13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Ach te środy

Środy są ciężkie. W Środy nie ma P, bo ma zajęcia na studiach, przez co wszystko spada na moją głowę. Dodatkowo środy przed świętami są tym trudniejsze, że są przed świętami, a co za tym idzie jest o wiele więcej do zrobienia.

Praca w corpo mnie powoli wykańcza. Po 8 godzinach pisania maili, dzwonienia, grzebania w systemach i spełnianiu zachcianek szefowej czuję jakbym przerzuciła tonę węgla. W domu nadal bez zmian. Moje gadanie spełzło na niczym, ale przynajmniej poszedł spać przed 21 więc mam co najmniej 3 godziny spokoju przed snem.

I wróciła mi nadzieja w ludzkość troszeczkę. W internecie na prawdę można trafić na inteligentnych facetów, z którymi dobrze się rozmawia 🙂

Stan Wojenny

Od dwóch dni jest to samo. Boję się iść do własnego domu, bo nie jestem pewna co zastanę. Ostatnio jednak zastaję ciągle to samo: on pijany, albo na najlepszej drodze do upojenia, nie był  w pracy [ale to już wiedziałam od rana, bo zwykle wychodzi przede mną]. Stan psychiczny podobny do depresji, nie skory do rozmowy.

Prawda chyba jednak boli, bo mimo mojego spokojnego tonu, próby dotarcia do niego, wytłumaczenia mu, że to, co robi jest niemądre, on się denerwuje i zaczyna natarcie, mimo, że ja jestem daleko od kłócenia się.. Próbuje mnie wtedy poniżyć. Udowodnić, że nic w życiu nie osiągnęłam, bo „Parzę kawę”. To, że dziś dostałam podwyżkę i dostanę premię, to się nie liczy, żadne osiągnięcie, jaka tam moja ciężka praca? Przecież ja tam tylko pachnę i podaję kawę, nie? Mogłam go zapytać jak tam jego premia. A zaraz, nie dostał żadnej, bo olewa pracę tak koncertowo, że na prawdę się dziwię, że jeszcze go nie wywalili. Może o to chodzi? Będzie miał wymówkę, żeby wyjechać? Nie wiem, nie rozumiem tego. Gdy pytałam, czy zamierza jutro iść do pracy powiedział, że taki jest plan. Zawsze kurwa jest taki plan, tylko jakoś ostatnio nie dochodzi do jego realizacji. I tego właśnie nie potrafię w tym człowieku zrozumieć – że każde moje słowo prawdy [bo nie jest niczym więcej niż prawdą] powoduje u niego reakcję pt. „bo Ty  mnie poniżasz”, podczas gdy on robi celowo dokładnie wszystko, żeby poniżyć mnie. Atakuje bo ja ośmielam się powiedzieć mu prawdę w oczy. I on to wie! I to go chyba boli.

Bo czy nie prawdą jest, że powinien chodzić do pracy? Że nie chodząc do pracy sam sobie szkodzi? Pomijając pieniądze, przecież wyrabiają sobie o nim opinię? Ja nie przepadam za tym co robię, ale mam poczucie obowiązku, i staram się zawsze wykonywać pracę jak najlepiej. A on? Wiem, że on myśli że jest jedną nogą poza Polską, ale przecież jeszcze ostatecznie nie zdecydował? Nie pojmuję jak tak można.. i dlatego mnie to tak drażni. Wygląda jak taki śmierdzący leń.. Ja, kobieta zapierdalam 8h, próbując nie myśleć o tym co zastanę w domu, a on jeszcze śmie mnie poniżać. Niejednokrotnie miałam ochotę powiedzieć mu bez ogródek co o tym myślę. Nadal byłaby to prawda, ale podana w najmniej delikatny sposób z możliwych.

I jak mam cokolwiek naprawiać jak on jest ciągle pijany? Moje prośby oczywiście spełzły na niczym – nadal pije.

Powinnam chyba powiedzieć, że oczekuję z jego strony na jakąś zmianę, bo inaczej nie mam ochoty z nim spędzać czasu. Nie będę udawać, że jest fajnie. Dziś udało nam się trochę porozmawiać [zanim nie wybuchł..] i pograć. Przed pójściem spać poruszyłam temat picia i pracy i się zaczęło wspomniane wyżej poniżanie. A on jeszcze mi mówi, że mieliśmy fajny wieczór, a ja go zepsułam i że mam wyjść. Zepsułam? To rozumiem, że mamy udawać, że wszystko jest ok, podczas gdy nie jest? Gdy trzyma mnie w niepewności, bo nadal nie możemy porozmawiać normalnie od 2 dni? A jutro będzie od nowa to samo…

A w czwartek mam bilety na Star Wars Rogue One. Ciekawe czy pójdę sama …

Człowiek uświadamia sobie czasami,  że nic nie dzieje się bez przyczyny. Mimo,  że nie jestem praktykującym psychologiem to może ktoś miał dla mnie jakiś wyższy cel, żebym i tak komuś pomogła? W porę zauważyła problem? Wiedziała co robić? Chociaż z tym ostatnim jest różnie bo ostatnio czuje się bezsilna. Tak jak teraz. Ale muszę zebrać w sobie siłę. Jakoś muszę. 

Tylko kto mi pomoże? Czemu jestem z tym sama? 😦

Test sprężystości psychicznej

Na ile dotyczy cię poniższe stwierdzenia?

Każde ze stwierdzeń oceń w skali od 1 do 7. przyznaj sobie tym więcej punktów, im bardziej stwierdzenie cię dotyczy, to znaczy twojego przeciętnego sposobu myślenia i działania.

1 punkt = nie dotyczy, 7 punktów = całkowicie dotyczy

Podlicz punkty. Powinieneś otrzymać od 13 do 91 punktów. Duża liczba punktów wskazuje na wysoki poziom rezyliencji, mała na niską odporność psychiczną.

wykres

Maksymalnie można otrzymać 91 punktów.

Ponad 72 punkty: niełatwo wyprowadzić Cię z równowagi. Radzisz sobie z wieloma obciążeniami, dorosłeś do wyzwań swojego życia. Niektóre sytuacje są dla Ciebie wyraźnie trudne. Jesteś jednak w stanie elastycznie reagować na przeciwności losu i znaleźć takie rozwiązanie, które Ci odpowiada i pomaga w dalszym rozwoju.

67-72 punkty: przeciętna odporność psychiczna. Przeważnie znajdujesz rozwiązanie swoich problemów, choć czasem kosztuje Cię to sporo wysiłku. W sumie regenerujesz się bez pomocy z zewnątrz.

Mniej niż 67 punktów: ciężko znosisz stresujące sytuacje. Problemy wywołują często kryzys życiowy. Twój poziom rezyliencji nie jest wysoki. Żeby zmniejszyć ryzyko depresji i schorzeń fizycznych oraz podnieść poziom zadowolenia z życia, powinieneś nauczyć się aktywnie zarządzać stresem, może nawet zastanowić się poważnie nad pójściem do psychologa.

Mój wynik to 60 pkt. Wydawało mi się, że jestem silna, ale w sumie stres wykańcza mnie ostatnio na wszystkich płaszczyznach i odczuwam to bardzo fizycznie i psychicznie.

A jak Wam wyszedł test?

 

Zwolnienie

Ja to chyba jestem pierdolnięta, że dziś, mimo zwolnienia, pojechałam na chwilę [czyli prawie na 3 h…] do pracy. Powinnam mieć wyje..ne na wszystko jak co poniektórzy i po prostu pojechać do domu. Ale od początku.

Obudziłam się o 4 z powodu kaszlu. Przeziębienie trzymało mnie od zeszłego poniedziałku. Zaczęło się łagodnie, małym katarkiem. Brałam te wszystkie cuda na przeziębienie, niby przechodziło, aż tu w końcu w niedzielę mnie dopadło. Ledwo mogłam wstać z łóżka. W poniedziałek nadal czułam się marnie, ale na tyle dobrze, że wstałam i pojechałam do pracy. Szefowa coś mówiła, że powinnam iść na zwolnienie jak usłyszała mój głos, ale nie zajarzyła wtedy, że A od dziś na urlopie. Powiedziała, że coś pomyślimy, ale oczywiście przez cały dzień zajęta, i chyba zapomniała o mojej chorobie.

No i dziś nad ranem ten kaszel. Od razu zaczęłam myśleć, najpierw, że dziś to na pewno muszę iść do lekarza. Potem natłok myśli o wszystkich rzeczach, które muszę zrobić, a ponieważ pójdę na zwolnienie, to o tym, komu je przekazać. do 6.30 nie spałam, wstałam, ogarnęłam się i po 7.15 wyszłam. Do lecznicy, gdzie czasami chodzę miałam niedaleko. Mama mówiła mi, że jest dyżur lekarza internisty od 8, więc dobrze być przed 8. Pytam na recepcji. Pani zdziwiona, że u nich tylko na zapisy, że nie ma żadnego lekarza dyżurnego. Zdziwiona zapisałam się na pierwszy wolny termin, czyli na dziś na 11.30. Zadzwoniłam do mamy, i okazało się, że to nie ta lecznica. Obok jest jeszcze jedna. Byłam już na przystanku w drodze do pracy, ale stwierdziłam, że jest przed 8, połowy ludzi jeszcze nie będzie w biurze, a nie chce mi się czekać aż do 11.30. Zaryzykowałam i podeszłam to tej przychodni. Zapisałam się tam do lekarza rodzinnego i stanęłam w kolejce. Nie było źle, 7 osób przede mną, wyrobiłam się w godzinę. Na szczęście antybiotyk nie będzie potrzebny, dostałam jakieś leki na wirusa i zwolnienie do końca tygodnia.

Potem, jak już wspominałam, padło mi na mózg, i pojechałam do pracy. Powód był taki, że wiedziałam, że i tak będę musiała to wszystko tłumaczyć ludziom, więc szybciej będzie osobiście. Nie da się, aby zastępowała mnie jedna osoba. To właśni źle jest wina mojej szefowej – że nie ma wypracowanego modelu na to, kto może mnie zastąpić w nagłych sytuacjach. Szefowa powiedziała mi dziś „no jak to, przecież jak byłaś na wakacjach, to jakoś sekretariat działał”. Jasne, dział bo była J a potem A.Teraz A jest na urlopie, a poza nią nie ma nikogo, kto to ogarnia. Mogłaby teoretycznie dziewczyna z dz. Prawnego, ale no przecie nie tak z dnia na dzień, musiałoby to być ustalone z jej przełożoną.

Myślicie, że ktoś to docenił, że przyjechałam, mimo, że nie musiałam?? NIE. Nawet słowa podziękowania. Jeszcze usłyszałam, że trzeba było iść w zeszłym tygodniu na zwolnienie, jak była w pracy A. No pewnie, bo przecież teraz zrobiłam to specjalnie i poszłam na złość. Wtedy nie czułam się jeszcze na tyle źle, i mi przechodziło, więc chodziłam do pracy. W sumie zastąpi mnie z 4-5 osób w rożnych czynnościach. Może to będzie nauczką dla Marty, że musi być awaryjny plan B, bo ja nie jestem cyborgiem, mimo, że często staram się być. Szkoda tylko, że ciągle tylko pretensje i wymagania, i zero docenienia tego, co robię. J by olała sprawę [tak jak już nie raz było] i poszła na L4, a ja miałam takie poczucie obowiązku, żeby jeszcze przyjechać do pracy, spędzić tam 3h, zamiast mieć w d…ie.

James mi teraz pisze, że się źle czuje od kilku, i może przebookuje lot na weekend. Z tego co opisuje, to wygląda na somatyczną reakcję na stres. Od kilku dni ciągle mówił, że jest zestresowany. Nie wiem do końca czym, chyba całą tą przeprowadzką i lotem, i tym, jak to będzie. Może czuje, że to finalne, że to nie wyjazd na kilka dni, tylko „na zawsze”. Eh, musi się nauczyć walczyć ze stresem, bo jak tak dalej pójdzie, to będzie mu ciężko w życiu.

Idę chorować.

 

 

Zawsze coś. Zawsze k… coś!

Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu – remont prawie skończony [planują skończyć w piątek], James leci do USA w piątek po rzeczy, i żeby przedłużyć legalny pobyt o kolejne 90 dni.. A tu się okazuje, że znowu coś… Zawsze kurwa coś!

Otóż wczoraj, jak poszłam już spać, nie wiedzieć czemu, James postanowił sprawdzić jeszcze raz kiedy upływa 90ty dzień jego pobytu w Polsce. No i nie chciało wyjść inaczej, jak to, że 90ty dzień upływa jutro, 4 lutego, a nie, jak obliczyliśmy, 5 lutego. Napisał do urzędu ds cudzoziemców, ale nie sądzę, żeby odpisali nam coś, co nam pomoże. Będzie trzeba przebookować bilet na jutro. Nosz k.. mać. Okazało się, że ja, liczac ilość dni, nie wliczyłam w tą liczbę dnia, w którym przyleciał. Nawet użyłam aplikacji dla pewności, ale zapewne była to apka do obliczania ilości dni administracyjnych, czyli np. odpowiedzi na pismo [wtedy zawsze zaczyna się liczyć od dnia następnego i nie wlicza się dnia, w którym otrzymano pismo].

James nie spał do 4, bo się denerwował.Obudziłam się o 3, ale nie chciał mi nic powiedzieć. Nie chciał mnie denerwować, i w sumie słusznie, bo pewnie nie mogłabym spać do rana. Napisał mi maila, którego przeczytałam o 7. Nadal nic nie wiadomo. James ma sprawdzać ceny. Jest jeszcze opcja, żeby leciał do UK albo do innego kraju poza strefą Schengen, ale chyba cena biletu będzie porównywalna do przebookowania, więc lepiej, żeby jednak poleciał do USA. Weźmie rzeczy, co wyjdzie taniej, niż wysyłanie pocztą/kurierem.

Trzymacie kciuki!

Praca i facet mnie dziś dobiły.

Ten tydzień był bardzo pracowity. Po prost dużo rzeczy w pracy do załatwienia. Dziś przed końcem pracy dowiedziałam się, że mam na jutro zorganizować krótkie spotkanie pożegnalne dla Julki, która jutro jest ostatnie dzień w pracy przed odejściem. Wyszłam wcześniej, poszłam do Empiku kupić książkę, a jutro w drodze do pracy kupię ciasto. Nienawidzę tego, ale nie mam wyjścia.. Szefowa prosiła, trzeba wykonać.

I jeszcze na dodatek J mnie dobił swoimi fochami.

Mam dość wszystkiego ostatnio….

132772_20130705_080433_999402_546688602062527_486951929_n

What a „wonderful” life

Dużo ostatnio rozmyślam nad swoim życiem, i jestem zła. Zła na to wszystko czego nie mogę mieć, a o czym zawsze marzyłam, a nie jest to nic nadzwyczajnego, i właśnie to chyba dobija mnie najbardziej!

Przeglądam Wall’a na Facebooku: temu urodziło się dziecko, ta wyszła za mąż, Ci są na wakacjach, a Ci obchodzą rocznicę ślubu. Szczęśliwe rodzinki czy pary, robiące najnormalniejsze rzeczy na świecie – a ja nie mam nawet tego. Nie mogę iść wieczorem na spacer do parku czy do kawiarni, trzymając mojego faceta za rękę. Wracać do domu z pracy i wiedzieć, że ktoś tam na mnie czeka.

On tam, ja tu. Coraz trudniej nam się dogadać. Ja, starając się rozmawiać o swoich uczuciach i obawach, czuję się jak ta, co wymyśla problemy, bo on najczęściej ich nie widzi. Wiem, że ma trudną sytuację w domu, jest zestresowany, schudł bardzo [a i tak zawsze był szczupły], więc staram się go wspierać jak tylko mogę. Ale gdzie w tym wszystkim jestem ja? Gdzie moje potrzeby? Kto je zaspokoi?

Ponieważ nie chcę się kłócić, zawsze staram się załagodzić sytuację, ba, często nawet biorę na siebie winę i przepraszam, chociaż nie mam za co! Często nawet nad tym nie panuję, i uświadamiam sobie wszystko dopiero po fakcie. Ja jestem bardzo emocjonalna, a on chowa wszystko za maską cynizmu, i uwielbia odwracać kota ogonem. I zawsze i tak wychodzi na to, że ja się czepiam, szukam problemów, gdzie ich nie ma, a on nie wie o co mi chodzi. Nie można wszystkiego zamiatać pod dywan, bo to nie zniknie, ba, będzie narastać. Problemy zawsze są, tylko niektórzy wola udawać, że ich nie ma.

Nie powiem mu też co myślę na temat jego przeprowadzki, bo przecież zaraz się pokłócimy. Słysze o tym od 6 miesięcy, i co? I NIC. Nic nie posunęło się na przód. On chyba nadal myśli, że się coś samo ułoży. Twierdzi, że on dużo w tym temacie robi, ale szczerze? Nie widzę żadnego zaangażowania, i to wkurza mnie jeszcze bardziej. Jak próbuję mu to zasugerować, to on się obraża, że mu przykro, że ja tak myślę. I o, koniec dyskusji, nadal nic nie posuwa się na przód. Wiem, że się boi, że to duży krok, ale bez rozmowy i planowania nie uda się przerwać tego błędnego koła, w którym tkwi.

Na razie czekam, staram się być cierpliwa, bo chcę dać temu szansę, ale nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam. Za dużo zainwestowałam w ten związek, żeby teraz się poddać. Ale nie mam siły walczyć sama, a czuję czasami, że tak właśnie jest.

Za 16 dni skończę „magiczne” 30 lat i chce mi się tylko płakać..
Zostanę starą panną grającą w gry wideo i lubiącą filmy Marvela…

Eh..

I co tu pisać? Mam doła. Cały weekend grałam w Dragon Age 2, zachciało mi się przejść jeszcze raz, po latach. Gorąc się z nieba leje, a jutro powrót do pracy. Eh.

Dobranoc! 😦