Relationship Status: Single

Nie żegnaliśmy się długo. Chyba przez ten miesiąc dość już powiedzieliśmy i wypłakaliśmy. Niedługo po moim powrocie z pracy zamówiłam taksówkę. Przez 10 minut ledwo zamieniliśmy słowo. Było ciężko więc rozumiem dlaczego chciał jak najszybciej jechać do hotelu. Jutro z samego rana ma samolot.

Płakałam trochę. Jak weszłam do pustego domu. Cieszę się, że jestem wolna, będę mieszkać sama, będę mogła robić to na co mam ochotę. Ale mimo to jakoś jeszcze dziwnie. Przywyknę.

Pierwsze co zrobiłam to wyprałam pościel i zmieniłam na nową, którą niedawno kupiłam. Umyłam włosy, zaczęłam oglądać nową japońską dramę.. Jakoś mnie ostatnio wzięło na dramy. To specyficzny gatunek i każdy, kto nie zna choć trochę japońskiej kultury, zrozumie i doceni. Tam wszystko jest takie proste.. Może tego właśnie potrzebowałam, takiego odmóżdżenia.. Jak skończę oglądać nowe, to pewnie obejrzę jeszcze dwie moje ulubione. Zawsze budzą we mnie pozytywne emocje..

Zaczynam nowe życie. Teraz musi być tylko lepiej.

„The wound is the place where the Light enters you”

Reklamy

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Kurtka

Idzie zima więc trzeba kupić nową kurtkę, bo stara się już wysłużyła. Już od listopada się rozglądam. Jedną nawet upatrzyłam w House, ale nie kpiłam [niestety]. Dziś i tak musiałam wstąpić do galerii handlowej do Carrefour’a więc przy okazji stwierdziłam, że popatrzę dookoła, czy jakaś fajna kurtka gdzieś nie wisi. Znalazłam jedną niezłą całkiem, ale głupia ja stwierdziłam, że sobie zadzwonię do matuli się poradzić, bo mi się te wszystkie kurtki wydają tak samo ciepłe jak ta, którą obecnie noszę. No więc mama stwierdziła, że ważne, żeby była dłuższa niż obecna i żeby można było coś pod spód założyć. I ok.

Myślę sobie szybko, że w takim razie pojadę do Złotych Tarasów po tą upatrzoną moją kurtkę, bo mi się najbardziej podoba. Mama na to że ona od babci będzie wracać, to się możę tam o 19 spotkamy. O ja głupia się zgodziłam…

Lecę z zakupami z Carrefour’a , mało się nie poślizgnę, do mojego autobusu 158, który stoi na przystanku, ale gdy jestem 3m od niego zamyka drzwi, rusza i odjeżdża… Nosz kurwa mać ja pierdolę – klnę sobie pod nosem, całkiem głośno. 18.20, następny autobus za 10min. No to drałuję na kolejny przystanek, bo może coś szybciej podjedzie. Oczywiście same nie moje, a o 18.29 przyjechalo 127 – czyli wyszłoby na to samo jeśli poczekałabym na 158… No ale nic, jadę. Wpadam do domu, zostawiam rzeczy, biegnę na tramwaj.

Matka do mnie dzwoni, że już jest, to mówię, że idę po nią, bo w podziemiach to się nigdy nie znajdziemy. Witamy się, na co ona mówi, że w podziemiach tu niedaleko jest taki sklep z kurtami, to może się przejdziemy. Jak niedaleko, to czemu nie, myślę sobie. Idziemy, matka chce iść dookoła Złotych bo tam ponoć jest to zejście do podziemi do tego sklepu. Mówię jej, że to nie tam, ale ta idzie. Dochodzimy do ślepej uliczki, a ta zdziwiona, i mówi aaa bo ja to tam szłam, na skos, jakbyśmy tam poszły, to już byśmy były. Nosz przecież ona prowadziła i nie słuchała moich sugestii… ok, zagryzam zęby, idziemy dalej. Mowie, chodź, możemy przejść przez halę dworca, będzie szybciej, ona, że nie, że ona nie chce, że jest na peronie i że ona już nie wie gdzie jest.. Boże jasny, przecież perony są pod nami, poza tym dojdziemy zaraz tam, gdzie mówiłaś, że jest to zejście. Idziemy. Ta zmienia kierunek, chodzimy w kółko, mnie już szlag trafia. Pytam: jesteś pewna, że to te podziemia, a nie te przy Metrze Centrum? Ona na to, no tak, przy metrze. No to jej 20 min tłumaczę, że to w takim razie nie te podziemia, bo one się nie łączą, i trzeba albo przejechać przystanek albo przejść przez Dworzec Śródmieście i na piechotę. To ta się upiera, że ona wie, że to tutaj, a potem znów słyszę, że to było jak „wysiadała z metra”…

Moja cierpliwość się wyczerpała. Mówię, że nie idę z nią na żadne zakupy do podziemi,  tylko, że była mowa, że ja jadę do sklepu, wchodzę, kupuję kurtkę i jadę do domu. Koniec. Ta do mnie co ze mnie za kobieta która nie lubi robić zakupów. A taka właśnie. Nienawidzę szukać, chodzić po sklepach, przymierzać. Nieeeee. Wchodzimy do House. Widzę, że nie ma mojej kurtki, ale szukam, może przewiesili. Ale widzę kilka modeli, które zmierzyłam z ciekawości, bo wiadomo, że jak się nie założy, to się nie wie jak będzie leżało. I pokazuję jej jeden z modeli, na co ona „tą szmatę mierzyłaś?? Nie szkoda Ci czasu było?” i stoi i nawija jakie tu są szmaty i brzydkie rzeczy, że wszystko takie samo w tych sieciówkach. Pytam skąd wie, skoro nawet nie widziała modelu, który mierzyłam? Jakby był taki sam jak reszta, to chyba nie jechałabym zrąbana po całym dniu pracy, i po zakupach, po taką samą jak wszędzie kurtkę. Jakby tak było, to kupiłabym dziś tą, którą widziałam i nie zawracała głowy… Wyszłyśmy. Próbowała mnie przekonać żebyśmy weszły do kilku sklepów, ale ja miałam dość. Najpierw tracenie czasu w podziemiach, potem jej komentarze w sklepie. Byłam zła, zmęczona i było mi gorąco. Pożegnałam się i pojechałam do domu.

Kurtki nadal brak…

Mówią, że jaki pierwszy dzień Nowego Roku,  taki cały rok.. 

No to już wiem,  że mój będzie chujowy… 

Ostatnia prosta

Wydaje Ci się, że kogoś dobrze znasz. Poznaliście się 11 lat temu w internecie, dużo rozmawialiście, zbliżaliście się do siebie. W końcu znajomość przerodziła się w przyjaźń, a przyjaźń [w bólach] w miłość. Po latach zwlekania poznaliście się na żywo, i po kilku spotkaniach postanowiliście zamieszkać razem.

I dopiero wtedy poznajesz człowieka na wylot – zawsze to powtarzałam. Coraz częściej zastanawiam się , czy zakochałam się w złudzeniu. Bo to co widzę znacznie odbiega od tego, jak Go widziałam. Miłość jest ślepa, jak to mówią.

Kłóciliśmy się zawsze, on był impulsywny, ja czasem też, ale jednak zawsze dążyłam do zgody, bo nie lubię napięcia, nie lubię złej atmosfery, lub nie lubię niepewności. A niepewna byłam często, bo już podczas naszych rozmów online wiele razy pozostawiał mnie z minuty na minutę nie wyjaśniając czemu rozłącza się na Skype. Teraz to „rozłączanie” zastąpiło zamykanie drzwi przed nosem. Wiele razy myślałam, że ta znajomość już się skończyła, bo kontakt urywał się z jego winy. Był okres ponad roku, że w ogóle nie rozmawialiśmy. To zawsze on trzymał w ręku wszystkie karty, a ja musiałam grać według jego zasad, które nie zawsze znałam.

Ciężko jest, mimo najszczerszych chęci, dogadać się z osobą, która nie chce rozmawiać. Która wszędzie widzi w innych wady, a w sobie – nigdy. Nigdy nie wiadomo które słowo albo pytanie wzbudzi w nim gniew, a w takim przypadku winna spada na osobę, która owe słowa wypowiada. Dodam, że owe słowa nie są obraźliwe, ani nie prowadzą do kłótni. Przynajmniej w przypadku innych ludzi.

Ja mam zarzuty do tego, jak mnie traktuje, że celowo rani, z sarkastycznym uśmiechem na ustach, że nie rozmawia, a potem w gniewie rzuca mi w twarz jakieś zarzuty, o których słyszę pierwszy raz w życiu. Widzę, że się od siebie oddalamy, c nie jest dziwne, jeśli po powrocie z pracy wszystko co widzę, to albo jego w złym humorze, pijanego, albo chorego. Ale według niego wina, oczywiście, jest moja..

Jesteśmy teraz na rozdrożu – czy zostać razem czy się rozstać. Już od dawna przygotowuję się na taki scenariusz, bo widzę, że coraz częściej walczymy, kłócimy się i nie jesteśmy szczęśliwi. Pytanie tylko czy on jest w stanie się zmienić? Nie twierdzę, że ja nie mam nad czym pracować. Mam. Ale trudno jest zacząć coś naprawiać bez dobrej komunikacji, a akurat komunikacja po mojej stronie jest dobra – nie licząc bariery językowej. Na to nic nie poradzę. Często trudno w pełni  wyrazić swoje uczucia w innym języku, a to ja muszę się kłócić nie w swoim ojczystym języku, i on to wykorzystuje.

Nie wiem co będzie. Tracę nadzieję. Ojciec J przylatuje w przyszłym tygodniu, jak się okazuje dlatego, żeby z nim poważnie porozmawiać. Tak przypuszczałam, że ostatnio nie mieli czasu na to. Szkoda, że to wszystko dzieje się przed świętami. Mam jakiegoś pecha, bo moje wszystkie związki kończą się  pod koniec roku [albo wrzesień-październik, albo w grudniu jak widać…].

Mówią, że rozstać się będzie lepiej. Moja mama nie wierzy już w powodzenie tego związku. Może i racja, ale łatwo powiedzieć komuś, kto nie jest w to zaangażowany emocjonalnie i kto tyle nie poświęcił czasu i energii, żeby to wypaliło. Pomogłam mu znaleźć pracę [z której nie jest zadowolony…], pomogłam z formalnościami, żeby załatwić legalny pobyt, pomagałam na każdym kroku, kiedy tego potrzebował, utrzymywałam go gdy jeszcze nie pracował… To boli patrzeć, że to wszystko na nic…

Ale jeśli zdecyduje, że nie chce ze mną być, uszanuję to. Nie mam wyjścia. Ja już nie mam siły walczyć, a szczególnie za nas dwoje. To ostatnia prosta.

Ughhhh!!!!!

Dzisiejszy dzień to istny Armageddon, oczywiście wtedy, kiedy P na studiach a ja ze wszystkim sama.

Dziś do końca dnia [pewnie z powodu ostatniego dnia miesiąca?] czyli do 23.59 można wysłać wniosek o dofinansowanie z UE na szkolenia, więc oczywiście kiedy się u mnie za to zabrano? DZISIAJ! Rano przyjechała jakaś kobita, która miała pomóc w wypełnianiu wniosku. Zaczęło się od problemów z miejscem parkingowym. Dzień przed spotkaniem mówiłam wyraźnie, że miejsc wolnych nie ma, i że MOŻE coś się zwolni następnego dnia rano. Pytam rano, nadal nic. Potem Szefowa jest zaskoczona, że ona nie wiedziała, że nie ma miejsca, bo jej menadżerka, która o rezerwację prosiła, nie przekazała [bo „myślała, że przez 24h to się miejsce znajdzie”]. Super. Jasne. Się znajdzie, się załatwi. Więc dlatego powiedziała biednej kobiecie, że miejsce na nią czeka.. musiałam latać na ostatnią chwilę, bo przyjechała wcześniej, i prosić menadżera, żeby się przeparkował do pobliskiego centrum handlowego, żeby Pani mogła zaparkować, potem dzwonić po ludziach, żeby ten samochód wpuścili. No jakiś sajgon. Udało się.

Ale to początek atrakcji! Żeby podpisać owy wniosek należy złożyć podpis elektroniczny, a żeby go złożyć, to najpierw trzeba go mieć. W poniedziałek Izba, z którą współpracujemy zaczęła temat, i umówiła pana z firmy, żeby przyjechał do biura i dokonał formalności. Akurat na przyjazd Pana złożyło się to, że musiałam najpierw załatwić sprawę w kancelarii na dole, potem lecieć po sałatkę dla Szefowej i po drodze go zgarnęłam, bo miał tylko pół godziny. Gdy odprowadzałam go na dół po spotkaniu, dowiedziałam się, przypadkiem, że trzeba jeszcze na nim zainstalować jakieś certyfikaty. Bosko – przecież jestem kurwa informatykiem [nie jestem!] i wiem jak to się robi!To po cholerę on przyjechał? Tylko podpisać dokumenty i dostarczyć token? Świetnie. Spędziłam kolejne 2 godziny instalując certyfikaty, dzwoniąc do IT bo oczywiście nie można niektórych rzeczy zrobić jak się nie ma uprawnień administratora.. Potem jeszcze dzwoniłam znów do gościa, żeby się upewnić, że zrobiłam wszystko jak należy – ponoć było ok. Ale on od razu powiedział, że nie wie na jakiej platformie będzie podpisywany wniosek, więc trudno mu powiedzieć, czy nie będzie problemów, ale powinno działać. Na platformie nie można było sprawdzić, nie wysyłając przy tym wniosku – a nie był jeszcze gotowy.. więc pat. A sprawdzanie na jakimś pdf też nie byłoby sensu, bo na pdfy są inne certyfikaty, i te mogłyby działać, a na stronie gdzie jest owy wniosek – mogłoby się coś zdarzyć… Nie przewidzisz. Więc powiedziałam to wszystko Szefowej, uprzedziłam nasze IT, które działa 24h na dobę, że mogą dzwonić, na wypadek, jakby nasze systemy miały jakieś zabezpieczenia, sprawdziłam z tym kolesiem od tokena co mogłam przez telefon i poszłam do domu.

Godzina 21.00 dzwoni Szefowa, że podobno certyfikat źle zainstalowany i że co ona ma robić. Skąd mam wiedzieć?! To ten Pan miał przyjść i „wszystko dla nas zrobić”. Czy ja mam w obowiązkach znać się na jakiś podpisach elektronicznych? Czy ja mówiłam, że na 100% będzie działać? Nie. Jeśli jutro usłyszę, że to moja wina, to na pewno nie będę przytakiwać, o nie! Zrobiłam wszystko wedle mojej wiedzy i wedle mojej mocy, żeby to zadziałało. Próbowałam się zabezpieczyć na wszystkie możliwości wedle dostępnych środków. Ale winnego pewnie będzie trzeba znaleźć i nawet już wiem kto nim będzie.

Oczywiście do powyższego mogę dodać jeszcze tyle, że w ciągu dnia miałam inne swoje obowiązku, plus rzeczy, które zwykle robi P, bo jej nie ma w środy, i bez przerwy albo zadania od Szefowej ASAP, i po 100 razy kawa/herbata/ciastka i inne pierdoły.

Mam dość! DOŚĆ.

Dobranoc.

Podobno dobro wraca… kiedy moje do mnie wróci?

Od wczoraj z nieznanego mi powodu J ma focha. Jedną z przyczyn był Dzień Dziękczynienia. Chyba sam nie spodziewał się,  że tak go to dobije, że nie jest wtedy z rodziną, mimo, że rodzice wyjechali trochę ponad tydzień temu. Mój tata proponował, że zrobimy Dzień Dziękczynienia, powiedział, że nie chce, bo nie czuje atmosfery, że nie ma czasu… Więc o co tyle krzyku? W czym moja wina? Był już zły jak tylko weszłam do domu. Zeszłam mu z drogi, siedziałam w sypialni.

Rano nie poszedł do pracy. Nie wiem dlaczego, oczywiście, bo prawie nie odpowiadał na moje pytania. Po powrocie do domu zapytał który pokój wybieram. Zapytałam, czy to oznacza, że nie możemy przebywać w tym samym pokoju? A ja nawet nie wiem dlaczego? Próbowałam z nim rozmawiać, a ten patrzył się w komputer nawet na mnie nie spojrzał, ani się nie odezwał. Poszłam do koleżanki, zrezygnowana.

Wróciłam, i spędziłam kolejne cenne minuty na próbie dowiedzenia się o co do cholery chodzi. Teraz widzę, że może byłoby lepiej się zamknąć, to może by się uspokoił i zaczął mówić. Próbował mnie zranić, poniżyć, i śpi na podłodze w salonie. Czemu na podłodze? Nie wiem. Żeby mi zrobić na złość? Chyba sobie.

W takich chwilach jak ta zaczynam się poważnie zastanawiać nad tym wszystkim. Najgorsze jest to ile czasu zainwestowałam w ten związek. Ile mu pomogłam – znaleźć pracę, załatwić wszystkie formalności i generalnie we wszystkim, w czym potrzebował wsparcia. A teraz on próbuje udowodnić mi że nie zrobiłam nic. To boli jeśli ktoś jest tak niewdzięczny i rzuca w twarz słowa, które mają poniżyć i udowodnić ile zła mu ponoć wyrządziłam. Podobno dobro wraca. Kiedy moje wróci?

Będzie mi żal to kończyć po tylu latach gdy o niego walczyłam. I wygrałam. Tylko co tak na prawdę wygrałam? To nie jest człowiek, w którym się zakochałam. Może zakochałam się w złudzeniu? Dopiero gdy się przeprowadził, zobaczyłam jaki jest naprawdę. Wiem, że szkoda mojego zdrowia, żeby to ciągnąć. Teraz najprawdopodobniej powinnam się zamknąć i poczekać aż Jaśnie Pan się zacznie odzywać.

Czuję, że to będzie „wspaniały” weekend. A ja muszę myśleć o wtorku i o mojej szansie na lepszą pracę. Notabene On wspomniał, że to jego zasługa, bo mi przesłał ogłoszenie. Tak samo jego zasługa, jak i moja, gdy poleciłam go właśnie w tej firmie, w której pracuje i do której aplikuję. Próbował mi wmówić, że moja obecna praca jest do bani, że nie myślę o rozwoju zawodowym. A on myśli? Jak? Nie chodząc do pracy? Twierdzi, że ma lepszą pracę – uczenie angielskiego. Ma obecnie 2 uczniów, których nawet nie widuje regularnie, bo odwołuje zajęcia. Pomijam fakt, że z taką pracą straciłby możliwość pobytu, bo dokumenty są wydawane na podstawie umowy z pracodawcą, nie miałby ubezpieczenia… Ale oczywiście przecież ja z zasady nie mam racji, prawda?

Mam dość. Zobaczymy co przyniesie jutro, ale jakoś nie mam zbyt dużych nadziei…

Czasami coraz częściej czuję się jak matka w tym związku…

Nie mam dzieci, a często czuję się jak matka i to mnie dobija, bo chcę mieć partnera a nie duże dziecko. J mnie dziś doprowadził do szewskiej pasji. Wczoraj wieczorem oczywiście piwko – a jak on popije to raz, że robi się mrukiem [angielskie słowo, które doskonale to oddaje to „grumpy”], dwa, że jak idzie spać, to strasznie kopie i się rzuca, i nawet III Wojna Światowa go nie obudzi. Jak nietrudno się domyślić w takich warunkach trudno mi było spać – najpierw nie mogłam zasnąć, potem ciągle się budziłam.
O 6.00 zadzwonił jego budzik, sprawdziłam, czy nie śpi, bo nie wstawał, to się zirytował, i poszedł do łazienki. Po 15 minutach poszłam sprawdzić co i jak,bo nie słyszałam ani prysznica ani nic, i pytam, czy idzie do pracy. Odpowiedział, że zamierza, ale że zaczynam go irytować. Świetnie, wróciłam więc do łóżka, ale nasłuchiwałam, czy leci woda i czy zaczął się przygotowywać. Oczywiście cisza, czas leci, a za 10 min powinien wychodzić.

Wyszedł z łazienki i wraca do łóżka! Pytam, czy idzie do pracy. Cisza. Pytam znowu – nadal mnie olewa. Po chwili odpowiada, że nie, bo jest zmęczony.

Ręce mi opadły. Zmęczony? A ja nie jestem zmęczona? Po nieprzespanej nocy, i po całym tygodniu planowania i organizowania pobytu JEGO rodziców? Ja nie jestem zmęczona? Jestem! Ale ponieważ jestem obowiązkowa, to idę, kurka wodna, do pracy! Nie wiem czy się śmiać czy płakać. Jego ojciec na przykład: wracając od nas wylądował w USA, a 12h później był już w samolocie i leciał do pracy. On nie był zmęczony? Na pewno był, ale wiedział, że jak mus to mus!

Odpowiedzi J były zdawkowe, bo starał się spać, a ja starałam się dowiedzieć o co do cholery jasnej chodzi.
Pytam, czy wg niego będą go szanować w pracy jak on nie będzie szanował ich? Że nie było go w robocie ponad miesiąc, przekonywał ich potem, że chce wrócić, a teraz sobie nie idzie, bo „jest zmęczony”?
Próbował kontratakować i zapytał jak tam szacunek w mojej firmie. Miał oczywiście na myśli stosunek mojej szefowej – ale zapomina o tym, że ona tak traktuje wszystkich.

Potem powiedział do mnie „powiedz, dziś jesteś chora i nie idziesz do pracy”. Ja na to, że nie, nie jestem chora, i muszę iść do pracy bo to mój obowiązek. On na to, że co z tego jak jestem obowiązkowa, jeśli nie umiem się postawić.

Ręce opadły mi jeszcze bardziej. Nie wiem co wg niego jest się „postawić szefowej”, bo chyba nie to, że sobie nie przyjdę do pracy, przez co obarczę moją robotą niczemu winną koleżankę, a w piątek będę miała masę roboty do nadrobienia. A Szefowa tylko będzie zła i wyżyje się na mnie w piątek w taki albo inny sposób. Świetny plan! Jest jaka jest, ale na pewno zawsze wie, że będę w pracy [nie licząc oczywiście prawdziwych problemów zdrowotnych, niezależnych ode mnie, a to nie zdarza się zbyt często]. Nie spóźniam się, prawie zawsze jestem przed czasem. U każdego pracodawcy zawsze było to uważane za moją zaletę, a nie wadę!

Dziś poczułam się znów jak matka walcząca z dzieckiem, które nie chce iść do szkoły. Czy wymaganie odpowiedzialności i obowiązkowości od, prawie, 32 letniego faceta to dużo? Zawsze oburza się, jak mówię mu, że zachowuje się jak dziecko – co mam powiedzieć, skoro na prawdę tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy?! To jest naprawdę poniżej mojej godności, żeby walczyć z nim o to, żeby chodził do pracy. Czasami na prawdę myślę, że to mi bardziej zależy na tym co ludzie o nim pomyślą, niż jemu. Nie umiem się nie przejmować, jak widzę takie zachowanie. Pomijam już fakt, że doprowadza mnie do szału.

Dziś planuję ciche dni, dopóki mnie szczerze nie przeprosi i nie porozmawia o problemie, bo to już nie pierwszy raz. Ja, jak zwykle, próbowałam rozmawiać, on – jak zwykle – milczał albo rzucał cyniczne odzywki.

 

 

Wracam do żywych

Wracam do żywych po 10 godzinach rzygania. Moim zdaniem to stres, bo mało co w poniedziałek jadłam, i raczej wątpię, żebym aż tak  zatruła się łososiem. Człowiek nie wie już co robić jak zwraca wszystko co wypije, nie mówiąc już o zjedzeniu, bo tego nawet nie próbowałam. Jedyne co mi pozostało, to pić małymi łyczkami tyle wody ile zdołam i walczyć z mdłościami i odruchami wymiotnymi. Najgorsze było to, że nie mogłam spać, bo gdy tylko się kładłam, mdłości się wzmagały. Jedyne wyjście to siedzenie lub pół leżenie. Wybłagałam od mojego diabetologa zwolnienie i proszki jakieś, żeby uspokoić żołądek. po 14.00 udało mi się na 2h zasnąć, i to było zbawienne. Padam na twarz.

Ostatnio często słyszę od mojej matki, że powinnam zajść w ciążę. Ja odpowiadam,  że na pewno nie teraz, jeśli w ogóle. Wiem,  latka lecą ale po pierwsze nie wiem czy chce mieć dzieci,  a po drugie czuję,  jakbym już z jednym dzieckiem mieszkała. Trzeba mu mówić tak oczywiste rzeczy, pokazywać palcem, tłumaczyć, pilnować, żeby nie zapominał o ważnych sprawach. Najgorsze jednak są jego fochy i niemożność zaplanowania nad gniewem. Dziecko można przynajmniej postawić do kąta albo dać inna karę, a na niego nie ma sposobu. Żadne argumenty nie działają,  jak grochem o ścianę. Zawsze on jest ofiarą a ja jestem wszystkiemu winna. Mam tego serdecznie dość. A gdy mówię,  że zachowuje się jak nieodpowiedzialne dziecko to się obraża…