Dzieje się, oj dzieje!

Nic się nie działo to nie pisałam,  a teraz spadam e tyle dzieje,  że nie wiem od czego zacząć!

Zacznę może od newsa dnia: James był dziś na rozmowie kwalifikacyjnej i dostał pracę! 🙂 nie jest to może najlepsza fucha na świecie, ale na jej podstawie można zacząć załatwiać pozwolenie na pobyt czasowy i pozwolenie na pracę. Ponad miesiąc temu zaaplikowaliśmy do firmy gdzie pracuje mój znajomy bo podobno szukali testerów gier. Ponieważ James od najmłodszych lat się w to bawi więc doświadczenie ma. Po 2h testów i rozmowy i 3min zastanowienia dostał tę robotę 🙂 szczegóły poznam w domu 🙂

Jak już mówiłam do dziś niewiele się działo. Na urlopie się rozleniwiłam. Chodziłam spać o 2-3, wstawalam w południe. Zrobiłam błąd zaczynając grać w kolejne 2 gry,  w które GTA James (Heroes of the Storm i Hearthstone) co okazało się być pożeraczem czasu 😛

Dziś pierwszy dzień po urlopie mnie nie oszczędzał. Pod kościołem,  w drodze na przystanek,  prawie zabiłem się 2 razy, bo nikt nie posypały tej szklanki na chodniku, a potem kolejny raz wywróciłabym orła pod pracą. Uff,  dotarłam. Odbijam się identyfokatorem na bramce. Nie działa. Biorę zastępczy z recepcji. Okazało się,  że ponoć trzeba było przedłużyć ważność przed końcem roku,  ale ja żadnego maila w tej sprawie nie pamiętam.
Szefowej nie było,  bo ma chore dziecko i chorą nianię, ale prawie jakby była,  bo ciągle coś chciała. Pod koniec dnia zadzwoniła nawet z problemem,  że dostała mandat za złe parkowanie,  ale zwial go wiatr więc musiałam się dowiedzieć co dalej.  Wygooglalam mnóstwo informacji. Najpierw,  że należy zapłacić w urzędzie wojewódzkim. Tam przkierowano mnie do urzędu wojewódzkiego,  ale w Opolu. Zadzwoniłam,  żeby się upewnić,  to skierowano mnie do izby skarbowej,  też w Opolu. Zadzwoniłam do straży miejskiej, to skierowano do ZDM. nosz kurwa mać… Nadal nie wiem co i jak l,  stanęło na ZDM..
Mówiąc krótko – było co robić! Padam na twarz,  bo mimo usilnie prób zasnęłam palenie ok 3,spalam ok 4h, ale bardzo płytko. Dziś mogę odetchnąć. Wszystko na dobrej drodze!

Reklamy

Późna pobudka

Miałam dobre intencje. Chciałam sama z dobrej nieprzymuszonej woli pojechać z mamą, jej mężem i babcią na cmentarz z okazji zbliżającego się Święta Zmarłych [z mojej inicjatywy sprzed kilkunastu lat jeździmy przed tym świętem, żeby uniknąć tłumów]. Umówiłyśmy się z mamą na w pół do jedenastej.

Obudziłam się około 8.00 i poszłam dalej spać.

Obudził mnie telefon:

„No to my już jesteśmy na dole, możesz schodzić” – powiedziała mama

Co? Gdzie? Jak? Która godzina – pomyślałam.

Okazało się, że spałam dłużej niż zamierzałam, bo 2,5h dłużej! No i oczywiście nigdzie nie pojechałam… Eh.

Operacja „Piec” ciąg dalszy

Sprawa z piecykiem oczywiście nie była sprawą prostą. Pan Fachowiec przyjechał po 18.00. Rozebrał piecyk na części pierwsze i wydał diagnozę, że zepsuł się [jakiś] przełącznik. Wymiana = 160 zł. Potem dowiedziałam się, że nie był to jegomość, z którym miałam [wątpliwą] przyjemność rozmawiać przez telefon. Tamten, na emeryturze, pod przykrywką serwisu, zbierał zamówienia i przekazywał je Panu Fachowcowi, który musiał mi za to odpalić 100zł. No masakra jakaś. Jak się dowiedziałam od mojej mamy, ten emeryt był dawno dawno u nas naprawiać piecyk. Nie pamiętała, czy była z niego zadowolona, ale z opowieści fachowca mogę wnioskować, że to nieprzyjemny typ spod ciemnej gwiazdy. Pan Fachowiec dał mi swój prywatny numer, żeby jeśli się coś będzie działo, dzwonić bezpośrednio do niego, bez pośrednika. Poszedł, a ja radośnie poszłam myć włosy, żeby zmyć wczorajszy smród papierochów mojej babci. Nałożyłam odżywkę, wyłączyłam wodę… I piecyk zaczał cykać, potem wypuszczać małe ilości gazu, potem znów cykać – i tak w kółko, bez przerwy. O nie – myślę sobie! Coś jest znów nie tak. Dzwonię więc do Pana Fachowca, opisuję problem, na co on odpowiada, że chyba wie, że to jakaś wajcha się obluzowała. Zapowiedział, że przyjedzie, bo przecież mnie nie zostawi z usterką, a że blisko mieszka to luz. No ok, to ja idę zmywać odżywkę.

Po co ja sobie żartowałam, że może nie będę nakładać odżywki, bo znając moje szczęście będę ją spłukiwać zimną wodą?? No po co kusiłam los?
Cykania nie było, ale ciepłej wody także… Nosz k.. mać. No nic, myślę sobie, ważne, że Fachowiec w drodze to naprawi. Przyjechał – woda ciepła znów jest. Ale okazało się, że jakaś uszczelka poszła, i zalewało jakąś część, a ta, bo elektryczna, się zepsuła. Mówi, że ma taką część, ale w domu, więc biedak musiał jechać znowu, wrócić i wymienić, co kosztowało mnie kolejne 100zł. Całe szczęście, że to nie była inna ,która kosztowała 400! Uh. Cała operacja „piec” zakończyła się po 21.30.

Z tego wkurwa na mój los zaczęłam sprzątać, bo bałagan mnie drażnił. Starłam kurze, powywalałam jakieś niepotrzebne graty, odkurzyłam dokładnie pokój, i nawet przedpokój! Póki co piec działa, bo dziś  rano mogłam w końcu wziąć prysznic. Uff.

Usterka

Wracam Ci ja wczoraj do domu, zmęczona jak koń po westernie, bo byłam po pracy z mamą u babci. Przebrałam się w moje domowe ubranko [T-shirt i szare spodnie, wiem, sexy, ale chrzanię, bo mi wygodnie!] i pomaszerowałam do łazienki zmyć makijaż. A tu nie ma ciepłej wody. Jako że NADAL żadne prace w na mojej klatce, w celu likwidowania piecyków gazowych, się nie rozpoczęły [a zaznaczam, że dziś jest ostatni dzień września!], jestem zmuszona korzystać w dalszym ciągu z tegoż urządzenia.
Rok temu, przed moim wylotem do Stanów, piecyk przechodził konserwację i czyszczenie, więc WTF! Zadzwoniłam od razu do Pana, który przy ostatniej wizycie przykleił na piecyk swój nr telefonu, i bardzo dobrze zrobił, bo nie musiałam szukać w sieci. Niestety, jest poza Warszawą, wraca w czwartek wieczorem, więc mógłby być u mnie w piątek. Świetnie, myślę sobie. Do piątku bez ciepłej wody to słabo trochę. Ale pyta mnie co się dzieje, i że może pomoże przez telefon. To opisuję mu sytuację, że piecyk w ogóle nie reaguje, nie ma charakterystycznego cykania, które zwykle towarzyszy zapalającemu się płomieniowi. No po prostu mogiła. Pyta, czy wymieniałam jakoś niedawno baterie. I coś mi zaczęło świtać, że faktycznie mówił mi o jakiś bateriach rok temu! No oczywiście, że nie wymieniałam, bo nawet nie pamiętałam, że tam są! Nie posiadam dużych paluszków R20, więc A się zlitowała, bo była ubrana „nie po domowemu” i zeszła na dół kupić. Wymieniłam, i… Działa! Uff.

Wstaję rano, gotowa, żeby wziąć prysznic.. A tu znów to samo – piecyk nie reaguje. Wyjmowałam i ponownie wkładałam baterie, coś tam grzebałam, ale bez rezultatu! Nosz k.. mać! Dojechałam do roboty, to zaczęłam dzwonić po serwisach Junkersa. Jak nietrudno się domyślić nigdzie, gdzie zadzwoniłam nie było terminu na dzisiaj, a najbliższy wolny termin to piątek, lub poniedziałek! Pewnie… Nie będę się myć, albo będę, w  miednicy, a żeby umyć włosy, to będę jeździć do mamy chyba…
W końcu się udało! Fachowiec ma przyjść dziś o 18.15, bo ja dziś o 17.30 dopiero wychodzę z pracy, a A nie wiadomo o której będzie w domu. Teraz tylko się modlę, żeby to nie było nic poważnego – żeby dało się naprawić, i żeby nie wydać fortuny. Wtedy bym się na prawdę wkurwiła, bo piecyki miały być wymienione we wrześniu! Więc jeśli przyjdzie mi za niego jeszcze dużo zapłacić, to będzie duża niesprawiedliwość losu.