Launch

Jak już pisałam w zeszłym tygodniu, dzisiaj i jutro mamy Launch nowego leku kardiologicznego.

Zgodnie z wytycznymi od W, mojego szefa, stawiłam się rano o 9.00 w hotelu [który jest 2 kroki od mojego domu :)]. Na razie nie mogę jeszcze za dużo powiedzieć o firmie i ludziach, bo dopiero wszystkich poznaję, ale mogę już powiedzieć, że lubię W. Sympatyczny Product Manager 🙂

Tak więc stawiłam się o 9.00. Jedyne, co musiałam zrobić to dopilnować wydrukowania agendy. Załatwiłam to w 5 min, i do 10.00 w sumie siedziałam bezczynnie, bo W dojechał dopiero po 10.00. Chwilę przed tym przyjechała ścianka i roll upy, więc zajęłam się jeszcze znajdowaniem ludzi, którzy to poskładają 😀

O 11.00 wszystko się rozpoczęło. Nasz Generalny rozpoczął, i przedstawił mnie wszystkim zebranym kierownikom regionalnym i przedstawicielom. Wstałam, pouśmiechałam się, dostałam gromkie brawa. Potem rozpoczął się wykład medyczny a następnie marketingowy. Plus posiadania dostępu do poczty służbowej na telefonie jest taki, że jesteś na bieżąco, a minus – że widzisz ile rzeczy musisz zrobić, a nie możesz ogarnąć tego na telefonie. Dlatego podjęłam decyzję, aby po przerwie na lunch pojechać do biura po laptopa. I to była doskonała decyzja, bo ogarnęłam sporo tematów leżących u mnie na mailu od zeszłego tygodnia.

Po skończonym spotkaniu miały odbyć się wykłady z profesorami, o zgrozo, do 19.00. Na szczęście W się zlitował i puścił mnie do domu. Jakaś zmęczona się czułam więc całe szczęście. Tym bardziej, że niestety musiałam się pojawić na wieczornej kolacji. No przecież w końcu na tą okazję kupiłam kieckę!

W hotelu byłam o 20.00, a tam nikogo nie ma – nadal przygotowywali salę. Okazało się, że kolacja się przesunęła na 20.30, no ale nic, posiedziałam sobie przed salą i pogrzebałam w telefonie. Powoli ludzie zaczęli się schodzić. Niektórych przedstawicieli już znałam, niektórych nie. Gdy już weszliśmy do sali, kilka osób zaczęło ze mną rozmawiać, poznałam kilku kierowników. Przed 21 usiedliśmy do stołu, no i wiadomo, na początku trochę sztywno było. Ja nikogo nie znałam, bo D się źle poczuła i została w domu.  Ale na szczęście po kolacji było fajnie. Każdy zespół [ja zostałam dołączona do grupy „biurowej”] dostawał plik sztucznej kasy i mieliśmy za zadanie pomnożyć tą kasę w… Kasynie! 😀

Ponieważ w Pokera za bardzo grać nie umiem, to głównie stałam przy ruletce, na zmianę z kimś z mojego zespołu. Raz wygrywaliśmy, raz przegrywaliśmy. Ale było na prawdę fajnie, i wyszłam do domu po 23.00. Przynajmniej będę spać jak zabita!

Tyle się ostatnio działo że nie miałam siły pisać. Do nowej firmy trafiłam w bardzo zajętym okresie. Biuro tymczasowo przeniosło się do budynku obok na jakieś 2 miesiące z powodu remontu. 

W środę cały dzień szkoleń, a w czwartek i piątek ogarnianie wszystkiego co zdążyło się od 20 lutego (odkąd odeszła moja poprzedniczka, i księgowe zamknięcie miesiąca, czyli hard-core. Wychodziłam z pracy 17.30 lub po 18. Dodatkowo w poniedziałek i wtorek mamy launch nowego produktu leczniczego a wieczorem 1go dnia-kolacja w stylu lat 20 i 30. Eh trzeba będzie kupić kiecke.. Padam na twarz, ale wszystko lepsze od pracy w mojej poprzedniej firmie. 

Ostatnia…

…  podróż autobusem
ostatnie odbicie się kartą na bramkach
ostatnie parzenie kawy
ostatnie rozmowy w kuchni
ostatnie uściski i uśmiechy
ostatnie kwiaty
ostatnie sprawy do załatwienia
ostatnie maile
ostatnie parzenie kawy dla Szefowej
ostatnie kupowanie jej lunchu.

Za niektórymi będę tęsknić, za niektórymi wcale.
Dotychczasowych obowiązków nie będzie mi na pewno brakowało.

Miało nie być pożegnania, ale jednak było. Dostałam zegarek i bukiet kwiatów. Było ciasto. Były uściski, życzenia powodzenia, a nawet łzy.

Rano wysłałam maila pożegnalnego. Bardzo miłe były niektóre odpowiedzi – że będzie im mnie brakowało, że jestem ogarnięta, inteligentna, że dobrze się ze mną współpracuje. Fajnie taki feedback dostać, szczególnie, jak słyszało się od Szefowej, że „ludzie mają złe zdanie o naszym dziale z mojej winy!”.

Koniec Korpo Szczura!

W weekend wszystko nie wyglądało jeszcze tak tragicznie jak wygląda dzisiaj. Wczoraj myśleliśmy, że na znalezienie pracy mamy 90 dni. Dziś okazało się, że mamy miesiąc… 

Czy tylko mi się wydaje, że to mało prawdopodobne? 

Przygotowuje się już na każdą okoliczność.. 

Akcja-Reakcja

Wróżką nie jestem, a jednak wiedziałam doskonale, że tak się stanie. Bo nie trzeba nadprzyrodzonych zdolności, żeby wiedzieć, że jak się często nie chodzi do pracy, to cierpliwość i wyrozumiałość pracodawcy się kiedyś kończą. I dziś właśnie się skończyła. J stracił pracę i nic się już nie da z tym zrobić.

Dociera do niego, że to jego i tylko jego wina, rozumie, jakie niesie to za sobą konsekwencje, ale jednocześnie cieszy się, że nie będzie tam pracował. Ostatnio na prawdę był chory [oboje byliśmy] ale przez wcześniejsze nieobecności po prostu miara się przebrała.

Wiem, że to nie była praca jego marzeń, ale na prawdę dawała dobre warunki – kontrakt na 2 lata, przez co i pozwolenie na pobyt na 2 lata, bliski dojazd, brak problemów z nieznajomością polskiego. A teraz? Z tego co pamiętam ma 90 dni na znalezienie pracy, no i chyba załatwienie formalności. Nie wiem czy się uda. Dopuszczam możliwość, że będziemy musieli się rozstać. Co będzie to będzie.

Dostał po dupie, może to go czegoś nauczy, może się otrząśnie. Szkoda tylko, że musiało do tego dojść, żeby się przekonał, że moje gadanie jednak miało jakiś sens… A można było szukać powoli czegoś bardziej satysfakcjonującego, zamiast doprowadzić do takiej sytuacji.

Reasumując są dwie opcje – albo się uda w 3 miesiące to ogarnąć albo się nie uda, i siłą rzeczy się rozstaniemy, bo będzie musiał wracać do USA…

 

Tłusty czwartek pełen niespodzianek

Dziś wyjątkowo dużo się działo, ale zacznijmy od początku.

Rano miałam pierwszą część badań medycyny pracy – cholesterol na czczo. Nadal nie wiem w jakim celu badają mi cholesterol na stanowisko asystenckie, no ale. Potem kolejna partia badań od 15.15.

Tuż przed moim wyjściem przed 15.00 podeszła do mnie D z grobową miną i powiedziała, że dziewczyna, która miała przyjść na moje miejsce już jutro – nie przyjdzie. Okazało się, że jak odchodziła z mojej firmy 4 lata temu, to wzięła odprawę, co skutkuje zakazem pracy kiedykolwiek w tejże firmie. Widocznie teraz myślano, że sprawa się przedawniła, i zatrudnienie na outsource nie będzie problemem. Jednak okazało się, że kadry są przeciwne. Słabo, bo dziewczyna podpisała już umowę, a tu się okazuje, że nie można jej zatrudnić.

Pytam więc: „Co dalej? Komu mam przekazać obowiązki”?
Odpowiedziała, że Szefowa zadecydowała, że zaczynamy od nowa rekrutacje, że muszą znaleźć kogoś dobrego i obrotnego, więc będą szukać aż do skutku.. Potem zadała mi takie pytanie, że myślałam, że padnę. Otóż powiedziała, że skoro ja brałam dni wolne, żeby się wdrażać w nowej formie, to może oni by mi dali dni wolne, żebym wdrożyła osobę, którą wybiorą. Że co? Serio? To oni mi łachę robili, że dali mi urlop, który mi się należy?! Pfff! Powiedziałam od razu, że nie ma takiej opcji! Na co D, że no w sumie jak ja przyszłam do pracy, to też mnie nikt nie wdrożył. Otóż to! A ja jeszcze zostawiam opis obowiązków, którego ja nie miałam jak przyszłam!

Ale największe pytanie brzmi kto będzie na moim miejscu, do czasu znalezienia nowej asystentki? Przyszły tydzień będzie ciekawy. Ja w środę zaczynam już w nowej firmie, a P ma wtedy cały dzień zajęcia na uczelni, więc de facto nie będzie tu nikogo. W czwartek P jest tylko między 10 a 14. Zawsze powtarzałam, że to błąd, że nikt poza mną nie wie nic o moich obowiązkach. Powinno być tak, że kilka osób ma wiedzę na temat tego co robię i w razie czego zastąpić. Ale nie! Ja, kurka wodna, jestem niezastąpiona, i jak mnie nie ma nawet 1 dzień w pracy to wszyscy biegają w popłochu! Są wybredni bi mieli miesiąc i tydzień, żeby kogoś wybrać. No nic, not my problem!

Po tych wszystkich rewelacjach poszłam na dalszą część badań medycyny pracy – okulista, EKG i lekarz orzecznik. Lekarze byli bardzo spoko, szybko poszło, dostałam orzeczenie o zdolności do pracy i luzik. W międzyczasie dostałam info, że asystentka z naszego wydziału, który mieści się w innym mieście niż Warszawa, z którą się kumpluję, dostałą wymarzoną pracę i też odchodzi 😀 Jeśli złoży wypowiedzenie do końca miesiąca, to odejdzie z końcem marca 😀 Ale się ucieszyłam! Bo też ze swoją dyrektorką nie miała łatwo! Także w krótkim czasie mój dział pozbędzie się dwóch asystentek 😉

Po tych wszystkich nieprzyjemnościach i stresach, które spowodowała moja Szefowa mam na prawdę gdzieś czy sobie poradzą czy nie. To jej wina, że nie pomyślała o tym, żeby ktoś był w stanie zastąpić jej asystentkę. Spisałam co mogłam,ale niestety nie mam daru przewidywania przyszłości [a przydałby się!]. Szkoda mi tylko moich dziewczyn, które tu zostaną, a najbardziej P. I szkoda mi szczerze tej osoby, która tu kiedyś przyjdzie.

A tymczasem czekam na wtorek godzina 17.00 by opuścić te mury raz na zawsze!

 

Następczyni i niezręczne pytania

Postanowiłam uświadomić moją szefową i koleżankę, która pomagała przy rekrutacjach, że ja jestem w pracy tylko do 28 lutego, czyli do przyszłego wtorku. Chyba zadziałało, bo około południa błyskawicznie podjęto decyzję o zatrudnieniu na moje miejsce dziewczyny, która kiedyś już tu pracowała – znam ja z widzenia i ze słyszenia, bo nadal kilka osób się tu z nią przyjaźni, poza tym słyszałam często jej nazwisko. Wiem od niektórych osób, że to niezła zołza, ale co mnie to obchodzi 😀 Ma przyjść w piątek, więc będę miała 3 dni na wdrożenie. Ciekawe jak pójdzie.

Dziś Szefowa zagadnęła mnie, jak przynosiłam jej lunch, z pytaniem, czy organizuję jakieś pożegnanie. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że nic nie szykuje. Ta nieco zszokowana i zdziwiona zapytała dlaczego. Odpowiedziałam, że nie przepadam za takimi spędami, a ta na to „to rozumiem, że nie chcesz, żebyśmy coś dla Ciebie szykowali”?

Dziwi mnie w ogóle takie pytanie. Jak J odchodziła, to Szefowa pytała się mnie, czy coś organizuje, a jak powiedziałam, że nic, to ona sama  jej zrobiła takie mini pożegnanie w gronie menadżerów, z resztą za moim pośrednictwem. A skoro powiedziałam, że nie lubię spędów, to przecież wiadomo, że nie powiem „Nic nie planuję, ale skoro chcecie, to jasne, organizujcie”. Mam to gdzieś szczerze mówiąc. Jasne, że byłoby mi miło, jakby mnie zaskoczyli, ale jak z góry dostaję pytanie, cyz chcę być pożegnana, to jest takie trochę słabe..

Ja chcę już po prostu stąd iść i nie wracać.

Pa pa Choinko

Ponieważ i ja i J byliśmy chorzy, siłą rzeczy pozbycie się choinki z domu przesuwało się w czasie. Dziś nastąpiła ta chwila. Zwieźliśmy ją na dół, a nie było to łatwe, bo z doniczką trochę ważyła. Na parterze żulik, który wykonuje u nas w spółdzielni pewne drobne prace, właśnie grzebał coś w kablach, i zobaczył nas z drzewkiem, i pyta gdzie ją wnosimy. Powiedziałam, że na zewnątrz, a ona na to że „acha, czyli ktoś przyjedzie po nią ją odebrać”? Ja na to, że nie, że to do wyrzucenia, a on na mnie z mordą, że przecież śmieciarka tego nie zabierze! Wiem, że nie zabierze, dlatego spółdzielnia zamawia odbiór odpadów wielkogabarytowych. To ten do mnie, że jak to teraz?! o tej porze? I że to ja sobie muszę zadzwonić. No na pewno. To należy to obowiązków spółdzielni i jest za darmo.. A on mi mówi, że po jedną choinkę nie przyjadą. A jak inni ludzie tam wystawiali choinki i stały pojedynczo, to co? Jakoś nie było problemu? pytał się jeszcze spod jakiego numeru mieszkania jestem. Odpowiedziałam, że to nie jego sprawa, a on, że on się i tak dowie i zgłosi. A proszę bardzo!

Walka z moją spółdzielnią o wszystko zaczyna mnie męczyć. Nie znają swoich podstawowych obowiązków [taka sama rozmowa była w czasie mojego remontu, gdy próbowali mi udowodnić, że mam na swoje wielkogabarytowe odpady zamówić kontener..]. Jakoś nie przypominam sobie informacji odnośnie terminów wyrzucania choinek? Niech się pierdolą! Zobaczymy, czy faktycznie ta sprawa będzie miała swój ciąg dalszy. Pamiętacie jak pod koniec roku oskarżyli mnie o zaległości w płatnościach i straszyli sądem? Nadal nie otrzymałam odpowiedzi na moje pismo, które dostali około 29 grudnia 2016. Eh…

Ostatnia prosta

Ostatnio byłam zmuszona brać urlop żeby wdrażać się w nowej firmie. Dziś jest ostatni dzień wdrażania, ponieważ w następnym tygodniu tej dziewczyny, która mnie uczyła, już nie będzie bo idzie na urlop do końca miesiąca. Ale czuję się wdrożona 🙂 Oczywiście wszystko wyjdzie w praniu jak już zacznę pracować. Dodatkowo przenosimy się na tymczasową powierzchnię, ponieważ w naszym biurze będzie przebudowa, także pakowałam dzisiaj kartony 😀

Wiem jedno – chcę pracować tam jak najszybciej. Mam już dość obecnej firmy. Jeżdżę tam codziennie jak na ścięcie. Nie mam ochoty tam przebywać i pracować. Jasne, że niektórych ludzi będzie mi brakować, ale generalnie więcej przemawia za tym, żeby odejść niż żeby zostać. Dziewczyny za mnie nadal nie ma. Najprawdopodobniej wybiorą ją w nadchodzącym tygodniu, więc i tak zostanę tam do końca, czyli do 28 lutego, gdy kończy mi się okres wypowiedzenia. Ale już niedługo. 7 dni pracujących…. 🙂