tyle ile przed chorobą…
I tak najlepsze było, jak powiedziała:

Babcia: musisz koniecznie schudnąć! Bo wiesz, jak to zaniedbasz to jest niebezpieczne! Cukrzyca. Boże, ludzie z cukrzycą to mają zakażony organizm!

Miała oczywiście na myśli cukrzyce 2 typu, którą nabywają ludzie, najczęściej, otyli. No mnie to nie dotyczy, bo ja moją chorobę dostałam w genach. Ale siedziałam cicho. Nawet myślałam, żeby z nią podyskutować, bo nie o co jej chodziło z tym zanieczyszczonym organizmem, ale stwierdziłam, że przemilczę. Lepiej, żeby porzuciła ten temat, bo mogłabym się jeszcze z czymś wygadać. Oczywiście nie obeszło się bez słodyczy. Wepchnęła we mnie połowę ptysia i połowę eklerki [mimo, że mówiłam, że nie chcę!], koniecznie z truskawkami i czereśniami – czyli wszystko, czego unikam jak ognia. Do wody chciała uparcie wlać mi syropu cytrynowego, ale udało mi się przewalczyć wodę bez dodatków. Poszłam „umyć ręce”, ale przemyciłam do łazienki torbę, gdzie miałam glukometr i insulinę, zmierzyłam cukier, wstrzyknęłam ile mi się wydawało, że trzeba na te ptysie i eklerki, a ona nic nie zauważyła, uff.

Babcia skwitowała, że jakby wiedziała, że teraz „tak wyglądam” to by nie kupowała tych ciastek.. No dzięęęęęki babciu, naprawdę..
Całe życie miałam tendencje do bycia raczej okrągłą niż szczupłą, ale nie powiedziałabym, że byłam otyła, czy gruba. Babcia zawsze była szczupłą osobą, i całe życie słyszałam od niej, że muszę koniecznie schudnąć [co nie przeszkadzało jej w wmuszaniu we mnie jedzenia, a jak nie chciałam jeść, to lamentowała, że ja nic nie jem!]. Jak w końcu schudłam, to słyszałam, że wyglądam jak kościotrup, i że muszę przytyć. No nie nadążysz..

Życie z chorobą nie jest łatwe, ale jej ukrywanie jest chyba jeszcze trudniejsze..  😉

11133823_928059667236859_8406585592200521376_n

Owocna sobota

Zawsze sobie mówię, że dłużej pośpię w sobotę. No i dziś obudziłam się o 8.00.. No, w sumie wczoraj padłam jak mucha przed 23.00, więc swoje przespałam, ale często budzę się w weekend o 7 czy 8, zamiast poleniuchować.

Ale dobrze się stało. Zwlokłam się z łóżka, i przed 10.00 wybrałam się do Biedrony po zakupy, zanim żar zaczął się lać z nieba. W sklepie już poczułam się „dziwnie”. To dla mnie zły znak, niski cukier. Cholera, to tu zrobić.. Wzięłam tylko kartę, zmieniłam torbę, więc nie miałam ze sobą ani glukometru ani nic słodkiego, na przykład glukozy w żelu. Mądra ja. No ale ponieważ czasami w Dronce kupuj sobie cukierki, właśnie na takie przypadłości, w koszyku miałam torbę mini Milki Wayów. Teraz musiałam uważać na obsługę sklepu, żeby nie widziała, że sobie podjadam, zanim nie zapłacę. No niestety nie miałam wyboru – albo to, albo mogłabym stracić przytomność. Na szczęście nikt nie zauważył. Pomogło, dotarłam do domu, po drodze konsumując loda 😛

Potem czas na mycie łazienki i w końcu zrobienie porządku z ciuchami. Niestety najwyższy czas, żeby schować swetry i zimowe ciuchy,a powyciągać te letnie. Jestem z siebie dumna 😀 Pograłam sobie w Strife trochę, nawet sporo meczyków udało się wygrać 😛

Blood Lust!

Rano na głodnego pojechałam robić badania krwi, bo muszę mieć na poniedziałkową wizytę u lekarza. Pojechałam do Diagnostyki niedaleko mojej pracy, bo po pierwsze blisko, a po drugie prawie 30 zł taniej niż w LUXMED [który mam bliżej, bo widzę go z okna mojego biura :P]. No ale 30 zeta piechotą nie chodzi. I w ogóle miłe zaskoczenie, że wyniki można sprawdzić online, więc nie będę musiała w piątek jechać 😀 Już kilka godzin po pobraniu krwi miałam pierwsze 2 wyniki. Keratynina w normie, Cholesterol też. Chociaż tyle!! 😀 Jeszcze czekam na jeden znacznik, najważniejszy, który określa średnie stężenie glukozy we krwi na 3 miesiące wstecz.. I obawiam się, że już taki dobry nie będzie, no ale zobaczymy..

W pracy nadal bieganina, ale nieco spokojniej, niż w zeszłym tygodniu. Przyjechał taki chłopak z Poznania [bo w tam też jest jedna część mojej jednostki organizacyjnej], który będzie zajmował się budżetem i kilkoma innymi sprawami przejętymi po koledze M. Więc jeszcze jakieś składanie wniosków o dostępy do ORACLE mnie czekały. Będzie się działo, będzie zabawa.. eh.  Już nie mogę się doczekać czwartku, a potem weekendu…

Z pamiętnika cukrzyka

W drodze do pracy wstąpiłam do mojej apteki z receptą. Sądząc po grymasie na twarzy Pani Magister Farmacji, nie było dobrze. Na to, że apteka nie będzie miała mojej insuliny na stanie – byłam przygotowana, ale na to, że od ponad 2 tyg nie ma jej w hurtowniach, już nie. Po przyjeździe do pracy od razu zaczęłam dzwonić po aptekach i pytać która ma na stanie ten lek. W kilku było tylko jedno opakowanie, a na recepcie mam 2, lub to co mieli było już odłożone dla jakiegoś pacjenta. W końcu przypomniałam sobie o sieci aptek ZIKO. Zadzwoniłam na infolinię, i bardzo miła pani sprawdziła dla mnie dostępność insuliny w aptekach w Warszawie. Znalazła 2 opakowania na Al. Niepodległości, ale powiedziała, że raczej nie da rady telefonicznie zarezerwować leku. Niemniej jednak podała mi tel do apteki. Na szczęście Pani Farmaceutka od razu i bez problemu zgodziła się odłożyć mi 2 op. Humalogu do końca dnia. Alleluja!

Z brakami insuliny w hurtowniach borykam się już od września 2014. Spowodowane jest to tym, że nasza polska insulina, ponieważ refundowana, jest dużo tańsza niż ta w innych krajach, dlatego sprzedawana jest przed nieuczciwe apteki i małe hurtownie za granicę. I nie chodzi tu tylko o insulinę, ale o inne leki ratujące życie [np. te po przeszczepach]. Producent twierdzi, że przecież wysłał taką i taką ilość do hurtowni, więc na razie nie będzie wysyłał więcej. A z hurtowni mała ilość leków trafia to aptek i pacjentów indywidualnych, bo większość jest sprzedawana za granicę za podwójną lub potrójną cenę.. Muszą to jakoś rozwiązać, bo ja na prawdę za każdym razem jak idę do apteki, boję się w ogóle pokazywać receptę..

Także plan na dziś: po pracy idę w końcu kupi nowy telefon <3, w tym samym miejscu idę na pocztę z służbowymi listami, a potem w ten deszcz jadę na drugi koniec Warszawy odebrać insulinę. Cudownie się zapowiada…