Trochę pod górę, ale damy radę!

Miałam plan. Układałam w głowie jak oświadczę Szefowej, że odchodzę, zastanawiałam się jak zareaguje.

Napisałam rano do mojej agencji pracy tymczasowej, która wg prawa jest moim pracodawcą, z pytaniem czy można mailem dostarczyć wypowiedzenie i wysłać pocztą, czy muszę mieć je dziś w oryginale. No i cały mój misterny plan wpisdu, bo okazało się, że już nie mam 2 tygodni wypowiedzenia. Zaje-kurwa-biście. No to dzwonię do D i mówię jaka sytuacja. Ona daje mi do telefonu koleżankę z HR, i ta dyktuje mi treść rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Do szefowej mogę wejść dopiero o 12.00, siedzę jak na szpilkach. Nadal nie wiem jak jej to powiem – bo teraz jestem niestety skazana na jej łaskę. Wpisałam się jej do kalendarza ze spotkaniem o tytule „Ważna sprawa”. Za chwilę dostałam od niej sms z pytaniem co to za ważna sprawa. Odpisałam, że to nie na telefon.

O 12.00 weszłam do niej z przygotowanym papierem do podpisu. Powiedziałam, że dostałam od byłej szefowej ofertę pracy, którą przyjęłam. Przyjęła to spokojnie, powiedziała, że fajnie, zapytała w jakim charakterze. Powiedziałam o profilu firmy, zapytała, czy bardziej rozwojowe zadania, powiedziałam, że tak, i że warunki pracy lepsze itp. No i powiedziałam, że problem polega na okresie wypowiedzenia, i czy zgodziłaby się puścić mnie po 2 tyg. Oczywiście powiedziała, że absolutnie nie, bo przecież ona musi znaleźć kogoś na moje miejsce, a ja tą osobę muszę przeszkolić. Byłam prawie pewna, że taka będzie jej odpowiedź. Po wyjściu od niej zadzwoniłam do D, którą zasugerowała mi jeszcze wzięcie co najmniej 1 tygodnia urlopu, bo ona sobie nie wyobraża, żebym przyszłą 1 marca nic nie wiedząc. Poszłam jeszcze do Szefowej na chwilę i zapytałam o taką możliwość, ale ona się najeżyła, żebym jej nie nachodziła, że byłam u niej przed chwilą a teraz żądam urlopu [??] i że ona nie wie dzisiaj i nic mi dziś nie podpisze. Acha, zajebiście.

Wiem, że pod koniec dnia zleciła szukanie nowej asystentki koleżance, bo ta do mnie w tej sprawie dzwoniła. W poniedziałek musimy zacząć działać. Jeszcze jest jedna opcja, czyli wzięcie 4 dni na żądanie – chociaż ponoć pracodawca może się nie zgodzić, ale musi to udowodnić. Zobaczymy w przyszłym tygodniu. Muszę zacząć spisywać obowiązki, żeby było mi łatwiej je przekazać, a trochę tego jest.. głównie pierdoły…

Przez to wszystko byłam w takim stresie, że nic nie jadłam przez cały dzień, dopiero o 19.00 w domu zjadłam spagetti. J ma focha, więc jeszcze dodatkowo mam zajebistą atmosferę w domu… Bosko. Mam nadzieję, że się chociaż jutro wyśpię…

Odchodzę!

Nigdy nie znasz dnia ani godziny, kiedy przyjdzie dobra zmiana. Brzmi jak slogan wyborczy pewnej partii? Może,  ale nie o politykę tu chodzi a o mnie, a konkretniej o zmianę pracy.

W piątek 13go zadzwoniła do mnie D,  z którą pracowałam w poprzedniej firmie i zapytała czy nie chce przyjść do niej do firmy na Asystentkę działu sprzedaży i marketingu. Na początku się zjeżylam na słowo asystentka bo chciałam się od tego uwolnić ale gdy usłyszałam warunki to nie miałam wątpliwości, że tak tak tak. Wysłałam cv. W poniedziałek zadzwoniła że chce mnie widzieć na rozmowie w tym tyg. Nie chciałam brać dnia wolnego więc umówiłam się z szefową że będę pracować 8-16, podczas gdy ona będzie w delegacji,a na rozmowę byłam umówiona na 17 w centrum.

P była tak kochana,  że podwiozła mnie do metra i byłam na miejscu przed 17. Byłam już bezpośrednio umówiona na rozmowę do CEO,  szefa wszystkich szefów, bo D to właściwie już wszystko o mnie wie,  w końcu sama mnie poleciła.

Gdy CEO wychodził ze spotkania, zauważyła mnie koleżanka, z którą pracowałam w poprzedniej firmie. Widział jak się witamy i powiedział „oo, widzę, że się znacie. To dobrze wróży” 🙂 Weszliśmy do gabinetu. Dał mi swoją wizytówkę, po czym powiedział, że zanim zaczniemy, to on mnie przeprasza, ale obiecał żonie, że do niej zadzwoni, więc na chwilkę mnie przeprosi i wyszedł. Gdy wrócił od razu zaproponował, żebyśmy przeszli na Ty, bo on jest tak przyzwyczajony, że lubi z człowiekiem  po imieniu, a nie na pan pani. Oczywiście się zgodziłam, z przyjemnością. Pytał mnie właściwie o wszystko o co można się spodziewać, że na rozmowie o pracę padnie. Na początku pogadaliśmy o mojej obecnej pracy: gdzie jest biuro, że długo tam już pracuję, co mi nie odpowiada w tamtej pracy, co powiedziałaby o mnie Szefowa [oj miałam mnóstwo rzeczy na języku]. Potem zapytał jakbym się zabrała za organizację spotkania wjazdowego dla całej firmy – chodziło o sprawdzenie, czy skupiam się na rozwiązaniu, czy na problemie. Na końcu, czytając sekcję hobby w moim CV, pogadaliśmy o tym co to digital painting, i w jakie gry lubię grać,bo jego syn to w Call of Duty 🙂

Na koniec popatrzył jeszcze w moje CV i powiedział: „no to co.. nie ma co przedłużać. Ja jestem na tak. Ufam D, więc chodźmy sfinalizować zatrudnienie”. Wyszliśmy. Spotkałam przerażony wzrok D, która uciekła do swojego gabinetu. Po chwili poszliśmy tam z CEO, który powiedział D, że on już skończył i żebyśmy finalizowali. D przerażona kazała mi czekać i poleciała za nim. Wróciła i mówi „Boże! jak zobaczyłam, że wyszłaś po 20 minutach, to myślałam, że zawału dostanę, bo myślałam, że zawaliłaś rozmowę! On zwykle magluje z godzinę!”. No dzięęęęki 😛 A ja po prostu rozwaliłam system.

Ponieważ dziewczyna, którą mam zastąpić pracuje do końca lutego, pomysł był taki, żebym przyszła jak ona jeszcze będzie pracować, żeby mogła przekazać mi obowiązki. Z wyliczeń wynikło, że mogłoby to być 6 lutego. Nadal nie mogę uwierzyć, że się udało!!!

Ten moment kiedy LinkedIn pokazuje Ci profile, które możesz znać,  a wśród nich widnieje ten należący do kolegi,  który umarł na raka 3 lata temu 🙁

13 piątek… jednak pechowy…

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się nawet tak źle. Oczywiście nie do końca wyspana, ale to już norma, więc się nie przejęłam. W pracy w sumie spokojnie, poza niektórymi momentami, ale doczekałam do tej 17.00. Nawet było sushi. A, i oferta pracy od byłej przełożonej.

Ale wróciłam do domu, i się spierdoliło. Wytrzymał tylko 3 godziny, aż znalazł powód do kłótni, bo powód się przecież zawsze znajdzie, gdy potrzebny. Potem można już jechać po mnie jak po łysej kobyle, znajdując nowe dowody na to jaka jestem beznadziejna, oraz, że to ja się kłócę! Żadne argumenty nie trafiają. Z resztą nie ma rozmowy – najpierw jest atakowanie mnie gdy pytam o co chodzi. Gdy widzę, że zachowanie jest coraz gorsze, zabieram laptopa i herbatę i idę do sypialni. Po chwili dostaję 2 wiadomości na messangerze, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Gdy idę do salonu w nadziei na wyjaśnienie sprawy, on siedzi z zamkniętymi oczami i milczy, podczas gdy ja spokojnie staram się zażegnać konflikt. Ale ile można być spokojnym, gdy ktoś jawnie Cię ignoruje, wiedząc, że doprowadza Cię to do szewskiej pasji. W końcu się odzywa, zaczyna temat, po czym urywa mówiąc, że nie będzie się powtarzał, bo już o tym rozmawialiśmy – 5 lat temu. Nie no super, przecież ja pamiętam wszystkie nasze rozmowy sprzed 5 lat – nie wspominając już, że on potrafi zapomnieć o czym rozmailiśmy poprzedniego dnia, ale nic to. Z rozmowy nic nie wynika. Wracam do sypialni i płaczę z bezsilności. W końcu wracam do salonu mówiąc, ze teraz ja chciałabym dla odmiany tam posiedzieć, skorzystać z telewizora/PS4/Netflixa. Obrażony, chociaż wcześniej sam mówił, żebym powiedziała kiedy chce się zamienić. Nadal odmawia rozmowy, czasami próbuje mnie atakować i sprowokować do dalszej kłótni, ale ja się nie daję. Mówię mu tylko jaki jest żałosny zwalając winę o popsuty wieczór na mnie, bo ja nie zrobiłam nic, co mogłoby go popsuć, i to on ma wieczny problem. Obejrzałam serial, i chyba metoda jest o tyle skuteczna, że jak się znudził graniem, to poszedł spać. Zobaczymy jaki obudzi się jutro.

Nie wiem jak będzie wyglądać mój weekend. Chciałam, żeby był fajny. W niedzielę WOŚP więc można by się przejść na koncert chociaż na chwilę. Pewnie posprzątam, bo już muszę, a dalej nie wiem. Zobaczymy. Chcę odpocząć. Chcę się nie martwić. Chcę wiedzieć co robić…

 

Kurtka

Idzie zima więc trzeba kupić nową kurtkę, bo stara się już wysłużyła. Już od listopada się rozglądam. Jedną nawet upatrzyłam w House, ale nie kpiłam [niestety]. Dziś i tak musiałam wstąpić do galerii handlowej do Carrefour’a więc przy okazji stwierdziłam, że popatrzę dookoła, czy jakaś fajna kurtka gdzieś nie wisi. Znalazłam jedną niezłą całkiem, ale głupia ja stwierdziłam, że sobie zadzwonię do matuli się poradzić, bo mi się te wszystkie kurtki wydają tak samo ciepłe jak ta, którą obecnie noszę. No więc mama stwierdziła, że ważne, żeby była dłuższa niż obecna i żeby można było coś pod spód założyć. I ok.

Myślę sobie szybko, że w takim razie pojadę do Złotych Tarasów po tą upatrzoną moją kurtkę, bo mi się najbardziej podoba. Mama na to że ona od babci będzie wracać, to się możę tam o 19 spotkamy. O ja głupia się zgodziłam…

Lecę z zakupami z Carrefour’a , mało się nie poślizgnę, do mojego autobusu 158, który stoi na przystanku, ale gdy jestem 3m od niego zamyka drzwi, rusza i odjeżdża… Nosz kurwa mać ja pierdolę – klnę sobie pod nosem, całkiem głośno. 18.20, następny autobus za 10min. No to drałuję na kolejny przystanek, bo może coś szybciej podjedzie. Oczywiście same nie moje, a o 18.29 przyjechalo 127 – czyli wyszłoby na to samo jeśli poczekałabym na 158… No ale nic, jadę. Wpadam do domu, zostawiam rzeczy, biegnę na tramwaj.

Matka do mnie dzwoni, że już jest, to mówię, że idę po nią, bo w podziemiach to się nigdy nie znajdziemy. Witamy się, na co ona mówi, że w podziemiach tu niedaleko jest taki sklep z kurtami, to może się przejdziemy. Jak niedaleko, to czemu nie, myślę sobie. Idziemy, matka chce iść dookoła Złotych bo tam ponoć jest to zejście do podziemi do tego sklepu. Mówię jej, że to nie tam, ale ta idzie. Dochodzimy do ślepej uliczki, a ta zdziwiona, i mówi aaa bo ja to tam szłam, na skos, jakbyśmy tam poszły, to już byśmy były. Nosz przecież ona prowadziła i nie słuchała moich sugestii… ok, zagryzam zęby, idziemy dalej. Mowie, chodź, możemy przejść przez halę dworca, będzie szybciej, ona, że nie, że ona nie chce, że jest na peronie i że ona już nie wie gdzie jest.. Boże jasny, przecież perony są pod nami, poza tym dojdziemy zaraz tam, gdzie mówiłaś, że jest to zejście. Idziemy. Ta zmienia kierunek, chodzimy w kółko, mnie już szlag trafia. Pytam: jesteś pewna, że to te podziemia, a nie te przy Metrze Centrum? Ona na to, no tak, przy metrze. No to jej 20 min tłumaczę, że to w takim razie nie te podziemia, bo one się nie łączą, i trzeba albo przejechać przystanek albo przejść przez Dworzec Śródmieście i na piechotę. To ta się upiera, że ona wie, że to tutaj, a potem znów słyszę, że to było jak „wysiadała z metra”…

Moja cierpliwość się wyczerpała. Mówię, że nie idę z nią na żadne zakupy do podziemi,  tylko, że była mowa, że ja jadę do sklepu, wchodzę, kupuję kurtkę i jadę do domu. Koniec. Ta do mnie co ze mnie za kobieta która nie lubi robić zakupów. A taka właśnie. Nienawidzę szukać, chodzić po sklepach, przymierzać. Nieeeee. Wchodzimy do House. Widzę, że nie ma mojej kurtki, ale szukam, może przewiesili. Ale widzę kilka modeli, które zmierzyłam z ciekawości, bo wiadomo, że jak się nie założy, to się nie wie jak będzie leżało. I pokazuję jej jeden z modeli, na co ona „tą szmatę mierzyłaś?? Nie szkoda Ci czasu było?” i stoi i nawija jakie tu są szmaty i brzydkie rzeczy, że wszystko takie samo w tych sieciówkach. Pytam skąd wie, skoro nawet nie widziała modelu, który mierzyłam? Jakby był taki sam jak reszta, to chyba nie jechałabym zrąbana po całym dniu pracy, i po zakupach, po taką samą jak wszędzie kurtkę. Jakby tak było, to kupiłabym dziś tą, którą widziałam i nie zawracała głowy… Wyszłyśmy. Próbowała mnie przekonać żebyśmy weszły do kilku sklepów, ale ja miałam dość. Najpierw tracenie czasu w podziemiach, potem jej komentarze w sklepie. Byłam zła, zmęczona i było mi gorąco. Pożegnałam się i pojechałam do domu.

Kurtki nadal brak…

Mówią, że jaki pierwszy dzień Nowego Roku,  taki cały rok.. 

No to już wiem,  że mój będzie chujowy… 

Mama Drama

Co roku jest to samo. Co roku mam z moją mamą jedną i tą samą dyskusję.

Taka sytuacja
Spotykasz się z kimś przed świętami. Życzysz temu komuś Wesołych Świąt. Dajesz temu komuś prezent.

Pytanie:
Czy potem dzwonisz do tej osoby w Wigilię ZNOWU z życzeniami???

Dla mnie osobiście to nielogiczne i zbędne. W ogóle nie lubię składać życzeń, bo wiadomo, że składasz, bo wypada. Ale skoro już złożyłam, osobiście, i dałam prezent, to po kiego grzyba mam dzwonić raz jeszcze i mówić ponownie „Wesołych Świąt”?

W tym roku miałam w ogóle dużo na głowie w dzień wigilii. Około 11.00 J pojechał do hotelu do ojca. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak będzie wyglądał nasz plan działania, bo ojciec J wspominał, że przed kolacją wigilijną chciałby jeszcze wrócić do hotel wziąć prysznic. Komplikowało nam to trochę plany, bo oznaczałoby jeszcze jeden krok w całej logistyce. Ponieważ ma lot powrotny w 1 Dzeiń Świąt o 6.00 rano, przemeldowywał się do hotelu Marriott na lotnisku. Ostatecznie jednak udało się go przekonać, aby wymeldował się z hotelu o 11.00, wziął wszystkie rzeczy ze sobą, i od nas jechał na lotnisko, a potem na kolację. Potem rozpakowywaliśmy walizkę rzeczy, które przywiózł  dla J, oraz prezenty. Problemy z zamówieniem taksówki oraz przygotowania do kolacji również zabrały mnóstwo czasu. Potem droga na lotnisko i droga do moich rodziców. Jak dotarliśmy na miejsce to najzwyczajniej w świecie zapomniałam o wymuszonym przez mamie telefonie do babci. Przypomniałam sobie o 19.00, ale oczywiście mama nie miała ze sobą telefonu. Dodzwoniłam się w końcu do babci, i jakoś ona nie robiła problemu, a zawsze pokazuje, jak ma focha, oj tak.

Dziś dzwonię do mamy w sprawie tego pisma ze spółdzielni,  a ta obrażona i na mnie fuka, że jak ja mogłam nie zadzwonić, że jestem okropna, że spodziewała się, że do niej też zadzwonię. Ja jej na to, że dzwoniłam, ale nie miała telefonu, a ona mi na to, że no przecież nie będzie ze sobą nosić ciągle telefonu. No to już nie moja wina – myślałam, że właśnie od tego są komórki. I nie liczy się, że zadzwoniłam – dla niej ważne jest to, że  nie zrobiłam tego wtedy, kiedy ONA tego oczekiwała… Ręce opadają.

A jeśli chodzi i o sprawę spółdzielni, to napisałam dziś w pracy piękne pismo, z załączonymi wszystkimi dowodami swojej niewinności, a ich roztargnienia i debilizmu. Zamierzam złożyć je osobiście w spółdzielni, a jeśli okaże się, że zrobili sobie świąteczne wakacje, mam również przygotowaną wersję do wysłania pocztą. Mama [po tym, jak już się wykrzyczała na mnie i trochę jej przeszło], poradziła, żeby z nimi nie dyskutować, tylko po prostu złożyć pismo, i tyle. Może jakimś cudem odpowiedzą. Korci mnie, żeby z nimi sobie podyskutować. i dowiedzieć się skąd te wyssane z palca kwoty.

Problem z kwietnia powrócił

Ponieważ idą święta, moja spółdzielnia musiała coś odpierniczyć…

Pamiętacie sprawę z kwietnia odnośnie faktury za przeniesienie? Nie? To przypominam tutaj . Sprawa wróciła!

Otóż otrzymałam wezwanie do zapłaty na 995,82 zł, z załączoną rzeczoną fakturą na 1080 zł [która była błędna, bo powinna opiewać na 1000zł brutto] i notami obciążeniowymi na 400 i 680 zł. WTF, myślę sobie. Przecież spraw została załatwiona. Wysłałam pismo wyjaśniające ich błąd, po czym otrzymałam notę na 400zł, którą opłacim 17 czerwca br. [sprawdziłam, mam dowód przelewu!]. 600 zł, które Spółdzielnia była mi winna za wymianę pionu zgodziliśmy się odliczyć od kwoty 1000zł [dlatego zapłaciłam brakujące 400zł].

Ale skąd im się wzięła kwota 995,82zł to nadal nie wiem, bo z załączonych dokumentów nic takiego nie wynika… Tylko się kuźwa zdenerwowałam. Będę musiała to wyjaśnić, bo z tego wynika, że mają tam niezły burdel! I mnie jeszcze straszą sądem i odsetkami. O nie, nie ze mną te numery!

A tak poza tym, to miałam dziś dzień wolny. J wyszedł wcześniej z pracy [My też kończyliśmy dziś wcześniej, o 13]. Pojechaliśmy do Arkadii na zakupy, po nic konkretnego niby. Kupiłam 4 DVD za 39.9zł w Saturnie, lampki choinkowe i stojak do choinki [na przyszły rok] i kilka brakujących rzeczy do sernika, który właśnie w piekarniku. Uff. Tough day!