Mass Effect Andromeda

Dziś premiera długo oczekiwanej przeze mnie gry Mass Effect Andromeda. Złożyłam zamówienie na nią już 31 stycznia w sklepie, gdzie ceny są niższe niż w Empiku czy innych wielkopowierzchniowych sklepach. Ale cena to nie jedyny powód mojego wyboru. Mam ogromny sentyment do tego miejsca.

Pamiętam jakby to było dziś, gdy wraz z dwoma przyjaciółkami jeździłyśmy tam 20 lat temu [!!!] kupować Anime na kasetach VHS [dla tych co nie pamiętają – to takie duże czarne kasety video, poprzedniczki płyt CD 🙂 ] Sklep nadal istnieje i ma się dobrze. Teraz oferuje gry, konsole i gadżety z tym związane.

Ach, sentyment 🙂

A gra jest świetna! To będzie długi weekend 🙂

Skarbówka

Jako że tylko ja myślę o takich rzeczach, dziś znów zaczęłam w wolnej chwili przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji dotyczących opodatkowania obywatela ameryki bez numeru PESEL. W końcu udało mi się napisać do mojego Urzędu Skarbowego, i odpisali! Okazało się, że jeśli nie ma nadanego PESELu to w PIT-37 należy podać NIP. Oczywiście jak nietrudno się domyśleć – nie posiada również NIP. Dlatego też ściągnęłam formularz NIP-7, wypełniłam i wysłałam poleconym. Teraz trzeba mieć nadzieję, że zdążą nadać mu ten numer przed ostatecznym terminem rozliczenia PITów…

I już u Dyrektora Generalnego…

W piątek, gdy już zakładałam kurtkę z zamiarem udania się do domu, nasz CEO wyjrzał ze swojego przeszklonego tymczasowego gabinetu i poprosił, żebym na chwilę do niego weszła. Zdziwiłam się. Myślę sobie – czyżbym coś przeskrobała? Zdjęłam kurtkę i weszłam do pokoju.

CEO powiedział, że wie, że nie ma czasu ostatnio nawet ze mną pogadać, a przecież jestem już tutaj 3 tygodnie. I dlatego poprosił, żebym z jego asystentką ustaliła jakieś 30 min w przyszłym tyg na spotkanie ze mną, bo chciałby się dowiedzieć jak mi się pracuje i że mój feedback jest dla niego bardzo ważny..

Tak więc własnie 10 min temu wyszłam z jego gabinetu. Pytał jakie są moje wrażenia, czy mi się dobrze pracuje, jakie są różnice pomiędzy pracą tutaj a pracą w corpo. Potem zeszliśmy na temat nowych technologii, gier komputerowych i Netflixa…

What can I say?! Świetny człowiek. W życiu nie pomyślałabym, że spotkanie u Generalnego może być czymś innym niż opierdolem [zważywszy na moje doświadczenia z poprzednią Szefową]. Mało tego! On każdego dnia po przyjściu do pracy robi rundkę po biurze, i z uśmiechem z każdym się wita! Wygląda na to, że w końcu trafiłam do firmy z ludzkim podejściem do pracownika. 🙂

Jestem Introwertykiem i dobrze mi z tym

To, że jestem introwertykiem wiedziałam już od dawna, nawet jeszcze przed robieniem sobie testów osobowości na studiach – które tylko potwierdziły to, co wiedziałam od zawsze.

Daleka jestem od szufladkowania ludzi pod względem ich charakterów czy osobowości, bo jesteśmy na tyle złożonymi jednostkami, że nie nie sposób jest określić Nas w kilku słowach czy cechach. Czasami zastanawiałam się czy nie jestem trochę ambiwertykiem, czyli czymś pomiędzy intro i ekstrawertyzmem [chyba nawet kiedyś coś takiego wyszło mi w jakimś teście internetowym :)], lecz im jestem starsza, tym bardziej widzę, że chyba jednak introwertyzm określa mnie najlepiej.

Mama, gdy wspomina mnie jako dziecko, zawsze mówi, że byłam spokojna i grzeczna. Od najmłodszych lat potrafiłam zająć się sobą. Czasami w domu było tak cicho, że niepokoiło to moją mamę, i przychodziła sprawdzać do mojego pokoju, czy żyję 🙂
Ale to nie tak, że stroniłam od ludzi. Chodziłam do przedszkola, miałam dużo koleżanek i kolegów, niektóre przyjaźnie trwają do dziś. W szkole też nie byłam samotnikiem. Miałam przyjaciół, ale niewielu i było mi z tym dobrze. W liceum trzymałam się z 2 dziewczynami o podobnych zainteresowaniach. Stroniłam od imprezowej części klasy i było mi z tym dobrze.

Na studiach trochę imprezowałam, ale  też w małym gronie znajomych. Stroniłam, i nadal stronię, od klubów, nie lubię tańczyć, być w centrum uwagi. Nigdy nie lubiłam. Wielu dobrych znajomych i przyjaciół poznałam w internecie. Część znajomości przetrwała do dzisiaj, część okazała się pomyłką. Ale tak też jest w realnym życiu – też zawodzimy się na ludziach.

Moja mama nigdy tego nie rozumiała. Zawsze mówiła „wyjdź z tego domu! Wyszalej się!” podczas gdy ja wolałam zostać w domu, poczytać książkę czy pograć na komputerze. Ja na prawdę odpoczywam w swoim towarzystwie. Dlatego takim wyrzeczeniem było pójście na imprezę firmową w zeszły poniedziałek [mimo, że było fajnie] – bo o niczym tak nie marzyłam tamtego wieczoru jak przebranie się w moje domowe ciuchy i pogranie w Skyrim. Tata też nie do końca to rozumie. Kiedyś odwiedzałam go co niedzielę. Potem na studiach coraz rzadziej. Teraz raz w miesiącu lub jeszcze rzadziej. Powód? Po prostu po tygodniu w pracy, szczególnie w corpo!, chciałam mieć 2 dni dla siebie. Poza tym kiedyś trzeba sprzątać, gotować i znaleźć czas na hobby.

Teraz, gdy w domu jest różnie, bardzo doceniam każdą chwilę spędzoną sama ze sobą. I z każdym dniem decyzja o byciu singielką zbliża się nieubłaganie…

 

 

 

Wiem od moich dziewczyn z corpo, że dziś ma przyjść moja następczyni. Podobno Szefowa kogoś łaskawie wybrała w zeszłym tygodniu. Bardzo jestem ciekawa ile wytrzyma xD
Żal mi moich dziewczyn, na które wszystko spadło po moim odejściu, ale tak musi być.
Mamy się spotkać w tym albo przyszłym tyg, to opowiedzą mi wszystko!

Dziś urodziny mojej mamy. Własnie sobie uświadomiłam, że to już 60te urodziny! Ale ten czas leci. Wow. Umówiłam się z nią na mieście na jakieś jedzonko o 18.00, bo wcześniej muszę podjechać do mojego lekarza, bo OCZYWIŚCIE jest błąd na recepcie i nie mogę wykupić insuliny…

Tak tu sobie pracuję :)

Pracuję tu sobie już chwilkę, więc coś tam mogę Wam już opowiedzieć.

Biuro tymczasowe nie jest takie złe, jak wszyscy przypuszczali. Siedzimy sobie w sąsiednim budynku na powierzchni, którą kiedyś zajmował bank. Moje biurko jest w pobliżu recepcji, drzwi wejściowych i przeszklonego gabinetu Dyrektora Generalnego. Ze mną siedzą 2 dziewczyny, ale nie odzywają się za bardzo, chyba, że do siebie. Trudno. Nie muszę się zaprzyjaźniać za wszelką cenę. W pobliżu mnie siedzi Ł, z którym studiowałam i pracowałam, więc smutno nie jest. Recepcjonistka K taż bardzo fajna i kontaktowa.

Nadal nie umiem się przyzwyczaić do tego spokoju pracy. Nie oznacza to, że siedzę i się nudzę – wręcz przeciwnie. Czas upływa mi szybciej niż niejednokrotnie w poprzedniej firmie. Różnica polega na tym, że tutaj mogę się skupić na tym, co mam do zrobienia, a nie latam jak głupia po lunche i kawę dla szefa. Nic z tych rzeczy! Czasami ktoś przyjdzie z jakimś dokumentem, bądź sprawą do załatwienia, ale jest to sporadyczne i nie przeszkadza w pracy. Czasami zadzwoni przedstawiciel z jakimś pytaniem lub prośbą, ale zawsze są to miłe telefony 🙂

Ostatnio dzień upływa mi na kontaktach z drukarniami albo agencjami reklamowymi, wysyłaniem materiałów na konferencje z naszego magazynu, opisywanie faktur, przygotowywaniu zamówień, zamawianiu prenumerat dla lekarzy itp itd

Na prawdę fajna robota. Każdy dzień jest inny, mimo, że czynności się powtarzają, ale nie codziennie te same w takiej samej sekwencji. Często łapię się na tym, że patrzę na zegarek, i uświadamiam sobie, że niedługo czas do domu! Małą zmianą jest to, że pracujemy od 9.00 do 17.15 z powodu 30 min przerwy na lunch – 15 min jest płatne, a 15 min nie. Na początku nie byłam tego świadoma i pod koniec zeszłego tyg wychodziłam o 17.00 ale szybko mnie uświadomiono 🙂 Trochę szkoda, ale 15min mnie nie zbawi, i tak mam blisko do domu! 🙂

Launch

Jak już pisałam w zeszłym tygodniu, dzisiaj i jutro mamy Launch nowego leku kardiologicznego.

Zgodnie z wytycznymi od W, mojego szefa, stawiłam się rano o 9.00 w hotelu [który jest 2 kroki od mojego domu :)]. Na razie nie mogę jeszcze za dużo powiedzieć o firmie i ludziach, bo dopiero wszystkich poznaję, ale mogę już powiedzieć, że lubię W. Sympatyczny Product Manager 🙂

Tak więc stawiłam się o 9.00. Jedyne, co musiałam zrobić to dopilnować wydrukowania agendy. Załatwiłam to w 5 min, i do 10.00 w sumie siedziałam bezczynnie, bo W dojechał dopiero po 10.00. Chwilę przed tym przyjechała ścianka i roll upy, więc zajęłam się jeszcze znajdowaniem ludzi, którzy to poskładają 😀

O 11.00 wszystko się rozpoczęło. Nasz Generalny rozpoczął, i przedstawił mnie wszystkim zebranym kierownikom regionalnym i przedstawicielom. Wstałam, pouśmiechałam się, dostałam gromkie brawa. Potem rozpoczął się wykład medyczny a następnie marketingowy. Plus posiadania dostępu do poczty służbowej na telefonie jest taki, że jesteś na bieżąco, a minus – że widzisz ile rzeczy musisz zrobić, a nie możesz ogarnąć tego na telefonie. Dlatego podjęłam decyzję, aby po przerwie na lunch pojechać do biura po laptopa. I to była doskonała decyzja, bo ogarnęłam sporo tematów leżących u mnie na mailu od zeszłego tygodnia.

Po skończonym spotkaniu miały odbyć się wykłady z profesorami, o zgrozo, do 19.00. Na szczęście W się zlitował i puścił mnie do domu. Jakaś zmęczona się czułam więc całe szczęście. Tym bardziej, że niestety musiałam się pojawić na wieczornej kolacji. No przecież w końcu na tą okazję kupiłam kieckę!

W hotelu byłam o 20.00, a tam nikogo nie ma – nadal przygotowywali salę. Okazało się, że kolacja się przesunęła na 20.30, no ale nic, posiedziałam sobie przed salą i pogrzebałam w telefonie. Powoli ludzie zaczęli się schodzić. Niektórych przedstawicieli już znałam, niektórych nie. Gdy już weszliśmy do sali, kilka osób zaczęło ze mną rozmawiać, poznałam kilku kierowników. Przed 21 usiedliśmy do stołu, no i wiadomo, na początku trochę sztywno było. Ja nikogo nie znałam, bo D się źle poczuła i została w domu.  Ale na szczęście po kolacji było fajnie. Każdy zespół [ja zostałam dołączona do grupy „biurowej”] dostawał plik sztucznej kasy i mieliśmy za zadanie pomnożyć tą kasę w… Kasynie! 😀

Ponieważ w Pokera za bardzo grać nie umiem, to głównie stałam przy ruletce, na zmianę z kimś z mojego zespołu. Raz wygrywaliśmy, raz przegrywaliśmy. Ale było na prawdę fajnie, i wyszłam do domu po 23.00. Przynajmniej będę spać jak zabita!

Tyle się ostatnio działo że nie miałam siły pisać. Do nowej firmy trafiłam w bardzo zajętym okresie. Biuro tymczasowo przeniosło się do budynku obok na jakieś 2 miesiące z powodu remontu. 

W środę cały dzień szkoleń, a w czwartek i piątek ogarnianie wszystkiego co zdążyło się od 20 lutego (odkąd odeszła moja poprzedniczka, i księgowe zamknięcie miesiąca, czyli hard-core. Wychodziłam z pracy 17.30 lub po 18. Dodatkowo w poniedziałek i wtorek mamy launch nowego produktu leczniczego a wieczorem 1go dnia-kolacja w stylu lat 20 i 30. Eh trzeba będzie kupić kiecke.. Padam na twarz, ale wszystko lepsze od pracy w mojej poprzedniej firmie. 

Ostatnia…

…  podróż autobusem
ostatnie odbicie się kartą na bramkach
ostatnie parzenie kawy
ostatnie rozmowy w kuchni
ostatnie uściski i uśmiechy
ostatnie kwiaty
ostatnie sprawy do załatwienia
ostatnie maile
ostatnie parzenie kawy dla Szefowej
ostatnie kupowanie jej lunchu.

Za niektórymi będę tęsknić, za niektórymi wcale.
Dotychczasowych obowiązków nie będzie mi na pewno brakowało.

Miało nie być pożegnania, ale jednak było. Dostałam zegarek i bukiet kwiatów. Było ciasto. Były uściski, życzenia powodzenia, a nawet łzy.

Rano wysłałam maila pożegnalnego. Bardzo miłe były niektóre odpowiedzi – że będzie im mnie brakowało, że jestem ogarnięta, inteligentna, że dobrze się ze mną współpracuje. Fajnie taki feedback dostać, szczególnie, jak słyszało się od Szefowej, że „ludzie mają złe zdanie o naszym dziale z mojej winy!”.

Koniec Korpo Szczura!